Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

O'piłki Marciniaka. Bosy akordeonista na scenie z Legią Warszawa. Jak do tego doszło?

Tym razem tekst trafia do Was dzień później niż zazwyczaj, ale spiętrzenie obowiązków związanych z Multiligą i Galą Ekstraklasy nie pozwoliło mi dotrzymać wtorkowego terminu. Zresztą podczas poniedziałkowej ceremonii działo się na tyle dużo, że warto o paru zdarzeniach napisać. Zawsze na takich imprezach pojawia się element improwizacji, coś, czego nie udało się ująć w żadnym scenariuszu. Nie inaczej było i tym razem, gdy z piłkarzami Legii na scenie pojawił się bosy akordeonista. Jak do tego doszło?
Feta piłkarzy i kibiców Legii po zdobyciu tytułu Mistrza Polski. Warszawa, pl. Zamkowy, 21 maja 2018 Feta piłkarzy i kibiców Legii po zdobyciu tytułu Mistrza Polski. Warszawa, pl. Zamkowy, 21 maja 2018 Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta

Historię tej niecodziennej znajomości opowiedział mi później Aleksandar Vuković. Zdołowani słabymi meczami legioniści jechali pociągiem do Krakowa na mecz z Wisłą. Wizja mistrzowskiego  tytułu była wtedy bardzo mglista. W wagonie restauracyjnym zawodnicy spotkali Witka Muzyka Ulicy, który przy kawie zabawiał ich rozmową. Już na krakowskim peronie urządził mini recital.

- Zrobiło się wesoło, wielu chłopaków wreszcie się uśmiechnęło. On tchnął w nich optymizm, którego wtedy brakowało - opowiadał Vuko. Mecz z Wisłą Legia wygrała, a że środowisko piłkarskie jest bardzo przesądne to od tej pory Witek towarzyszył zawodnikom cały czas. Był na Stadionie Narodowym, gdzie świętowano zdobycie Pucharu Polski, był na kolejnych meczach ligowych, więc i na Gali nie mogło go zabraknąć. Stał się legijnym talizmanem, nawet jeśli nie wszystkim wpadają w ucho jego piosenki. Sam Witek wykorzystał swoje pięć minut, zabawiał publiczność, wprowadził element ludyczny. Ciekawe czy jego moc będzie działać także w kolejnym sezonie. Przyda się na pewno w europejskich pucharach. Co ciekawe, wśród potencjalnych rywali Legii w walce o Ligę Mistrzów jest m.in. Dinamo Zagrzeb prowadzone przez Nenada Bjelicę.

W przekroju całego sezonu najlepszym piłkarzem Legii był Arkadiusz Malarz. Co do tego nie ma wątpliwości. Nikogo nie zdziwiła raczej przyznana mu nagroda Bramkarza Sezonu, ale pojawiały się głosy, że Malarz zasłużył też na miano MVP rozgrywek. Ta statuetka (jak i dwie inne: za króla strzelców  i najlepszego napastnika) trafiła w ręce Carlitosa. Hiszpan był w wielu momentach zawodnikiem przerastającym ligę. Jego swoboda, lekkość i finezja wzbudzały zachwyt, a dodatkowo niemal w pojedynkę decydował o wynikach ważnych spotkań Wisły. Rozumiem argumenty przemawiające za Malarzem, bo w ostatecznym rozrachunku to on poprowadził zespół do mistrzostwa, a drużyna Carlitosa  skończyła ligę na szóstym miejscu. Jednak wg mnie to Hiszpan był tym najlepszym i nagrodę odebrał zasłużenie. Fajna była scena, gdy już po części oficjalnej Carlos i Arek przybili piątkę, pogadali, zrobili pamiątkowe zdjęcie. Widać było wzajemny szacunek dwóch świetnych sportowców. Co do hiszpańskiego goleadora to dołącza on do Nemanji Nikolicia i Vadisa Odjidji-Ofoe, którzy w poprzednich latach odbierali nagrodę Piłkarza Sezonu. Łączy ich zagraniczny paszport i fakt, że niedługo po odebraniu statuetki wyjeżdżali z ligi. Słysząc o liczbie ofert i propozycji, które ma Carlitos można zakładać, że niebawem i jego zabraknie w Ekstraklasie. Sam zawodnik żartował, że może zastąpić go łudząco podobny młodszy brat, który też gra w piłkę. 

Podobało mi się to, co powiedział Dariusz Mioduski po wręczeniu pucharu. Nawiązał do ostatnich wydarzeń w Ekstraklasie i złożył deklarację, że jeśli kiedyś inny klub będzie świętował mistrzostwo na stadionie Legii to ewentualna ceremonia zostanie odpowiednio przygotowana i przeprowadzona. Tak by należycie uhonorować mistrza. Nie odbieram tego, jako szpilki w kierunku Lecha, bardziej próbę zachowania zdrowego rozsądku, gdy zalewają nas ostatnio fale absurdu. Sprawę bezpieczeństwa poruszano wielokrotnie, zarówno podczas przemówień, jak i rozmów kuluarowych. To tam z prezesami klubów zastanawialiśmy się jak to możliwe, że nadzwyczajne środki bezpieczeństwa przed finałem Pucharu Polski, czy liczne kontrole przeprowadzane w Poznaniu nie były w stanie zapobiec żenującym wydarzeniom na trybunach. Najczęściej w takich dyskusjach pojawiają się argumenty o słabości państwa, nieegzekwowaniu prawa i ułomności Ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych. Zastanawiam się dlaczego przez tyle lat narzekania na jej zapisy nikt w Ekstraklasie nie wpadł na to, żeby zaprosić kluby do dyskusji, zaangażować w to prawników i po prostu napisać własny, ulepszony projekt ustawy. Taki, który pozwoli klubom lepiej, skuteczniej eliminować patologię. Zebranie 100 tys. wymaganych podpisów pod projektem ustawy też nie powinno być problemem, bo regularnie zdarza się, że taka liczba fanów ogląda mecze jednej kolejki Ekstraklasy. Jeśli teraz, po incydentach, jakie miały miejsce w Krakowie, Gliwicach, Warszawie czy Poznaniu nie uda się zjednoczyć klubów wokół idei walki z chuligańską patologią to nie uda się to już chyba nigdy.

Im dłużej trwała część nieoficjalna, tym luźniej robiło się na sali. Spora część piłkarzy i trenerów szybko opuszcza imprezę, ale raczej nie należy do nich Michał Probierz. Trener Cracovii zapowiadał, że na Gali w ogóle się nie pojawi, ale nie przeszkadzało mu to bawić się na niej niemal do rana. Doszło do fajnej rozmowy z Rafałem Dębińskim, którego szkoleniowiec Pasów ostatnio zaczepiał na konferencji prasowej. Teraz skończyło się przybiciem piątki, więc sprawa wyjaśniona. Chwilę później z Michałem Probierzem uruchomiliśmy fantazję i stworzyliśmy ligowy dream-team. Założyliśmy, że mamy do dyspozycji nieograniczony budżet i możemy ściągnąć do klubu każdego piłkarza Esktraklasy. Jeśli mnie pamięć nie myli wyszła z tego taka drużyna: Malarz - Gumny, Pazdan, Mitrović, Reca - Makuszewski, Żurkowski, Mączyński, Novikovas - Carlitos - Piątek. Potem staraliśmy się wycenić poszczególnych piłkarzy. Wyszło nam, bagatela ok. 22 mln euro, czyli jakieś 90 milionów złotych.To i tak promocja, bo wyceniany na 4-5 milionów euro Piątek był już w klubie. Cała zabawa miała wykazać, że transfery najzdolniejszych zawodników wewnątrz ligi są praktycznie niemożliwe. Stojący obok prezes Cezary Kulesza tylko się uśmiechnął, bo on akurat potrafi dopiąć transakcje teoretycznie niemożliwe.

Bardzo wzruszającym momentem Gali było uhonorowanie legendarnych piłkarzy w historii ligi. Na scenę zaproszono Lucjana Brychczego, Włodzimierza Lubańskiego, Zbigniewa Bońka, Macieja Szczęsnego i Tomasza Frankowskiego. Gdy szli przez salę wszyscy zgromadzeni wstali i bili brawo. Widać było, że ten gest sprawił wyżej wymienionym sporą przyjemność. Józef Piłsudski mówił, co dzieje się z narodem, który nie szanuje swojej przeszłości. Te słowa możemy sparafrazować i odnieść do środowiska piłkarskiego. Dobrze, że bohaterowie poprzednich dekad zostali w odpowiedni sposób uhonorowani.