Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Legia zrobiła "pierwszy krok"

Kibice Legii męczyli się w tym sezonie od pierwszej kolejki, w której ich zespół przegrał z beniaminkiem z Zabrza. Potem było raz źle, raz przeciętnie, rzadko dobrze w stosunku do oczekiwań, przez co jeszcze dwa tygodnie temu szczytem ich marzeń było doprowadzenie do sytuacji, w której przed ostatnim meczem w lidze zachowają matematyczną szansę na tytuł. I oto teraz, świętując zdobycie dziewiętnastego Pucharu Polski, zupełnie serio analizują, co musi się stać, żeby do Poznania ich drużyna pojechała jako mistrz. Ta zmiana nastrojów to jedna z wielu oznak szalonego sezonu 2017/2018.
Jarosław Niezgoda Jarosław Niezgoda FOT. KUBA ATYS

Wskazany spokój i pokora

Mimo tych wzruszeń przy Łazienkowskiej wskazany jest spokój. Po pierwsze, piłkarze zaczęli grać solidnie, ale nie bardzo dobrze, dlatego w kontekście wpadek konkurentów można uznać, że to bardziej fala wyniosła ich na pierwsze miejsce w lidze, aniżeli sami je osiągnęli. Owszem, grają lepiej, współpracują, walczą, ale ich forma nie jest optymalna, a jako zespół bardziej kojarzą się z pospolitym ruszeniem, aniżeli regularnym, dobrze zorganizowanym wojskiem. Na Stadionie Narodowym w pierwszej połowie przez długie minuty piłka krążyła od nogi do nogi, podczas gdy już po przerwie dominował chaos i rozprężenie. Legioniści nie tylko nie dobili wtedy rywala, ale stracili gola grając z przewagą jednego zawodnika (ciekawe, że to samo zdarzyło im się kilka dni wcześniej, w meczu ligowym z Koroną). Po drugie, doświadczenie tego sezonu wskazuje, że po niedzielnym meczu z Jagiellonią Legia może równie dobrze mieć pięć punktów przewagi nad Lechem, jak i spaść na trzecią pozycję. Liga jest niestabilna i nieprzewidywalna, bo taka właśnie jest forma zespołów. Kiedy wydawało, że po bezapelacyjnym zwycięstwie w Warszawie Jagiellonia będzie trudna do zatrzymania, to przegrała pięć z ośmiu następnych meczów. Kiedy wydawało się, że do roli faworyta dorósł Lech, to przegrał w rundzie finałowej dwa mecze z trzech. Ogólnie w trzech seriach rundy finałowej trzy drużyny walczące o mistrzostwo wygrały zaledwie cztery mecze na dziewięć, z czego tylko jeden z sześciu na własnym boisku. I teraz można się zastanawiać, czy to pech, presja, brak jakości, czy wszystkie te elementy na raz.

Wyrównany poziom

Pojawiają się opinie, że jeśli Legia z tyloma porażkami zdobędzie tytuł, to będzie to obraza dla futbolu. Maciej Skorża przychodząc do Legii powiedział, że jeśli zespół poważnie myśli o mistrzostwie, to nie może przegrać więcej, niż pięć meczów z ówczesnych trzydziestu. On z Wisłą zdobywał tytuły z jedną porażką w sezonie 2007/2008 i czterema w sezonie 2008/2009. Z drugiej strony miał do dyspozycji takich piłkarzy jak Cleber, Marcelo, czy Głowacki i Brożek w najlepszym momencie kariery. Czy trenerzy Klafurić, Bjelica i Mamrot mają porównywalne kadry? Wątpliwe. Spadek konkurencyjności polskich klubów na rynku transferowym (ekonomia) oraz zbyt wolny postęp w szkoleniu (grzech zaniechania polskich klubów) spowodowały, że obecni trenerzy mają relatywnie słabszych piłkarzy, a przy tym krajową konkurencję większą niż Wisła dziesięć lat temu. Liga przez te lata stała się jeszcze bardziej fizyczna, a piłkarze nawet słabszych zespołów są na tyle wybiegani i zdyscyplinowani taktycznie, żeby być w stanie w pojedynczych meczach skutecznie opierać się liderom. W obecnych realiach nie ma już powrotu do sezonu 2007/2008, kiedy przewaga Wisły nad ostatnim zespołem wyniosła 61 punktów.

Przewrotne statystyki

W trwającym sezonie za pomocą statystyk można udowodnić niemal każdą tezę. W przypadku Legii można szydzić z jedenastu porażek albo chwalić za dziewiętnaście zwycięstw - najwięcej w lidze. Legia dużo przegrywa, ale też prawie nie remisuje (tylko trzy razy) i właśnie ta bezkompromisowość utrzymuje ją w grze o tytuł. To nie tyle obraza futbolu, ale prosta matematyka - efekt trzech punktów za zwycięstwo i jednego ze remis. Dla odmiany Lech ma tylko siedem porażek, ale aż dziesięć remisów. Gdyby więcej wygrywał, byłby już mistrzem. Jeśli ostatecznie sięgnie po tytuł, mimo że wygrał raptem cztery z dotychczasowych szesnastu meczów wyjazdowych, to będzie to obraza dla futbolu, czy nie? A co z Jagiellonią, która przegrała do tej pory dziesięć meczów, z czego trzy ostatnie u siebie? Albo z Wisłą Płock, zasłużenie chwaloną, która przegrała aż dwanaście razy? Zamiast narzekać, że tak jak w najlepszych ligach Europy lider nie ma kilkunastu punktów przewagi, przyjmijmy do wiadomości, że polska liga jest wyrównana i nieprzewidywalna, co ma swoją zaletę, bo skoro brakuje jakości, to niech będą przynajmniej "igrzyska". Inna sprawa, że klub, którego piłkarski Bóg ostatecznie wskaże jako zwycięzcę, powinien zachować przyzwoitość i nie przesadzać z radością, a za to intensywnie myśleć, co poprawić, aby w następnych sezonach tych punktów było więcej.

Sebastian Szymański Sebastian Szymański FOT. KUBA ATYS

Legia ma o czym myśleć

Obowiązek zastanowienia się nad sobą dotyczy w szczególności Legii, od której wymaga się najwięcej, a która po koszmarnym, pełnym cierpienia sezonie, może zdobyć dublet. Dublet! Skompromituj się w eliminacjach do Ligi Europy, zwolnij jednego trenera, zatrudnij jego podróbkę, znowu zwolnij, następnie na miesiąc przekaż drużynę asystentowi, wygraj z nim cztery mecze z rzędu i na dwa tygodnie przed końcem zdobądź puchar i bądź liderem rozgrywek. Niesamowite! W systemach rezerwacji biletów lotniczych jest coś takiego, jak "error fare" - błąd taryfowy pozwalający na podróżowanie za cenę znacząco niższą od normalnej. Dublet dla Legii byłby takim właśnie zbiegiem okoliczności, zakłóceniem algorytmu, prezentem od rywali, którzy nie potrafili wykorzystać słabości faworyta. Tym bardziej wskazane jest, żeby nie czekając na końcowe rozstrzygnięcie mądrzy ludzie przy Łazienkowskiej znali już odpowiedzi na kluczowe pytania: o profil, a nawet nazwisko nowego trenera, o zakres dalszych zmian w kadrze, o jej pożądaną strukturę wiekową, o relację między Polakami i zawodnikami zagranicznymi, czy też o podział ograniczonego budżetu pomiędzy pierwszy zespół i akademię. Przykład pierwszy z brzegu: czy pieniądze przeznaczyć na zakup nowego zawodnika, czy remont boiska, na którym trenują drużyny młodzieżowe? To są trudne sprawy, pytań jest mnóstwo, a odpowiedzi będą łatwiejsze, jeśli piłkarze obronią mistrzostwo.

Zespół ciągną Polacy

Jedna z rekomendacji wydaje się oczywista: w kadrze powinno być więcej Polaków. Z dziesięciu sprowadzonych w zimie zawodników aż dziewięciu to cudzoziemcy. Generalnie to nie są słabi piłkarze, ale proporcje w szatni zostały zakłócone, a zespół stracił tożsamość. Argumentów za repolonizacją dostarcza samo życie: sprowadzono legię cudzoziemską, a jak przyszło ratować sezon, to drużynę ciągną przede wszystkim Polacy. Klasą dla siebie jest Arkadiusz Malarz, do reprezentacyjnej formy dobił Michał Pazdan, coraz większy wpływ na wyniki ma Sebastian Szymański, na zimnokrwistego egzekutora wyrasta Jarosław Niezgoda (zdobywca trzech goli w czterech ostatnich meczach), a w przełomowym z punktu widzenia morale legionistów spotkaniu, z Górnikiem Zabrze w Pucharze Polski, zespół wskrzesił Michał Kucharczyk. Dyrektor sportowy Ivan Kepcija zapowiada co prawda, że latem sprowadzi kilku Polaków, ale w ostatnich miesiącach intencje klubu na tyle często przegrywały z życiem, że trzeba do nich podchodzić z rezerwą. Tym bardziej, że istnieje obawa, że w celu ustabilizowania finansów Legia nie tyle będzie chciała, co będzie musiała sprzedać Niezgodę i/lub Szymańskiego, nie wspominając o Pazdanie, który podejmie kolejną próbę znalezienia zagranicznego pracodawcy.

Dean Klafuric i Miroslav Radovic Dean Klafuric i Miroslav Radovic FOT. KUBA ATYS

Zimna woda, jedzenie, zero alkoholu, sen

Zadanie poukładania tych personalnych puzzli spoczywa na właścicielu i dyrektorze sportowym. Sztab szkoleniowy i piłkarze koncentrują się na niedzielnym spotkaniu z Jagiellonią w Białymstoku, który wydaje się kluczowy na finiszu ligi. Po pokonaniu Arki Gdynia wiadomo, że Legia po raz ósmy z rzędu(!) zakończy sezon z co najmniej jednym trofeum. Piłkarze podbudowali się psychicznie, nabrali pewności, a przy okazji otworzyli pole do rywalizacji o czwarte miejsce w lidze, które od wczoraj skutkuje promocją do europejskich pucharów. Większa liczba drużyn mających o co grać jest dla nich korzystna, bo na Legię rywale zawsze się spinają, a pewnie teraz spinać się będą we wszystkich meczach. Trener Klafurić w szatni Stadionu Narodowego powiedział: "Ten puchar to pierwszy krok. Następny mecz finałowy jest w niedzielę!" Z pomeczowych wypowiedzi ludzi z Legii wynika, że "pierwszy krok" to teraz najpopularniejsze słowa przy Łazienkowskiej. Furorę wśród kibiców zrobiły też zalecenia dla piłkarzy na pomeczową noc napisane na tablicy taktycznej: "zimna woda, jedzenie, zero alkoholu, sen." Nic dodać, nic ująć, bo tak jak pod koniec marca było za wcześnie na pogrzeb, tak teraz nie ma jeszcze powodów, żeby organizować wesele.

Więcej o: