Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Arka Gdynia - Piast Gliwice 1:5. Dla jednych bez wartości, dla drugich o życie

Jasne priorytety. Nikt w Gdyni nie ukrywa, że Ekstraklasa zeszła na dalszy plan, a wszystkie siły zostały zaangażowane w walkę o Puchar Polski. Bez owijania w bawełnę - inicjatywa z założenia została oddana w ręce gości.

Gościnna Gdynia

Osiem zmian w porównaniu z ostatnim starciem (porażka 1:3 z Sandecją), praktycznie pewne utrzymanie i całkowity brak emocji. Trener Ojrzyński już przed spotkaniem nie bawił się w przesadną kurtuazję: - Jakbyśmy mogli, to przełożylibyśmy ten mecz z Piastem, ale takiej możliwości nie ma, więc musimy się skoncentrować - wysłał na konferencji konkretny sygnał. Chodziło o to, żeby przetrwać możliwie bez kontuzji, bez większego wysiłku.

Cele obu drużyn w pewnym sensie były spójne. Gliwiczanie nie wygrali od początku marca (3:0 z Sandecją), w pięciu ostatnich konfrontacjach strzelili raptem trzy gole i wciąż potrzebują zwycięstw, żeby spokojnie utrzymać się w Ekstraklasie. W dużej mierze dzięki postawie Arki w tym momencie mają na koncie 34 punkty.

Arka - Piast 1:5 Arka - Piast 1:5 RENATA DĄBROWSKA

Radość z gry

Piast od dawna nie miał takiej łatwości w organizowaniu ofensywy i przenoszeniu się pod bramkę przeciwnika. Kluczową rolę odgrywało przechodzenie z trójki na piątkę w obronie - chociaż ten drugi wariant nie był szczególnie potrzebny, biorąc pod uwagę postawę arkowców.

Gdy Hateley wprowadzał piłkę, z tyłu pozostawało trio Korun-Czerwiński-Sedlar, a Konczkowski i Kirkeskov wychodzili bardzo wysoko i szeroko. Komunikacja na tym etapie była na niezłym poziomie. Gliwiczanie ustawiali się stosunkowo blisko siebie, minimalizowali ryzyko straty w środkowej strefie.

Arka - Piast 1:5 Arka - Piast 1:5 RENATA DĄBROWSKA

Chociaż sam moment przejścia do ataku był dość schematyczny, to przeciwnik wcale nie kwapił się do działań obronnych. Hateley wybierał skrzydło, a resztę załatwiali niemrawi obrońcy Arki. Boczne sektory zostały całkowicie odsłonięte. Najlepiej było to widoczne na przykładzie flanki Konczkowskiego, względem którego prostopadle ustawiał się Szczepaniak.

Celem nie zawsze było wypuszczenie jednego na obieg, a po prostu zwiększenie siły ofensywy - zwłaszcza że obaj zawodnicy grali bardzo dynamicznie. Tym samym pomocnik zagarniał przestrzeń bliżej środka pola, a defensor mógł spokojnie dośrodkować w pole karne.

Ważna rola Szczepaniaka była również widoczna przy stałych fragmentach gry. Zarówno on, jak i Czerwiński wbiegali w światło bramki całkowicie pozbawieni krycia (rożne Hateleya).

Arka - Piast 1:5 Arka - Piast 1:5 RENATA DĄBROWSKA

Poziom trudności: najłatwiejszy

Ataki Piasta nie byłyby aż tak efektywne, gdyby nie zwarta struktura drużyny i bardzo wyraźny podział zadań. Nie brakowało ich także, gdy Arka zabierała się za rozegranie.

Podopieczni trenera Fornalika wychodzili dość wysoko, ale nie był to przesadnie agresywny pressing. Wystarczył jednak, żeby odciąć przeciwnikowi większość możliwych rozwiązań wprowadzenia piłki z linii obrony. Przyczyny należy upatrywać nie tylko w bardzo konsekwentnej grze gliwiczan, ale przede wszystkim niemrawej postawie gospodarzy.

Zamiast podnosić poziom trudności w decydującej fazie sezonu, gdynianie robią wszystko, żeby go obniżać. Dla Piasta przypadł najłatwiejszy - ten, który pasował obu stronom.

Arka - Piast 1:5 Arka - Piast 1:5 RENATA DĄBROWSKA

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie

Arkowcy nie reagowali na stracone bramki. Nie było w nich widać ani piłkarskiej złości, ani chociaż nieśmiałej chęci gonienia wyniku. Każdy strzał gości traktowali tak, jakby im się należał - bez irytacji, bez wzajemnego nakręcania się. Spuszczone głowy i akceptacja losu. Nie zrobili nic, żeby podjąć wyzwanie, czy chociaż w niewielkim stopniu utrudnić przeciwnikowi zadanie.

Ta postawa była najwyraźniej widoczna na przykładzie środkowej strefy. Żaden zawodnik nie doskakiwał do odbioru, kiedy goście zabierali się za wprowadzenie piłki do gry. Nalepa był wycofany, ale nie brał udziału w działaniach obronnych swojej drużyny. Podobnie Sołdecki, którego rola zwykle ograniczała się do bycia defensywnym ryglem, a tym razem nawet nie pilnował odpowiednich odległości. Wszelkie próby Szwocha były duszone w zarodku, bo zaraz krycie było podwajane albo i potrajane, a piłkarzowi nikt nie pokazywał się do gry.

Arkowcy dosłownie kilkakrotnie w całym meczu stworzyli dobrą akcję ofensywną - najlepszą, po której sędzia wskazał "na wapno" (Kirkeskov zablokował futbolówkę ręką). Marcus świetnie wypatrzył Marciniaka na przeciwległej flance, ten uruchomił Szwocha, a pomocnik pokusił się o długie podanie ponownie w kierunku Marcusa, który miał domknąć cały atak.

Tylko że gdynianie wcale nie chcieli tak grać. Ograniczyli się do kompletnego minimum. Nie przeszkadzali Piastowi w rozgrywaniu spotkania. Idealnie było to widoczne na przykładzie wszystkich straconych bramek.

Piast Piast screen Ekstraklasa.tv

Od A do Z

Pierwsza była kompletnym popisem indolencji podopiecznych trenera Ojrzyńskiego i kwintesencją ich gry. Zaczęło się w bocznym sektorze pola karnego, gdzie Konczkowski dostał zielone światło od Marciniaka i Nalepy. Żaden zawodnik Arki nie pokusił się o odcięcie od gry najpierw Angielskiego, potem Szczepaniaka, a na końcu Zivca.

Później było już tylko gorzej. Sędzia sam nie dowierzał, że Nalepa może tak głupio wyciąć strzelca pierwszego gola (atak od tyłu, gdy miał przed sobą Marcjanika; Hateley wykorzystał "jedenastkę"), a przy trzeciej bramce Zivec dostał kilkumetrową tarczę ochronną od Sochy, Marcusa i Nalepy w polu karnym gdynian.

Steinbors też dołożył cegiełkę do tego pogromu, bo to właśnie on podał futbolówkę Konczkowskiemu, a Marciniak i Helstrup stwierdzili, że też nie będą mu utrudniać zadania. Ostatecznie wynik ustalił Papadopulos, który wzorem Zivca dostał odpowiednią przestrzeń na 12. metrze.

Paradoksalnie to starcie pewnie nie będzie w negatywny sposób rzutowało na finał Pucharu Polski. Trudno uwierzyć, że arkowcom właśnie o to chodziło - nie o wymiar kary, a właśnie bezstresowy, spokojny mecz. Bez kontuzji, bez nerwów i przede wszystkim bez wysiłku. Sygnały pojawiły się wcześniej, ale chyba mało kto spodziewał się, że Piast strzeli aż pięć goli.