Ekstraklasa. Lech - Korona 0:1. Krzysztof Kotorowski: Legia też nie będzie miała łatwego zadania, Jagiellonia również. Nie ma kozaka

- Czytałem, co trener Bjelica powiedział kilka dni temu: że Lech zostanie mistrzem Polski. Szacunek za tę wypowiedź. Oczywiście teraz można wieszać na trenerze psy. Ale ja myślę, że jego taktyka jest dobra. I że ciągle nic straconego - mówi po porażce Lecha z Koroną Krzysztof Kotorowski, dwukrotny mistrz kraju i zdobywca dwóch Pucharów Polski w barwach "Kolejorza"
Lech - Korona Lech - Korona JĘDRZEJ NOWICKI

Łukasz Jachimiak: Pierwsza z siedmiu kolejek grupy mistrzowskiej ekstraklasy zaczęła się od porażki Lecha z Koroną 0:1. To znak, że po sezonie zasadniczym walka o tytuł wcale nie przyspieszy, że nadal będzie wyścigiem żółwi?

Krzysztof Kotorowski: W Poznaniu wszyscy myślimy, że Legia też nie będzie miała łatwego zadania i Jagiellonia również. W grupie mistrzowskiej grają ze sobą tylko najlepsze drużyny ligi, więc każdy może stracić punkty.

Dlaczego Legia ma mieć problemy w meczu z Zagłębiem na własnym stadionie? Dlaczego Lech przegrywa u siebie z Koroną, która oszczędza najlepszych piłkarzy na wtorkowy półfinał Pucharu Polski?

- Oczywiście porażka Lecha to zawód, bo nie tak to miało wyglądać. Wszyscy się spodziewaliśmy, że w pierwszej kolejce po podziale na grupy mecz może nie będzie łatwy, bo Korona gra dobrą piłkę, ale spodziewaliśmy się trzech punktów.

Legia i Lech to powinny być marki, które przerastają resztę. Dlaczego jest tak, że ci pierwsi przegrali 10 ze swych 30 meczów, a ci drudzy zupełnie nie potrafią wykorzystać słabości wciąż jeszcze aktualnego mistrza kraju?

- Faktycznie nie powinno być tak, że Lech przegrywa z Koroną, mając pozycję lidera i rywala osłabionego kadrowo, nie powinno być też tak, że zastanawiamy się czy Legia wykorzysta jego wpadkę, mając mecz u siebie z Zagłębiem, które - tak samo jak Korona - o nic wielkiego w lidze już nie walczy. Niestety, nie ma teraz w naszej ekstraklasie kozaka, który goli większość rywali i idzie do przodu. Mamy taki sezon, w którym każdy ciągnie za sobą jakiś ciężki wagon i się męczy. Myślę, że ten sezon będzie tak wyglądał do końca. Korona przyjechała do Poznania na luzie, jej zawodnicy mówili, że dla nich najważniejszy będzie wtorkowy rewanż z Arką Gdynia, a w Poznaniu jest niesamowita presja na mistrzostwo. I Lech musi sobie jakoś z tym poradzić, bo taka jest rola faworyta. Trzeba po tej porażce zachować spokój, powiedzieć sobie, że mecz był w sumie dobry. Nie mówię, że było super, ale Lech miał przewagę, brakowało tylko gola. Może "tylko" gola, ale sytuacje naprawdę były. Przecież bramkarz Korony obronił rzut karny, w dalszej części meczu fajnie odbił strzał Łukasza Trałki, później jeszcze "Trała" miał szansę głową, ale Korona miała szczęście. Myślę, że trójka Lech, Legia i Jagiellonia zostaną na medalowych pozycjach, ale faktycznie nikomu z tej trójki nie idzie tak, jak powinno. Ale pamiętam te sezony Lecha, kiedy jeszcze grałem i zdobywaliśmy mistrzostwo. Wtedy też nie mieliśmy jakichś gigantycznych przewag, tylko goniliśmy, goniliśmy i dopiero w końcówkach wyprzedzaliśmy rywali. Liczę, że teraz będzie podobnie, że do końca będzie się wszystko ważyło i Lech wygra.

Lech Poznań - Korona Kielce 0:1. Ołeksij Chobłenko Lech Poznań - Korona Kielce 0:1. Ołeksij Chobłenko JĘDRZEJ NOWICKI

Zgoda, nie wygrywaliście ligi jak Wisła Henryka Kasperczaka, ale sezon 2009/2010 skończyliście jako mistrz, który w 30 meczach zdobył 65 punktów, a teraz Lech ma 55 punktów w 31 meczach. To daje bardzo niską średnią punktu na mecz - tylko 1,77. W żadnej innej lidze nie ma lidera z tak marnym dorobkiem.

- Aż tak daleko nie sięgam, statystyk nie prowadzę, ale te przytoczone są przykre. Czasem wydaje się, że nasza liga rośnie w siłę, bo jest coraz większe zainteresowanie, są piękne stadiony, zdarzają się naprawdę ciekawi zawodnicy. Ale jak popatrzymy w takie statystyki, to musimy stwierdzić, że jednak nie dzieje się dobrze. To jest dowód spadającego poziomu, inne ligi jednak nam uciekają. U nas widocznie jest tak, że to najlepsi równają do słabszych, a nie słabsi do najmocniejszych.

Czego brakuje Legii i Lechowi, żeby ciągnąć w górę resztę?

- Niestety, ale najlepsi piłkarze z tych drużyn cały czas odchodzą. Rok temu w Legii był Vadis Odjidja-Ofoe i było widać w każdym meczu, że jest gwiazdą ekstraklasy. Szybko okazało się, że kogoś takiego nie można u nas zatrzymać. W Lechu w ostatnich latach mieliśmy to z Robertem Lewandowskim, Artjomsem Rudnevsem, Łukaszem Teodorczykiem. Kiedy zgłasza się zamożniejszy klub, to wyciąga naszych najlepszych zawodników i tak to będzie wyglądało jeszcze długo, bo mamy za mało pieniędzy. Jak zatrzymać Jana Bednarka, kiedy dostaje się za niego rekordową kwotę w historii transferów ekstraklasy? Okazuje się, w Anglii chłopak najwyżej czasami usiądzie na ławce rezerwowych. No dobrze, w sobotę zagrał przeciw Chelsea, ale to dopiero jego drugi czy trzeci mecz, a przecież w Southamptonie jest już prawie od roku. Całe szczęście, że Karol Linetty i Dawid Kownacki trafili lepiej. Zmierzam do tego, że i zawodnicy powinni starać się odchodzić z głową. Jak "Lewy", który zrobił to wzorowo. Poszedł do drużyny silnej, ale nie ze ścisłego topu, tam grał, cały czas się rozwijał i stał się wielki. Ale oczywiście łatwo mówić. Piłkarz dostanie dobre pieniądze, klub też i jak tylko ma dwóch czy trzech zawodników wyrastających poziomem ponad ekstraklasę, to za chwilę już ich nie ma i znowu musi szukać kogoś, kto pociągnie za sobą resztę. A nawet jak się uda takich ludzi znaleźć, to trzeba czekać, aż się przyzwyczają do klubu, miasta, atmosfery.

Jest też chyba tak, że jeśli tylko komuś nowemu zacznie iść, to my przesadzamy, chwaląc go. Na pewno widział Pan, że kiedy Christian Gytkjaer strzelił swojego 17. gola w sezonie, wszędzie pisano i mówiono, że w pierwszym sezonie w Lechu jest lepszy niż był Lewandowski?

- Tak, szukamy na siłę nośnych historii, bodźców do napędzania się, do pozytywnego myślenia, do napędzenia koniunktury. Inna sprawa, że Gytkjaerowi jednak warto się ukłonić. Chłopak przyszedł z innego kraju, bardzo szybko się odnalazł, zapracował na szacunek. Oby się rozwijał dalej.

Oby, ale Duńczyk ma 28 lat, a Lewandowski zaczynając grę w Lechu miał lat 20. Był jednak o wiele bardziej perspektywiczny, zestawianie ich nie ma wielkiego sensu.

- Zgadzam się. "Lewy" był niesamowitym talentem, bardzo szybko poszedł wyżej. Ale Gytkjaera też doceniam. Przyszedł z innego kraju, to jest przeszkoda, Polak ma łatwiejsze wejście do klubu ekstraklasy niż obcokrajowiec.

Lech Poznań - Korona Kielce 0:1. Kamil Jóźwiak Lech Poznań - Korona Kielce 0:1. Kamil Jóźwiak JĘDRZEJ NOWICKI

Zdziwił się Pan, że Gytkjaer nie strzelał karnego z Koroną? W lutym zmarnował "jedenastkę" w Kielcach i Lech przegrał 0:1, teraz chyba bał się powtórki, a okazało się, że Jevtić nie był lepszy.

- Gytkjaer i Jevtić to zawodnicy, którzy generalnie z karnymi dają sobie radę, mają ten element dopracowany na bardzo wysokim poziomie. Niestety, najlepszym też zdarza się nie trafić. A piłkę widocznie wziął ten z nich, który czuł się mocniej.

Między innymi zmarnowanego karnego miał na myśli Nenad Bjelica, mówiąc po meczu, że Korona wcale nie miała dobrej taktyki, tylko mnóstwo szczęścia. Tylko czy trener jednak nie przesadził, zupełnie nie doceniając tego, jak postawił się rywal?

- Tej wypowiedzi nie słyszałem i nie czytałem, ale czytałem to, co trener powiedział kilka dni temu - że Lech nie boi się bycia faworytem i zostanie mistrzem Polski. Szacunek za tę wypowiedź. Oczywiście teraz można wieszać na trenerze psy, mówić, że niepotrzebnie to powiedział, że za wcześnie. Ale ja myślę, że jego taktyka jest dobra. I że ciągle nic straconego. Każdy ma jeszcze po kilka meczów, będą mecze bezpośrednie i cały czas będzie walka. Pewnie jeden mecz będzie o wszystkim decydował.

Teoretycznie Lech ciągle może wygrać sześć spotkań, które mu zostały i wtedy na pewno będzie mistrzem.

- Może, zwłaszcza, że i Jagiellonię, i Legię ma w Poznaniu.

Nie zdążyłem dokończyć. Chciałem powiedzieć, że trudno wierzyć w taką serię, bo - co już powiedzieliśmy - to nie jest przypadek, że faworyci do tytułu od początku sezonu mają aż tyle wpadek.

- Dokładnie. Kto by przypuszczał, że "Jaga" tydzień temu przegra u siebie z Wisłą Płock? Nic nie ujmuję Wiśle, ale na pewno na nią nie stawiano. Nasza liga jest zwariowana i taka będzie do końca.

Co słychać u Pana? Na oficjalnej stronie Lecha nie jest Pan przypisany do sztabu żadnej z drużyn - czy to znaczy, że już nie pracuje Pan z młodzieżą "Kolejorza"?

- Już tłumaczę: pracuję, jak najbardziej. Ale moja sugestia była taka, żeby nie przypisywać mnie do żadnej z drużyn. Szkolę bramkarzy w akademii, pracuję z nimi indywidualnie, nie podlegam pod żadną drużynę, pod żadną grupę. Z bramkarzami z różnych kategorii wiekowych spotykam się cztery razy w tygodniu.

Czyli nie będzie Pan kolejnym po Piotrze Reissie były zawodnikiem Lecha z żalem mówiącym, że z klubem nie da się współpracować?

- Nie, nie, wręcz przeciwnie, ja mam bardzo miłe odczucia. Po zakończeniu gry byłem na rozmowach z szefami, pytano mnie gdzie bym się czuł najlepiej i sam wybrałem akademię. Lubię się przebrać po bramkarsku, założyć rękawice i jeszcze parę sztuczek chłopakom pokazać.