Cała Polska sędziuje

Mówi się, że piłka nożna to prosta gra, ale przepisy International Football Association Board, które ją regulują, mają ponad sto stron objętości, a do tego dochodzą niezliczone interpretacje, wytyczne i okólniki. Czy ktoś to wszystko analizuje poza sędziami i kandydatami na sędziów, wchodzi w niuanse, zastanawia, "co by było gdyby"? Nie. Normalny człowiek nie jest w stanie samodzielnie śledzić rynku kapitałowego, dlatego inwestując korzysta z porad specjalistów.

Normalny człowiek nie jest w stanie podążać za zmieniającymi się trendami w sędziowaniu meczów piłkarskich, nie ma czasu czytać wywodów Kolegiów Sędziów PZPN na temat interpretacji pozycji spalonej, faulu taktycznego, przywileju korzyści albo problemu rozmyślności w zagraniach piłki ręką. Teoretycznie więc i tutaj powinien zdać się na fachowców, ale tak nie jest, bo w spornych sytuacjach każdy kibic, jak Polska długa i szeroka, doskonale radzi sobie z sędziowaniem.

Legia Warszawa - Lech Poznań Legia Warszawa - Lech Poznań FOT. KUBA ATYS

Emocje vs merytoryka

Na wokandę trafił tym razem rzut karny podyktowany za zetknięcie piłki z ręką piłkarza Lecha Poznań w końcówce meczu z Legią Warszawa. Konfrontacja dwóch największych klubów w Polsce, wielka stawka i kontrowersyjna decyzja sędziego podjęta w ostatnich minutach to gwarancja, że każdy domorosły sędzia będzie chciał zabrać głos. Linia sporu od początku była oczywista: dla sympatyków Legii "karny był", a dla pozostałych "sędziów" decyzja Szymona Marciniaka otarła się o skandal tym bardziej, że skorzystał na tym warszawski klub. W emocjach przestało być ważne, że dla zawodowych arbitrów interpretacja tej sytuacji nie budzi wątpliwości. W ich świecie rzut karny należy się za rozmyślny kontakt piłki z ręką, co ma miejsce między innymi wtedy, gdy "w momencie zagrania/odbicia piłki ręce tego zawodnika znajdują się w pozycji nienaturalnej i ręka, w którą trafiła piłka, powiększa obrys ciała". Koniec cytatu. I tak przy Łazienkowskiej było, ale kto by tam słuchał sędziów. W bitwach Legii z resztą Polski jeńców się nie bierze, a merytoryka schodzi na dalszy plan.

Marciniak zawodowiec

Powiedzieć o niedzielnym rzucie karnym, że był "miękki", to nic nie powiedzieć. Piłkarz Lecha próbował przeszkodzić piłkarzowi Legii w dojściu do piłki i zrobił coś, co jest odruchem wielu obrońców w polu karnym, czyli szeroko rozpostarł ręce, żeby nie dać rywalowi pretekstu do wymuszenia jedenastki. Miał ogromnego pecha, bo za chwilę o jedną z tych wyciągniętych rąk otarła się spadająca piłka. Przypadek? Jasne, że tak. Co więcej, wszystko działo się w narożniku pola karnego, bez zagrożenia dla zespołu Lecha. Mimo to według cytowanego wyżej podejścia zachowanie Wołodymyra Kostewycza było rozmyślne i zasługiwało na karę. Co w tej sytuacji zrobił Marciniak? Zgodnie z przepisami zarządził rzut karny. Najlepszy polski sędzia miał dwa wyjścia: zignorować przepisy albo zignorować tak zwanego ducha gry. Cokolwiek by zrobił, postąpiłby źle, aczkolwiek wygodniej mu było karnego nie podyktować, bo miałby święty spokój. Marciniak zamiast osobistego komfortu wybrał jednak zawodowstwo.

Michal Kucharczyk podczas meczu o mistrzostwo Ekstraklasy Legia Warszawa - Lech Poznan Michal Kucharczyk podczas meczu o mistrzostwo Ekstraklasy Legia Warszawa - Lech Poznan FOT. KUBA ATYS

Ręka znaczy kontrowersje

Przepisy gry w piłkę nożną w kwestii ręki w polu karnym są dla laika tak zagmatwane, że już dawno przestałem chociażby próbować rozumieć, kiedy za zagranie ręką należy się rzut karny, a kiedy trzeba puścić grę. Ruch ręki do piłki, piłka oczekiwana czy nieoczekiwana, obrys ciała, ułożenie rąk, odległość rąk od piłki, jej szybkość, możliwość reakcji lub brak takiej możliwości, kontakt świadomy czy nieświadomy, rozmyślność czy przypadek. To jest klasyczna analiza wielokryterialna, w której nie miałbym żadnych wątpliwości tylko w jednym przypadku - gdyby piłkarz z premedytacją złapał piłkę w ręce. W każdej innej jestem zmuszony zdać się na fachowców, bo to oni mają obowiązek spojrzeć na każdą sytuację przez pryzmat aktualnie obowiązujących reguł. A jeśli są one złe, nielogiczne i wymykają się zdrowemu rozsądkowi? To pewnie należy je zmienić. Pytanie tylko na jakie, bo raczej nie chodzi o to, żeby za każdy kontakt ręki z piłką w polu karnym dyktować jedenastkę.   

Kibic wie lepiej

Jako, że rzadko zdarzają się sytuacje, w których piłkarz łapie piłkę w ręce albo na przykład - tak jak Artur Jędrzejczyk w zeszłorocznym meczu Legii z Cracovią lub kiedyś Zbigniew Mandziejewicz w meczu w Zabrzu - odbija ją niczym siatkarz, to rzuty karne za zagranie ręką w "szesnastce" będą budzić emocje. A im większe emocje, tym chętniej kibice będą je rozstrzygać samodzielnie na podstawie własnych sympatii i abstrahując od interpretacji ekspertów. Tym bardziej, że pod wpływem tego czy innego kontrowersyjnego karnego nie zaczną nagle czytać przepisów. Nie zaczną, bo ich to nudzi, nie mają czasu, a poza tym uważają, że na futbolu znają się równie dobrze, jak na medycynie, więc dogłębna wiedza nie jest im do niczego potrzebna. Teoretycznie ich zacietrzewienie powinno spadać, ponieważ w warunkach dostępnej wideoweryfikacji maleje prawdopodobieństwo, że nawet słabo dysponowany arbiter podejmie błędną (to jest niezgodną z przepisami) decyzję dotyczącą kluczowych dla wyniku meczu sytuacji - o uznaniu gola, pozycji spalonej albo właśnie o ręce w polu karnym. To jednak tylko teoria. Według niej system VAR miał minimalizować liczbę kontrowersji, ale przecież zawsze można go nazwać WAR-em i zebrać poklask gawiedzi. 

Nenad Bjelica Nenad Bjelica ŁUKASZ CYNALEWSKI

Nic nowego

Może i dobrze, że tak się dzieje, bo sport to rozrywka. Sport bez emocji, również tych negatywnych, nieracjonalnych i histerycznych, byłby jałowy. Po meczu Legii z Lechem opinia publiczna orzekła, że winny jest Marciniak, głupie przepisy i Legia Warszawa. Już w trakcie meczu telewizyjny ekspert stwierdził, że prawidłowa decyzja sędziego była błędna, a w pomeczowym studiu trener Lecha Nenad Bjelica, który z czternastu wyjazdowych meczów wygrał dwa, powiedział, że na miejscu trenera Legii, Romeo Jozaka, byłoby mu wstyd. Nie wiadomo, jakie są osobiste relacje obydwu Chorwatów (widocznie nie najlepsze), nie wiadomo też, co zdaniem Bjelicy ma wspólnego Legia z decyzją Szymona Marciniaka. Wiadomo natomiast, że legioniści dobrze wiedzą, jak czuli się piłkarze Lecha w Warszawie, bo w trakcie wrześniowego meczu ze Śląskiem tak samo łapali się za głowy w chwili, gdy Jarosław Przybył zarządzał rzut karny za rękę Adama Hlouska. To było zdarzenie tak samo przypadkowe jak w niedzielę, bo w niegroźnej sytuacji piłka nieoczekiwanie odbiła się od kolana legionisty i otarła o rękę, której nie zdążył schować, mimo, że próbował. Sytuacja Hlouska była zbliżona do sytuacji Kostewycza, ale nie wywołała w kraju choćby zbliżonego hałasu. Do tego asymetrycznego podejścia piłkarze Legii również zdążyli się już jednak przyzwyczaić.