Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Ekstraklasa. Lech Poznań, o którym wielu już zapomniało. Wielkie znaczenie impulsu

Rozegranie w trójkącie, przeniesienie ciężaru gry, wyjście na obieg. Trener Bjelica wrzucił wyższy bieg i tym razem nie towarzyszył temu głos sprzeciwu. Jego drużyna przegrała z Legią 1:2, ale zamiast spuszczonych głów są złość i nadzieja. Bodziec może oznaczać więcej niż zdobycz punktowa.

W cieniu rywala

Na każde podanie do przodu przypadały przynajmniej dwa do tyłu. Wszystko z jednej prostej przyczyny: lechici byli rozrzuceni po boisku i nie utrudniali zadania przeciwnikowi. Każdą wolną przestrzeń z łatwością wypełniali gospodarze. Wystarczyła zwarta struktura, konkrety zamiast przesadnej kreatywności. Linie, w których ustawiali się legioniści, umożliwiały swobodny i szybki dostęp do każdego sektora boiska. Nie wymagało to nie wiadomo jakich umiejętności sprinterskich. Obowiązki pod kątem reakcji zostały dość dobrze rozdzielone.

W pierwszej połowie kluczową rolę w środkowej strefie odgrywał Remy - od niego wszystko się zaczynało. Już nawet nie chodzi o świetną asystę, którą pieczołowicie przygotowywał jeszcze przed dotknięciem piłki, a to, jak się ustawiał. Francuz był pierwszy do odbioru, pierwszy do prostopadłego podania bezpośrednio po nim następującego. Za jego przykładem przesuwała się cała linia, dzięki czemu można było mówić o pewnej płynności w grze Legii. W efekcie podopieczni trenera Bjelicy nie byli w stanie (w tym tempie rozgrywania akcji) zagrać do przodu, bo zaraz byli wypychani i zmuszani do wybrania innego wariantu. I tak w kółko.

Równie istotny był pressing, który sprawiał ogromne problemy przeciwnikowi. Poznaniacy wielokrotnie mieli kłopot ze wstępnym wprowadzeniem futbolówki do gry z linii obrony, bo ich pole było nieustannie ograniczane. W tej roli świetnie sprawdzał się duet Eduardo-Hamalainen/Radović. Chociaż Fin pozostawał nieco na uboczu jeśli chodzi o faktyczne akcje ofensywne, to przydawał się właśnie w tym elemencie. Stoperzy Kolejorza byli zmuszani do długich podań, które raczej były skazane na stratę biorąc pod uwagę zagęszczenie środkowej strefy.

Legia - Lech Legia - Lech Sport.pl

Stare problemy

Cofnięcie Trałki tak naprawdę niewiele zmieniało. Każde podanie było obarczone ryzykiem straty. Brakowało tempa, od samego początku było wiadomo, gdzie zostanie zagrana piłka. W drugą stronę wyglądało to zgoła inaczej - legioniści zawsze mieli przynajmniej jeden ruch, którego nie przeanalizowali lechici.

Lech zdawał się nie mieć planu "B". Grał dość czytelnie, odległości między piłkarzami były bardzo duże. Tak właściwie trudno było wyróżnić zawodnika, który odpowiada za rozegranie, bo takowe nie miało racji bytu. Kiedy już udało się przenieść futbolówkę w wyższe sektory boiska, możliwości tak naprawdę były dwie: osamotniony w polu karnym Gytkj?r lub piłka stracona gdzieś w okolicach 35.-40. metra.

Wina jednoznacznie nie spada na duńskiego napastnika, który w ogóle nie dostawał podań. Trudno było również oczekiwać od wyrzuconego na bok Majewskiego, że utrzyma futbolówkę w posiadaniu, gdy sam jest pod naciskiem dwóch-trzech rywali. Brakowało wsparcia Raduta/Situma ustawionych kilkanaście metrów dalej i również będących pod czujnym nadzorem (działało to też w drugą stronę). Winny był cały system. Lech nie zdobywał terenu, a raczej kręcił się wokół własnej osi. 

Legia - Lech Legia - Lech Sport.pl

Wszystkie ręce na pokład

Lechici zyskują możliwość podwajania skrzydła i wyjścia na obieg. Pojawia się także więcej opcji do zagrania - w tym przeniesienie ciężaru gry, autostrada przed Gumnym oraz wsparcie dla Gytkj?ra. Zmieniło się jedno: goście grali bliżej siebie.

Na samym początku drugiej połowy doszło do nieoczekiwanej zamiany miejsc. Kolejorz zaczął szybciej i nie był to jednorazowy wyskok. Po raz pierwszy w tym meczu (i w ogóle od dawna), przed polem karnym przeciwnika zameldowało się aż sześciu zawodników. Trener Bjelica postawił wszystko na jedna kartę.

Celem był atak. Poznaniacy musieli liczyć się z tym, że będzie to broń obosieczna. Z tyłu pozostawało maksymalnie dwóch obrońców, ryzyko kontrataku było naprawdę spore. Po raz kolejny okazało się jednak, że Legia nie do końca radzi sobie z grą pod presją i płaci za to wysoką cenę - nie tylko poprzez oddanie inicjatywy, ale także komunikację w kluczowych momentach (np. właśnie w obliczu kilku dobrych kontr).

Kolejorz odkrył się w defensywie, ale znacząco zyskał w ataku. Zmniejszenie odległości między piłkarzami sprawiło, że gra stała się bardziej dokładna i pojawiło się więcej możliwości do szybszego rozegrania.

Legia - Lech Legia - Lech Sport.pl

Przełom

Kompletna akcja poznaniaków. Wszystko zaczęło się na przeciwległej flance, gdzie trio Gumny-Situm-Majewski rozegrało w trójkącie i następnie ten ostatni wypuścił Chorwata przed pole karne. W gotowości był nie tylko Radut, ale i Kostewycz, który nie miał większych problemów z wyjściem na obieg. Jedyne, co nie wyszło, to płaskie podanie w pole karne.

Największa zmiana była widoczna na przykładzie Majewskiego, który wreszcie miał więcej przestrzeni. W powyższej sytuacji to właśnie on wskazał kierunek gry. Równie znaczącą rolę odegrał przy akcji na 1:1, gdy najpierw rozegrał z Situmem przed polem karnym, a następnie wbiegł w nie, odciągając uwagę od Gytkj?ra (Duńczyk przez kilka sekund pozostawał zupełnie bez krycia).

Przesunięcie formacji było tylko wierzchołkiem góry lodowej. Lech przenosił ciężar gry, oskrzydlenie wydawało się być czymś zupełnie naturalnym, a zagarnianie całej szerokości boiska przychodziło z łatwością. Nikt nie zwalniał - możliwości zagrania pojawiały się jak z automatu. Duński napastnik zaczął wychodzić do podań i rzutów z autu, bo w polu karnym pojawiały się alternatywy.

Nenad Bjelica Nenad Bjelica ŁUKASZ CYNALEWSKI

Rolę się odwróciły. Tym razem to Legia musiała ulec pod presją przeciwnika. Gytkj?r i Majewski robili dokładnie to samo, co wcześniej Eduardo i Hamalainen/Radović. Tymczasem Remy został zmuszony do dalekich podań. Goście wychodzili do aktywnego pressingu i sprawnie odcinali poszczególne sektory. Odbiór był znacznie bardziej skuteczny, bo lechici nie zamierzali tracić rytmu, którego poszukiwali od tak dawna. Gra toczyło się pod ich dyktando.

Wydaje się jednak, że kwestie stricte taktyczne zeszły tutaj na drugi plan. Trener Bjelica podkręcił obroty, ale nie osiągnął tego za sprawą jakiejś personalnej zmiany. Reakcji nie towarzyszyły konkretne mechanizmy, schematy. Wpływ miały emocje. Lechowi daleko było do drużyny z poprzednich spotkań (poza końcówki ze Śląskiem), czy nawet pierwszej połowy tego meczu. Poczuł piłkarską złość i przełożył to na boisko. Cały - jako drużyna. Nie zrobił tego Majewski jednym podaniem, czy Radut jednym dryblingiem. Mentalne zwycięstwo odniósł kolektyw. Jest to jeden z nielicznych przypadków, gdy zdobycz punktowa może zejść na drugi plan. Kolejorz staje przed szansą odbudowy na bazie impulsu i tylko od niego - sztabu szkoleniowiego oraz zawodników - zależy, czy ją wykorzysta.