Ekstraklasa. Uniwersalny Remy, spokojny Bjelica, dramat Kostewycza i... "Wenger out" [SPOSTRZEŻENIA]

Jednym z najlepszych piłkarzy mistrza Polski w meczu z Lechem Poznań był William Remy, który po raz pierwszy w lidze zagrał w roli defensywnego pomocnika. Chociaż o porażce "Kolejorza" zdecydował błąd Wołodymyra Kostewycza, to w przeciwieństwie do Ukraińca spokój zachowywał Nenad Bjelica. Legia Warszawa pokonała Lecha Poznań 2:1 w hicie 26. kolejki LOTTO Ekstraklasy. Gole dla warszawiaków strzelili Marko Vesović i Michał Kucharczyk, bramkę dla gości zdobył Christian Gytkjaer. Spostrzeżeniami po spotkaniu dzieli się Konrad Ferszter ze Sport.pl.

Uniwersalność Remy'ego

"To piłkarz, który może grać zarówno na środku obrony jak i w roli defensywnego pomocnika" - w taki sposób przedstawiany był kibicom William Remy, który do Legii trafił zimą z francuskiego Montpellier. W niedzielnym meczu z Lechem Francuz potwierdził krążącą o sobie opinię.

W dotychczasowych spotkaniach z Zagłębiem, Śląskiem, Cracovią, Jagiellonią 26-latek grał na środku obrony, gdzie tworzył parę stoperów z Michałem Pazdanem. W obliczu kontuzji Chrisa Philippsa i zawieszenia Domagoja Antolicia, Jozak zdecydował się wystawić Remy'ego w roli defensywnego pomocnika.

I Francuz, przede wszystkim przed przerwą, chorwackiego szkoleniowca nie zawiódł. 26-latek nie tylko dobrze prezentował się w destrukcji, gdzie odbierał i przechwytywał piłki i wygrywał pojedynki, ale zaimponował też w grze ofensywnej. Już w pierwszych sekundach meczu Remy popisał się fantastycznym podaniem za linię obrony Lecha, które na gola zamienił Vesović.

"Heroizm" Jurasa

"Musiałem tutaj być" - tak swoje zdjęcie ze stadionu opisał na Twitterze legijny spiker Łukasz "Juras" Jurkowski. Spiker, kibic, ale też zawodnik MMA, który w sobotę stoczył walkę dla federacji KSW podczas gali, która odbyła się w Łodzi.

Chociaż w sobotę Jurkowski nie wyszedł do drugiej rundy z powodu pękniętego mostka, a jeszcze po walce znajdował się w szpitalu na badaniach, to na niedzielnym meczu nie mogło go zabraknąć. "Juras" tradycyjnie pełnił rolę spikera do spółki z Łukaszem Stasiakiem.

Tradycyjnie, jednak w nieco ograniczonej roli. To Stasiak, a nie Jurkowski, przywitał kibiców na stadionie tradycyjnym, głośnym "Ceeeeeeeeeeee", to też on pytał kibiców "kto wygra mecz?"

Jurkowski, chociaż pewnie jeszcze mocno obolały po poważnej kontuzji, długo w ograniczonej roli jednak nie wytrzymał. Chociaż sam przyznał, że nie jest w stanie krzyczeć tak głośno jak zwykle, to sam w końcu pytał publiczność o zwycięzcę meczu, odczytał też skład Legii, a później strzelców goli.

"Głupi heroizm" - tak mówił "Juras" o podejściu do walki z Martinem Zawadą. Mamy nadzieję, że "głupim heroizmem" nie był udział w niedzielnym meczu i nie odbije się on na i tak nadszarpniętym zdrowiu zawodnika mieszanych sztuk walki i spikera.

Nenad Bjelica Nenad Bjelica CEZARY ASZKIEŁOWICZ

Spokój Bjelicy

Od początku roku pętla na szyi chorwackiego trenera Lecha zaciska się coraz mocniej. Bjelica krytykowany jest nie tylko za przeciętne wyniki Lecha, ale też, a może przede wszystkim, za słaby styl, który prezentuje jego zespół.

Chociaż Chorwat na konferencjach prasowych nic nie robił sobie z plotek dotyczących jego przyszłości, to w mediach pojawiają się kolejne nazwiska szkoleniowców, którzy mogliby zastąpić go w roli pierwszego trenera "Kolejorza".

Na człowieka zdenerwowanego Bjelica nie wyglądał też w Warszawie. Chociaż Lech mecz z Legią zaczął od szybko straconego gola, to Chorwat nie sprawiał wrażenia człowieka, którego by ta bramka rozzłościła.

Wręcz przeciwnie, szkoleniowiec poznaniaków cały mecz stał przy linii bocznej z rękami w kieszeniach, wyjmował je tylko celem gestykluacji po kontrowersyjnych jego zdaniem decyzjach sędziowskich. Wiele w tej kwestii nie zmieniła też bramka dla jego zespołu, którą Chorwat przyjął z bardzo podobnym spokojem. Relatywnie spokojny Bjelica był też po decydującym trafieniu Kucharczyka.

Nie wiemy czy to kwestia naturalnego opanowania czy zrezygnowania, jednak fakty są takie, że porażka z Legią sytuacji Bjelicy w Poznaniu na pewno nie poprawia.

"Wenger Out"

O przyszłości trenera dyskutuje się w Poznaniu, ale też m.in. w północnym Londynie. Chociaż Arsene Wenger jest legendą Arsenalu, to jego dymisji domaga się większość kibiców "Kanonierów" na całym świecie. Hasło "Wenger Out" stało się bardzo popularne wśród fanów londyńskiego klubu. Powstaje z nim mnóstwo internetowych memów, ludzi trzymających taki napis można zobaczyć w różnych częściach świata, nawet w sytuacjach kompletnie nie związanych ze sportem. Hasło to dotarło nawet do Warszawy na hit polskiej ekstraklasy. Przed rozpoczęciem meczu, w trakcie odśpiewywania "Snu o Warszawie" i "Mistrzem Polski jest Legia", na trybunie wschodniej stadionu im. Marszałka Józefa Piłsudskiego można było dostrzeć kibiców, którzy trzymali kartki właśnie z takim napisem.

Wątpliwe, by hasło z Warszawy wpłynęło na przyszłość francuskiego menedżera (jego obecny kontrakt wygasa w 2019 roku), jednak w dobie mediów społecznościowych możemy być pewni, że kibice z niedzielnego meczu dotrą do bardzo szerokiego grona odbiorców na całym świecie.

Dramat Kostewycza

O zwycięstwie Legii nad Lechem zdecydował rzut karny, który w końcówce skutecznie wykonał Kucharczyk. Sędzia Szymon Marciniak jedenastkę podyktował za zagranie ręką Wołodymyra Kostewycza we własnym polu karnym.

Na decyzję arbitra Ukrainiec zareagował bardzo emocjonalnie. Najpierw z Marciniakiem się kłócił, przekonując go, że przewinienie nie było umyślne, że jego ręce ułożone były naturalnie. Gdy sędzia otrzymał sygnał z VAR, że Legii rzut karny się należał, Kostewycz tylko złapał się za głowę, a później plastycznie dyskutował z Pazdanem.

Po tym jak gola strzelił Kucharczyk, lewy obrońca Lecha padł na murawę, nie mogąc uwierzyć w popełniony błąd. Z boiska podniósł go co prawda Nikola Vujadinović, ale emocje Kostewycza nie opuszczały. Ukrainiec chował głowę w dłoniach, w koszulce. Po ostatnim gwizdku jako jeden z pierwszych uciekł do szatni.

Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.