Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Ekstraklasa. Kariera wyhamowana przez brutala z Birmingham. Na co stać jeszcze Eduardo da Silvę?

O nowym napastniku Legii pisano, że ma zapewnić Arsenalowi życie po odejściu Thierry'ego Henry'ego. Mimo dzielącej ich różnicy klas, przez pewien czas wydawało się, że Eduardo da Silva rzeczywiście może być pierwszą armatą "Kanonierów". Wszystko zmienił jednak jeden, bezmyślny faul Martina Taylora. Wszystko, bo zamiast strzelać gole w Premier League, napastnik przez rok leczył złamaną nogę, by później odbudowywać karierę w Szachtarze Donieck. W ostatnich latach Brazylijczyk z chorwackim paszportem kursował między Ukrainą a Brazylią, by ostatecznie wylądować w Warszawie. Czy 34-letni dziś piłkarz nawiąże w Polsce do swojej najwyższej formy?

Powód do ekscytacji i wielka niewiadoma

Nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że piłkarza z takim nazwiskiem w ekstraklasie jeszcze nie było. Eduardo da Silva to dla kibiców Legii jednak nie tylko powód do ekscytacji, ale też wielka niewiadoma. Brazylijczyk z chorwackim paszportem strzelał gole dla Arsenalu, bardzo dobrze prezentował się też w Dinamie Zagrzeb i Szachtarze Donieck. Problem w tym, że było to dawno temu. W lutym Eduardo skończy 35 lat, a ostatni mecz zaliczył latem. 

W czwartek zawodnik, który ponad dekadę temu miał wypełnić lukę po Thierrym Henrym na Emirates Stadium, podpisał roczny kontrakt z Legią. Mistrzowie Polski wierzą, że doświadczeniem i jakością Eduardo wzniesie drużynę Romeo Jozaka na wyższy poziom.

Eduardo Da Silva Eduardo Da Silva FOT. KUBA ATYS

Napastnik-zagadka

- W przypadku każdego transferu istnieje ryzyko, ale uważam, że Eduardo poradzi sobie w Legii. To piłkarz, który wciąż prezentuje wysoką jakość, a w przeszłości osiągnął wielki sukces. Prawda jest taka, że gdyby był w innym momencie kariery, to nie bylibyśmy w stanie go pozyskać - powiedział na czwartkowej konferencji prasowej dyrektor techniczny Legii, Ivan Kepcija.

Z Chorwatem trudno polemizować. Mistrz Polski nie miałby żadnych szans na sprowadzenie Eduardo, gdy Arsenal płacił za niego Dinamu Zagrzeb ponad 13 mln euro. Nie mógłby też zrobić tego trzy lata później, gdy reprezentant Chorwacji zamieniał Londyn na Donieck za ponad osiem mln euro.

Legia ściąga dziś napastnika-zagadkę. Zawodnika z imponującą przeszłością, który jednak ostatnie miesiące spędził albo na ławce rezerwowych, albo w gabinecie lekarskim. W poprzednim klubie - Atlético Paranaense - Eduardo obiecujący miał tylko początek. Później przegrywał rywalizację z Douglasem Coutinho i Ribamarem. W Atlético 34-latek spędził rok, a jego licznik zatrzymał się na 19 meczach i raptem dwóch golach.

- Dlaczego nie grałem? To była decyzja trenera, w osiągnięciu pełni formy przeszkadzały mi też kontuzje. Mimo to, fizycznie czuję się dobrze, jestem pewien, że nie będę odstawał od reszty drużyny. Przed nami miesiąc przygotowań do ligi, jestem przekonany, że od samego początku będę do dyspozycji trenera - przekonywał w czwartek Eduardo.

Z Zagrzebia do Londynu

Wiek i ostatnie słabe miesiące to jedyne powody, które mogą budzić zastrzeżenia co do transferu. Jeśli bowiem spojrzymy w CV reprezentanta Chorwacji, to drugiego takiego zawodnika w ekstraklasie jeszcze nie było. Nie był nim Danijel Ljuboja, który zanim trafił do Legii, grał m.in. w PSG. Nie jest nim też były piłkarz Juventusu Turyn, a obecnie gracz Lechii Gdańsk, Milos Krasić.

Eduardo swoją markę zbudował w Dinamie Zagrzeb, do którego trafił z brazylijskiego Bangu Atlético Clube we wrześniu 1999 roku. Droga do pierwszej drużyny, do której napastnik przebił się na stałe od sezonu 2003/04, prowadziła przez zespoły młodzieżowe Dinama i wypożyczenie do drugoligowego Interu Zapresić.

Eduardo momentalnie stał się gwiazdą, w cztery sezony dla klubu z Zagrzebia strzelił łącznie aż 93 gole. Przełomowy okazał się sezon 2006/07, kiedy napastnik zdobył 47 bramek w 47 spotkaniach! Jedną z nich było trafienie w III rundzie eliminacji Ligi Mistrzów, gdzie Dinamo przegrało rywalizację z Arsenalem. Wtedy jeszcze pewnie nikt nie spodziewał się, że kilka miesięcy później Eduardo zostanie "Kanonierem".

"Zapewnić Arsenalowi życie po odejściu Henry'ego"

Napastnik do klubu z północnego Londynu trafił latem 2007 roku. Wspomniane ponad 13 mln euro było wtedy rekordowym transferem z ligi chorwackiej. Wenger zdecydował się na Eduardo, chociaż angielskie media informowały, że Francuz zainteresowany był też ogranymi w Premier League Michaelem Owenem i Obafemim Martinsem.

24-letni wtedy piłkarz stał przed wielkim wyzwaniem. "The Guardian" pisał, że "Eduardo ma zapewnić Arsenalowi życie po odejściu Henry'ego", który zamienił właśnie Londyn na Barcelonę. Duży, pochwalny felieton reprezentantowi Chorwacji poświęcił też uznany dziennikarz, Jonathan Wilson.

W nowym klubie zawodnik zadebiutował 19 sierpnia w ligowym meczu z Blackburn Rovers (1:1), 10 dni później, w starciu ze Spartą Praga w el. LM, zdobył pierwszą bramkę. Początki Eduardo w Arsenalu były jednak trudne. Piłkarz nie mieścił się w podstawowej jedenastce, zwykle grywał tylko ogony. Miejsce w składzie wywalczył sobie dopiero pod koniec roku. Od końca grudnia do połowy lutego 2008 roku w 13 meczach strzelił siedem goli i zanotował pięć asyst.

Gdy wydawało się, że Eduardo staje się ważną postacią w zespole, przyszedł pamiętny mecz z Birmingham i starcie z "rzeźnikiem", Martinem Taylorem...

Makabryczne sceny z Birmingham

Nie minęły nawet trzy minuty tego meczu, kiedy na St Andrew's Stadium doszło do makabrycznych scen. Eduardo otrzymał podanie od Gaela Clichy'ego i zanim na dobre zdążył rozpędzić się w kierunku bramki gospodarzy, jego akcję zatrzymał Taylor. Na pierwszy rzut oka wyglądało to na brutalny wślizg. Tylko i aż. Kiedy jednak do kolegi z drużyny dobiegł Cesc Fabregas stało się jasne, że z napastnikiem Arsenalu bardzo, bardzo źle.

Hiszpan najpierw spojrzał na Eduardo, potem tylko złapał się za głowę i rozpaczliwie zaczął wołać o pomoc. Skutki bezmyślnego wślizgu Taylora okazały się nieporównywalnie gorsze od jego widoku. Noga reprezentanta Chorwacji wygięła się w nienaturalny sposób, z niektórych ujęć wyglądała nawet na naderwaną. Atak obrońcy Birmingham i kontuzja Eduardo były tak drastyczne, że transmitujące na żywo spotkanie "SkySports" nie publikowało powtórek.

- Nie pamiętam praktycznie niczego. Wiem tylko, że gdy upadłem, spojrzałem się na stopę, która wykręciła się w drugą stronę. Reszta jest tylko pustką - mówił piłkarz raptem kilka dni po całym zajściu. W słowach nie przebierał Wenger, który zażądał dożywotniej dyskwalifikacji dla Taylora.

Diagnoza była ciosem dla Eduardo, Arsenalu i reprezentacji Chorwacji. Piłkarz doznał złożonych złamań kości piszczelowej i strzałkowej, przez co stracił nie tylko resztę sezonu, ale też Euro 2008, na którym drużyna Slavena Bilicia dotarła do ćwierćfinału.

- Nie winię angielskiej piłki za to, co mi się przydarzyło. Futbol stał się zdecydowanie bardziej fizyczny na całym świecie, więc do takiej sytuacji mogło dojść w każdej lidze. Mój klubowy kolega, Fernandinho, doznał bardzo podobnej kontuzji w niedawnym meczu ligi ukraińskiej - mówił Eduardo w październiku 2010 roku, kiedy już jako zawodnik Szachtara szykował się do meczu LM przeciwko Arsenalowi.

Dziś 34-latek też nie rozdrapuje ran. - Nie chcę tego wspominać, od tamtej pory minęło już 10 lat. Nie oglądałem tego nawet na wideo. Najważniejsze jest to, że wróciłem silny, grałem w różnych klubach na wysokim poziomie i strzelałem gole. Jestem z tego dumny, bardzo cieszę się, że nadal mogę grać w piłkę - powiedział w czwartek Eduardo.

Wyjazdy, powroty, nadzieje Legii

Zawodnik do gry wrócił po 359 dniach i był to powrót jak z bajki. Eduardo zagrał w powtórzonym meczu IV rundy Pucharu Anglii przeciwko Cardiff City, gdzie strzelił dwa gole. Na tym szczęśliwy pobyt napastnika w Arsenalu się jednak kończy. W sezonie 2008/09 reprezentant Chorwacji zagrał tylko w czterech spotkaniach. W kolejnym wystąpił co prawda w 33 meczach, ale był on tylko rezerwowym.

Brutalny, bezmyślny faul Taylora wyhamował karierę piłkarza, który postanowił odbudować ją w Szachtarze, do którego przeszedł w lipcu 2010 roku.

W Doniecku Eduardo spędził cztery lata, podczas których rozegrał łącznie 113 meczów i strzelił 36 goli. Chociaż z nowym klubem dominował na Ukrainie (cztery mistrzostwa, trzy puchary), to jego pierwszy pobyt w Szachtarze może kojarzyć się ze wspomnianymi starciami z Arsenalem w LM.

19 października 2010 roku Eduardo wszedł na boisko Emirates Stadium w 64. minucie przy oklaskach stojących kibiców gospodarzy. Jego nowa drużyna przegrała co prawda 1:5, ale to on strzelił honorowego gola. Znacznie lepiej było dwa tygodnie później w Doniecku, kiedy napastnik zdobył decydującą bramkę, a Szachtar wygrał 2:1. O celebrowaniu trafienia oczywiście nie mogło być mowy.

Po wygaśnięciu 4-letniej umowy z ukraińskim klubem, Eduardo wyjechał do Brazylii. W 12 miesięcy dla Flamengo strzelił 13 goli, po czym niespodziewanie zdecydował się na powrót do Szachtara, gdzie grał jeszcze przez półtora sezonu i dołożył 21 trafień.

Kiedy w styczniu 2017 roku piłkarz związał się z Atlético wydawało się, że 34-latek do Europy już nie wróci. A jednak znów go do niej ciągnęło. Eduardo wybrał Legię, mimo że zainteresowana była nim Rijeka z jego ukochanej Chorwacji. Powrotu do drugiego domu piłkarz jednak nie chciał, a przy Łazienkowskiej liczą na to, że u schyłku bogatej kariery napastnik jeszcze raz pokaże swoje umiejętności.

Więcej o: