Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Kosecki: W Legii byłem gwiazdą, bo obok grał Ljuboja

- W Legii miałem łatwiej, bo na boisku był Danijel Ljuboja, którego pilnowało po trzech obrońców - mówi Sport.pl Jakub Kosecki, gracz Śląska Wrocław i były reprezentant Polski. - Trochę wtedy odleciałem i myślałem, że będę grać w Barcelonie. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że wtedy w Legii byłem mocny, bo otaczali mnie rewelacyjni piłkarze.
Jakub Kosecki ( w zielonej koszulce) raczej nie zagra z Cracovią Jakub Kosecki ( w zielonej koszulce) raczej nie zagra z Cracovią fot. MIECZYSŁAW MICHALAK

Krzysztof Smajek: Nie ma pan koszmarów, że Śląsk Wrocław spada z ekstraklasy?

Jakub Kosecki: Zdajemy sobie sprawę z tego, w jakiej znajdujemy się sytuacji. Trener mówi, że teraz patrzymy na to, co jest za nami a nie przed nami. Wiemy, że każde nasze potknięcie może być wykorzystane przez rywali. Nie dopuszczamy myśli o spadku, bo mamy skład na czołowe miejsca w tabeli, a nie walkę o ligowy byt.

Co w takim razie stało się ze Śląskiem, że musi bić się o utrzymanie?

- Naszym celem było miejsce w pierwszej ósemce. Po kiepskim początku, gdy przegraliśmy dwa mecze, przyszła seria bez porażki i fajnie to wyglądało. Wydawało się, że idziemy w dobrym kierunku, ale potem pojawiła się plaga kontuzji. Zaczęły sypać się formacje, musieliśmy radzić sobie bez wielu kluczowych zawodników. Nie wygrywaliśmy meczów i teraz musimy bronić się przed spadkiem.

Czy tylko kontuzjami możemy tłumaczyć niską pozycję Śląska?

- Nie, jest wiele czynników, ale nie chcę wchodzić w szczegóły, bo ja jestem od tego, żeby trenować i grać. Jednak głównym powodem była plaga kontuzji. Gdyby wszyscy zawodnicy byli zdrowi, to Śląsk walczyłby o puchary.

Tadeusz Pawłowski powiedział, że teraz będzie stawiał na piłkarzy, którzy będą gotowi umierać za Śląsk. Trener może na pana liczyć?

- Oczywiście, że tak. Nawet proces leczenia mojej kontuzji ścięgna Achillesa pokazuje, że jestem gotowy umierać za Śląsk. Było duże prawdopodobieństwo, że mogę zerwać ścięgno, a mimo to grałem na własne ryzyko. W szatni mamy zawodników, którzy są gotowi umierać za klub. Przede wszystkim trener Pawłowski jest osobą, która dałaby wszystko, żeby Śląsk wygrywał i piął się w tabeli. Chcemy podążać za trenerem, bo to jest facet z jajami.

Jak dużo męskich i trudnych rozmów przeprowadziliście w ostatnim czasie w szatni Śląska?

- Były takie rozmowy, ale nie chcę wchodzić w szczegóły. Niech to zostanie w szatni. Wiemy, co mamy robić, wierzymy trenerowi i każdy zawodnik pójdzie za nim w ciemno. W szatni, oprócz trenera, największy posłuch mają Mariusz Pawelec i Piotr Celeban. Z ich zdaniem reszta zespołu liczy się najbardziej. Mimo problemów i kilku porażek atmosfera w drużynie jest bardzo dobra.

Jak bardzo był pan wkurzony, gdy na światło dzienne wypłynęły pana zarobki w Śląsku?

- Nie miałem na to żadnego wpływu. Taki był najwidoczniej zamiar kilku dziennikarzy i ta informacja poszła w świat. Ktoś po prostu chciał zabłysnąć i to mu się udało.

Atmosfery w szatni to nie popsuło?

- Nie, na pewno nie popsuło.

O zwolnieniu Jana Urbana mówiło się już w grudniu. Czy te spekulacje w jakiś sposób wpływały na postawę zespołu?

- Dochodziły do nas różne słuchy, ale staraliśmy się odciąć od tego zamieszania. Jesteśmy od tego, żeby trenować i grać, a nie od zajmowania się spekulacjami. Jeśli byłyby dobre wyniki, to tego tematu w ogóle by nie było. Wiemy, że zawiedliśmy trenera Urbana. Teraz musimy zrobić wszystko, żeby w przypadku Tadeusza Pawłowskiego nie powtórzył się ten scenariusz.

Szymon Żurkowski (lewej) w meczu ze Śląskiem Wrocław Szymon Żurkowski (lewej) w meczu ze Śląskiem Wrocław JAN KOWALSKI

Panu pewnie było wyjątkowo przykro, że Jan Urban został zwolniony.

- Dokładnie, bo to dzięki niemu wypłynąłem na głębokie wody. Ale liczyłem się z tym, że jeżeli nie będzie wyników, to trener może stracić posadę. I tak też się stało. Jan Urban jest świetnym szkoleniowcem, ale klub podjął taką decyzję i musimy ją uszanować.

Za trenerem Urbanem wskoczyłby pan w ogień?

- Ja mam taki charakter, że za każdym trenerem bym wskoczył. Nawet w Niemczech, gdy 2-3 mecze siedziałem na ławce, to wchodząc na boisku za każdym razem dawałem z siebie wszystko, nie odstawiałem nogi. Taki już jestem.

Kiedy ostatnio był pan z siebie zadowolony?

- Nie chcę o tym rozmawiać, niech inni mnie oceniają. Zdaję sobie sprawę, że jestem krytykowany, ale pojawiają się też miłe słowa pod moim adresem.

Ostatni raz rozmawialiśmy przed rozpoczęciem sezonu 2017/18 i mówił mi pan wtedy, że pana kariera jest na zakręcie, ale nie jest to bardzo skomplikowany zakręt. Od tamtego czasu coś się zmieniło?

- Nic się nie zmieniło, ale piłka nożna jest takim sportem, że w dwa mecze można wszystko odwrócić. Proszę spojrzeć na piłkarzy Górnika Zabrze. Gdy przed rokiem byli w 1. lidze, śmiano się z nich, że grają słabo. Dzisiaj ci sami zawodnicy są w ekstraklasie, występują w kadrze. Rok temu nikt by nie uwierzył, że to się tak potoczy. Taka jest piłka i to jest w niej piękne. Dlatego z optymizmem patrzę w przyszłość.

Jakub Kosecki na treningu Śląska Jakub Kosecki na treningu Śląska KORNELIA GŁOWACKA-WOLF

Kiedyś był pan uważany za najlepszego gracza ekstraklasy, teraz jest pan jednym z wielu ligowców. Czuje pan niedosyt z tego powodu?

- Wciąż jestem bardzo dobrym piłkarzem, ale kontuzje uniemożliwiły mi stuprocentowy rozwój. W Legii miałem łatwiej, bo na boisku był Danijel Ljuboja, którego pilnowało po trzech obrońców. Ja dostawałem piłkę i biegłem do bramki, strzelałem w sytuacji sam na sam z bramkarzem, albo na pustą bramkę. Trener Urban mówił do mnie: "Kuba, nie wracaj do defensywy. Rób zamieszanie z przodu." Ludzie twierdzili, że ciągnąłem zespół za uszy. Trochę wtedy odleciałem i myślałem, że będę grać w Barcelonie. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że wtedy w Legii byłem mocny, bo otaczali mnie rewelacyjni piłkarze.

Ostatnia pana wizyta na Łazienkowskiej nie należała do miłych. Śląsk stracił w Warszawie cztery gole.

- Nie tak sobie wyobrażałem powrót. Przegraliśmy wysoko, a mi ścięgno Achillesa tak się "zapaliło", że ledwo chodziłem. W przerwie musiałem zejść z boiska. Kibice przyjęli mnie jak normalnego, zwykłego zawodnika. Bez braw, ale i bez buczenia.

Mecz Arka - Śląska. Na zdjęciu Jakub Kosecki oraz Michał Marcjanik (z prawej) Mecz Arka - Śląska. Na zdjęciu Jakub Kosecki oraz Michał Marcjanik (z prawej) fot. BARTOSZ BANKA

Nie żałuje pan decyzji o powrocie do ekstraklasy?

- Nie. Chcieliśmy wrócić do kraju, bo żona była w ciąży i zależało nam na tym, żeby dziecko urodziło się w Polsce. Jestem szczęśliwy, że trafiłem do Wrocławia. Żałuję tylko, że trapiły mnie kontuzje i nie mogłem pomóc zespołowi.

Jak bardzo zmieniło się pana życie odkąd został pan ojcem?

- Synek i piłka to moje priorytety w życiu. Gdy wracam z treningu i widzę szczęśliwą żonę oraz dziecko, które się do mnie uśmiecha, od razu cieplej robi się w sercu. Jego narodziny to dla mnie dodatkowy impuls do ciężkiej pracy. Teraz muszę ciężko pracować na rodzinę, by zadbać o jej przyszłość.

Zmienia pan pieluchy synkowi?

- Zmieniam, staram się pomagać żonie, jak tylko potrafię. Muszę jej podziękować, bo w nocy to ona opiekuję się synkiem, ja w tym czasie spokojnie śpię i dzięki temu na treningi przychodzę wypoczęty i zregenerowany. Podziwiam Olę, bo mnie często nie ma w domu, a ona rewelacyjnie daje sobie radę z dzieckiem.

Jakie są piłkarskie marzenia Jakuba Koseckiego?

- Niech to zostanie moja tajemnicą.

Niech pan chociaż powie, czy te marzenia sięgają ligi hiszpańskiej?

- Na pewno ta liga jest w sferze moich marzeń, ale spokojnie. Wszystko jest realne. Są zawodnicy, którzy w wieku 29-30 lat zaczynają grać najlepiej w swojej karierze. Piłka nożna jest takim sportem, że w ułamku sekundy wszystko może się zmienić. Teraz marzę o tym, żeby nic mnie nie bolało.

Twierdzi pan, że w 2. Bundeslidze jest wyższy poziom niż w ekstraklasie. Gdyby przyszła oferta z drugiej ligi niemieckiej, to bez chwili zastanowienia zmieniłby pan klub?

- Nie. Jestem szczęśliwy we Wrocławiu i mam tu jeszcze sporo rzeczy do udowodnienia. Jeżeli zdrowie nam dopisze, to możemy fajnie pograć w piłkę. Chcemy udowodnić, że ten zespół zasługuje na większy szacunek i wyższe miejsce w tabeli.

Jak długo zostanie pan w Śląsku?

- Trudno powiedzieć, nie wszystko zależy ode mnie. Chcę jak najlepiej grać dla Śląska, ale jeżeli ktoś uzna, że Śląskowi już nie pomogę, to uszanuję taką decyzję i zmienię klub.