Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Andre Gomes i Per Mertesacker o piekle futbolu: wstyd, wymioty, ból, sława i kasy jak lodu. Wir, który cię pochłania, ale nie chcesz z niego wyjść

"Mój czas w Barcelonie to otwarta rana. W pewnym momencie zmienił się, choć może to złe słowo, w piekło" - mówi w magazynie "Panenka" portugalski pomocnik Andre Gomes. Dwa dni po tym, jak o piekle piłkarza opowiedział też Per Mertesacker.

Andre Gomes kosztował Barcelonę 35 mln euro plus mnóstwo bonusów, a w ponad półtora roku zebrał w tym klubie dopiero 38 meczów w podstawowym składzie. Z czego zdecydowaną większość w poprzednim sezonie. Przychodził jako mistrz Europy po świetnych miesiącach w Valencii. Dziś wygwizdują go kibice na Camp Nou, stał się dyżurnym obiektem drwin i marnuje kolejne szanse dawane przez trenera Ernesto Valverde: jest przygaszony, niepewny. - Znajomi mówią, że gram na hamulcu ręcznym. Pokazuję 50 procent siebie - mówi Gomes o swojej obecnej formie. W wywiadzie dla magazynu "Panenka" zdobył się na rzadką szczerość. Mówi o sobie, że tłumi wszystkie negatywne emocje, nie rozmawia o swoich przejściach z nikim, żeby nie być obciążeniem. Ale w pewnym momencie to wybucha. Tak jak teraz.

"Niszczy mnie to, że za dużo myślę. O złych rzeczach"

"Nie czuję się dobrze na boisku. Nie daje mi radości to, co próbuję tam zrobić. Pierwsze sześć miesięcy w klubie było niezłych, ale potem to się zaczęło zmieniać. Może to nie będzie dobre słowo, ale zaczęło się zmieniać w piekło. Wzrosła presja. Ja dobrze sobie radzę z presją ogólnie, ale nie z tą presją, która jest skierowana konkretnie na mnie" - mówi w najnowszym wydaniu "Panenki" (cały wywiad ma 12 stron, w wersji internetowej jest tylko kilka cytatów).  "Podczas treningów czuję się dobrze. Czasem może brakuje mi trochę pewności siebie, gdy jest dzień czy dwa po meczu, wracają obrazy z niego i nie można pójść do przodu. Ale na treningach jestem spokojny. A odczucia z meczów mam złe. Niszczy mnie za dużo myślenia. Bo myślę o złych rzeczach i to się przekłada na to, co mam zrobić na boisku. Koledzy mnie wspierają, ale mi nie wychodzi tak jak oni by chcieli" - opowiada 24-letni Portugalczyk. I przyznaje: "Zdarzyło się, i to nie raz, że nie chciało mi się wyjść z domu. Wyjść na ulicę, żeby ludzie na ciebie patrzyli. Wstydziłem się tak, że bałem się wyjść".

Mertesacker: mdłości i łzy z bólu przed każdym meczem

Jego zwierzenia ukazują się dwa dni po tym, jak w najnowszym numerze "Der Spiegel" o swoich mękach w futbolu opowiedział Per Mertesacker. Rozgrywający właśnie ostatni sezon w karierze obrońca Arsenalu, niemiecki mistrz świata z 2014 roku. Opowiedział w długim wywiadzie dla "Der Spiegel" o atakach mdłości przed pierwszym gwizdkiem. Przed każdym pierwszym gwizdkiem. O mdłościach na kilka sekund przed meczem, na myśl o tym, że trzeba będzie wytrzymać 90 minut. O tym, jak walczy żeby nie zwymiotować, aż oczy się szklą z bólu. I jak chowa wtedy twarz w rękach, żeby nikt tego momentu słabości nie wychwycił.

Mówi to 104-krotny reprezentant Niemiec, który w karierze zagrał setki meczów o dużą stawkę. I cały czas przechodził przez to samo: mdłości, biegunki, drżenie nóg - drżenie tak mocne, że niektórzy jego koledzy z pokoju ledwo dawali radę zasypiać. A po meczu - brak snu do co najmniej piątej nad ranem. Mertesacker opowiada o stanach kompletnego wyczerpania emocjonalnego, gdy przez trzy dni nie jest w stanie wyjść z łóżka. Mówi o nieludzkiej presji podczas mundialu 2006 w Niemczech, gdy kompletnie rozłożyła go myśl, że mógłby wejść, popełnić błąd i zawalić drużynie mecz. Opowiada jak mu ulżyło, gdy Niemcy odpadli w półfinale z Włochami. Wie, że głupio się do tego przyznawać, ale tak czuł. I chciał awansować, i chciał odpaść, żeby ta presja już się skończyła.

Kontuzja jako wybawienie

Wspomina, jakim zbawieniem bywały  kontuzje, bo pozwalały się wyrwać z tego młyna. Dawały ucieczkę od bycia w świecie ciągłych ocen i pomiarów: ile przebiegł, w którą stronę kopnął, dlaczego dobrze i dlaczego źle. "Nikogo nie interesuje że dziesięć meczów z rzędu zagrałeś dobrze. Liczy się tylko ostatni. Gdy kibice mnie fetują, uczucie jest nie do opisania. Gdy mnie wygwizdują, idę na dno ze wstydu". U niego tak się to układało, że kontuzje przychodziły, gdy był już w stanie największego psychicznego wyczerpania. Tak, jakby ciało przychodziło duszy na ratunek.

Dlaczego w takim razie nie podziękował, skoro to nie dla niego? Tak pyta wielu, również dziś pod wywiadem Andre Gomesa. On tłumaczy, że nie podziękował, bo wcale nie uważa, że to nie dla niego. Mimo tych nudności, strachu, presji, nerwów - został mistrzem świata. Andre Gomes jest mistrzem Europy. Mertesacker opowiedział o tej ciemniejszej stronie codzienności w piłce nie po to, żeby się poskarżyć, jak miał źle, tylko żeby jego następcy chętniej i odważniej o takich problemach mówili. Również ci następcy, z którymi ma od przyszłego roku pracować w akademii Arsenalu. Niemiecki obrońca mówi, że życie piłkarza to przekładaniec: ten ból, o którym opowiada, ale spleciony z euforią zwyciężania, dobrymi relacjami z trenerami, siłą grupy, tym jak uskrzydla bycie idolem.

"Dostawałem kasy jak lodu. I na wszystko to zasłużyłem"

Nie bez znaczenia jest też, że dostawał, jak mówi, "kasy jak lodu". "I nigdy się nie nazwę przepłacanym. Zasłużyłem na te pieniądze, wiem co życie pod presją ze mnie zrobiło" - mówi Mertesacker. Nazywa futbol wirem, z którego nie da się uciec". I z reguły nie chce się uciec, bo bywa w tym wirze bardzo przyjemnie. Tylko nie bardzo jest z kim porozmawiać, ani o tym co dobre, ani o tym co złe. Psycholog niby jest dziś w wielu szatniach, ale odważnych brakuje, bo nie wiadomo, co pomyślą koledzy o tym, który się z psychologiem umówi. Można się zwierzyć koledze, ale takich naprawdę bliskich ma się w szatni dwóch, trzech. Większość relacji jest powierzchownych, bez żadnych zwierzeń. Mertesacker też, jak wielu znanych sportowców, wierzy tylko w te przyjaźnie, które się narodziły zanim zaczął wielką karierę. Bo potem nie sposób ocenić, czy ktoś chce się z tobą przyjaźnić, czy coś dzięki tobie zyskać. Dlatego nie słychać w szatniach zwierzeń, za to w dniu meczu prawie wszyscy kursują do toalety.

- Nawet ja się nie zorientowałem, jak źle jest z Robertem Enke. To coś mówi, prawda? - wspomina Mertesacker byłego kolegę z Hannover 96 i reprezentacji, który w 2009 roku popełnił samobójstwo. A jego problemy z depresją pierwszy raz dały o sobie znać właśnie wtedy, gdy przeżywał słabszy okres w Barcelonie,