Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Ekstraklasa. Legia - Lech 2:1. Nie tylko karny

Po dość bezbarwnych pierwszych 45 minutach, w drugiej połowie oba zespoły stworzyły przyjemne dla oczu widowisko, nawet, jeśli pamięć o nim zdołał przesłonić kontrowersyjny rzut karny, przesądzający o wyniku.

Nieporadne szachy

Choć trenerzy chętnie po meczu podkreślają, że pierwsza bramka ustawiła spotkanie. Wczoraj w Warszawie, zwłaszcza w pierwszej połowie, można było odnieść wrażenie, że Lech stratą gola nie przejął się zupełnie. Nadal inicjatywa była po stronie Legii, Lech cierpliwie przesuwał się za akcjami rywali, utrzymując co do zasady Trałkę i Gajosa za linią piłki. Defensywa Kolejorza nie była jednak głęboka. Poznaniacy ustawili się w średnim pressingu, starając się atakować rywali w okolicy koła środkowego. Defensywy obu zespołów były w ten sposób ustawione stosunkowo wysoko, a w dużym ścisku uczestnicy tego spotkania nawzajem się neutralizowali. Stąd też sytuacji z gry było w pierwszej połowie niewiele. Najwięcej zagrożenie od momentu bramki stwarzały stałe fragmenty gry Lecha.

Korzysta Lech

Z 87 ataków Lecha, ponad połowa była kreowana lewą stroną boiska. W obliczu szybko złapanej przez Jędrzejczyka żółtej kartki i jego ogólnie niezbyt wysokiej dyspozycji w meczu, poznaniacy z uporem maniaka starali się wykorzystywać jego flankę. Okazało się to w miarę efektywną opcją, ponad połowa akcji zakończonych strzałem miała miejsce właśnie tam, w tym ta kluczowa, która pozwoliła gościom wyrównać. Na drugie 45 minut Nenad Bjelica zamienił stronami Situma z Radutem, by nieco częściej szukać zejść ze skrzydła bardziej do środka, gdzie wygrane pojedynki z Jędrzejczykiem mogłyby prowadzić do otwierania wolnej przestrzeni. Nie bez znaczenia był też fakt, że w drugiej połowie Vesovicia zastąpił Kucharczyk, który w naturze ma znacznie mniej defensywną orientację, niż występujący także na boku obrony Czarnogórzec. W połączeniu z aktywną grą Kostewycza doprowadziło to do tworzenia przewag przez Lechitów w bocznych sektorach na połowie rywala, co miało przełożenie na stworzone sytuacje.

W drugiej połowie Lech przypomniał sobie, że musi gonić wynik. Miało to pozytywne skutki z punktu widzenia atrakcyjności widowiska, jednak odbiło się na jego piłkarskiej jakości. Obie drużyny zaczęły coraz bardziej skupiać się na tym, żeby jak najszybciej dostarczyć piłkę na połowę rywala, nawet za cenę celności podań. Legia nie była w stanie uspokoić nieco gry. Mimo, że teoretycznie w swoich szeregach miała zawodników obytych z budowaniem gry, a filozofia jej trenera zakłada dokładne i przemyślane tworzenie akcji, skuteczność podań gospodarzy zaczęła spadać poniżej 70 procent, co jest wynikiem załamująco niskim. Nieco lepszej jakościowo gry wnosił jedynie Remy (88 procent celnych piłek), ale nie wtórował mu już Mączyński (71 procent), a zwłaszcza boczni obrońcy (obaj 75 procent), którzy łatwo dawali się zamykać, w momencie gdy zaczynali akcję na flankach. Nie dziwi więc, że warszawianie przez długi czas mieli problemy ze stwarzaniem sobie kolejnych sytuacji.

Korzysta Legia

Legia jednak stopniowo zaczęła się w tych okolicznościach odnajdywać. Przede wszystkim aktywniej zaczął wyglądać ruch zawodników z przodu, dzięki czemu udawało im się uciekać z zagęszczonych stref i stwarzać sobie miejsce do wyprowadzania akcji. Lech zaczął angażować w ofensywę coraz więcej graczy, co pozwalało Legii na kontry. Kucharczyk, schodząc praktycznie pod linię boczną, mógł otrzymywać podania zupełnie bez presji, a nabierając prędkości stawał się trudny do zatrzymania. Podobnie zaczynał działać Hamalainen, który zaczął odklejać się od przeładowanego środka. Choć te manewry z bramkowego punktu widzenia nie przyniosły rezultatu, pozwalały na wykreowanie szans, a przede wszystkim nieco stępiły ofensywę Lecha, który w drugiej połowie sprawiał nieco lepsze wrażenie.

Król jest jeden

Zwłaszcza z perspektywy tych drugich 45 minut ciężko pozytywnie ocenić grę warszawiaków. O ile szybka i ryzykowna gra to jeszcze rok temu była domeną Lecha, nawet kiedy nie są w niej już tak spektakularni, na tle gospodarzy potrafili wyglądać lepiej. Legia podjęła walkę na styl gry, którego teoretycznie i w filozofii trenera powinna unikać. Wyglądała w nim zresztą niezbyt dobrze i dopiero rozszerzenie pola gry przez skrzydła w końcowej fazie spotkania zaczęły poprawiać sytuację. Wcześniej bitwa na chaos zdawała się rozstrzygać na korzyść Lecha, jednak w końcówce zaczęło brakować już pomysłu na to, jak wyrwać się ze schematów i przeprowadzić udaną akcję. W tym aspekcie odcinany od czci i wiary trudny do przewidzenia Kucharczyk sprawdził się dużo lepiej. Zresztą mecze polskiej piłki od lat wyglądają tak, że 22 zawodników mniej lub bardziej nieporadnie ugania się za piłką, Kucharczyk jest często w tej drugiej grupie, a na koniec i tak zawsze jego jest na wierzchu.

Legia Warszawa - Lech Poznań Legia Warszawa - Lech Poznań FOT. KUBA ATYS