Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Barcelona wygrała El Clasico 3:0 po katastrofie Realu między 54. a 64. minutą

Real próbował wygrać El Clasico na punkty, ale zapomniał, jak mocny cios ma rywal. Padł zamroczony na początku drugiej połowy i już nie dał rady się podnieść

Koniec walki o mistrzostwo

23 grudnia, w 64. minucie El Clasico, skończyła się walka Realu Madryt o mistrzostwo Hiszpanii. Może nie tylko Realu, może innych goniących też, bo Barcelona zapewniła sobie w tej 64. minucie już 9 punktów przewagi nad Atletico, co najmniej 8 nad Valencią, która gra w sobotę wieczorem. Ale nie przewagi nad Atletico i Valencią zostaną zapamiętane, tylko liczba 14. Będziemy to pewnie jeszcze długo wspominać jako kuriozum: w 2017 roku nim nastało Boże Narodzenie Barcelona uciekła Realowi na 14 pkt. I przypieczętowała to zwycięstwem na Santiago Bernabeu, po meczu który jej się długo nie układał. Jeśli nawet w takich okolicznościach powiększyła przewagę, to skąd brać argumenty, że jeszcze może ją roztrwonić?

Real Madrid's Cristiano Ronaldo walks past as Barcelona players celebrate scoring their 3rd goal during a Spanish La Liga soccer match between Real Madrid and Barcelona Real Madrid's Cristiano Ronaldo walks past as Barcelona players celebrate scoring their 3rd goal during a Spanish La Liga soccer match between Real Madrid and Barcelona PAUL WHITE/AP

Cały wysiłek przepadł w 10 minut

We wspomnianej 64. minucie Leo Messi wykorzystał rzut karny (i został najlepszym strzelcem 2017, bramka numer 54.), podwyższając wynik meczu na 2:0. Chwilę wcześniej z boiska został wyrzucony Dani Carvajal, za to że próbował obronić rękami uderzenie Paulinho, które i tak wpadło do siatki, ale sędzia anulował gola i podyktował jedenastkę. Przy linii bocznej szykowali się już wówczas do wejścia Gareth Bale i Marco Asensio, by odrabiać 0:1. Musieli poczekać na wejście, bo trzeba było załatać dziurę w obronie po wyrzuconym Carvajalu i najpierw wprowadzić Nacho.  A potem odrabiać 0:2 a nie 0:1. I tak runęły wszystkie plany Realu na ten mecz: i plan A z pierwszej połowy, i plan B po stracie pierwszego gola. Cały wysiłek z pierwszej połowy przepadł w 10 minut drugiej, od gola na 0:1 do czerwonej kartki i 0:2. A mogło być jeszcze gorzej, gdyby Sergio Ramos jednak wyleciał z boiska za uderzenie Luisa Suareza. Dostał tylko żółtą kartkę.

Real z głową w chmurach

Co najbardziej bolesne dla Realu, ten gol na 0:1 wcale nie musiał paść. To Real zaprosił Barcelonę do strzelenia tej bramki, wychodząc na drugą połowę z głową w chmurach. Do przerwy plan Realu opierał się na tym, by pomocnikom Barcelony nie dać ani metra, ani sekundy spokoju. Wtedy Real był uważny, ofiarny, szybszy od Barcelony. Po przerwie to już nie obowiązywało. Tak jakby zmarnowane sytuacje z pierwszej połowy - kiks Cristiano Ronaldo na 11. metrze, słupek po uderzeniu Karima Benzemy, obrona Marca Andre ter Stegena po strzale Cristiano - podcięły im skrzydła. A nogi już tak nie niosły po wielkim wysiłku do przerwy. Real w jakimś sensie zrobił zakład z losem: to my musimy ten mecz wygrać i trzeba zacząć strzelanie jak najszybciej, a potem się zobaczy. Ale gol nie padł. A Barcelona już nieraz w tym sezonie pokazała, że potrafi przetrwać kłopoty ze spokojem, potrafi rozegrać dwie zupełnie różne połowy, umie cierpliwie poczekać na swój moment szansy i zacząć odmieniać mecz.

Taki moment trafił jej się w 54. minucie. Nikt nie doskoczył do Toniego Kroosa, by podwoić krycie Sergio Busquetsa, gdy się obracał z piłką i czekał na dogodny moment na podanie, Gdy podał piłkę, nikt nie doskoczył do Ivana Rakiticia i Chorwat ruszył do przodu przez pusty środek boiska. A potem było podanie do Sergiego Roberto i oddanie przez niego piłki do wbiegającego Luisa Suareza. To było jedno z pierwszych w tym meczu, jeśli nie pierwsze, udane podanie wymienione przez Barcelonę w polu karnym, I tak ruszyła lawina, która zmiotła Real i zatarła wspomnienia wszystkich niecelnych podań Barcelony z pierwszej połowy.

Barcelona, zwyczajnie niezwyczajna

Realowi sił starczyło mu już potem tylko na jeden dłuższy ofensywny zryw, ale wówczas zawsze na miejscu był ter Stegen: przy uderzeniach Garetha Bale'a, przy próbie Sergio Ramosa. Tak jak jest zawsze na miejscu od początku sezonu. Ernesto Valverde budował tę Barcelonę w pośpiechu: po stracie Neymara, po klęsce z Realem w Superpucharze, po stracie Ousmane'a Dembele. Ale zbudował ją dobrze. Stworzył drużynę na każdą pogodę: gdy idzie, gdy nie idzie. Bywają takie fragmenty meczów, gdy ta drużyna się wydaje dość zwyczajna. A jednak wyniki i tabela mówią coś przeciwnego.