Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Brazylia nie jest już największym eksporterem piłkarzy. Lula ojcem El Dorado

Przez lata brazylijskie kluby żyły ze sprzedaży piłkarzy. Co się stało, że dziś stać je nie tylko na zatrzymanie rodzimych gwiazd, ale też zatrudnianie świetnych graczy z najsilniejszych europejskich lig. Hitem lata mógł być transfer Carlosa Téveza, za którego Corinthians oferowało 45 mln euro
Argentyńczyk nie wróci do byłego klubu, bo Brazylijczycy nie wyrobili się z formalnościami przed końcem okna transferowego. Obiecali jednak, że w styczniu znów spróbują.


Powiedzieć, że transfer 27-letniego napastnika byłby hitem, to nic nie powiedzieć. Chodzi o najlepszego strzelca najsilniejszej na świecie Premier League, kapitana Manchesteru City - obok sąsiadów z United - najwyżej ocenianego angielskiego klubu ostatniego sezonu. Hitowa jest też cena - Arsenal, Liverpool, Bayern, Inter i Milan nigdy 45 mln euro za piłkarza nie zapłaciły. Barcelona więcej rzuciła tylko za Zlatana Ibrahimovicia.

Mistrz grupy T

Zaczęło się trzy lata temu, gdy Ronaldo przeprowadzał się do Corinthians z Milanu. - Mieszkać w ojczyźnie i zarabiać tyle samo co w Europie? Brzmi świetnie! - cieszył się napastnik. Na świecie zaczynała się największa recesja po II wojnie światowej, ale dwukrotnemu zdobywcy Złotej Piłki zaproponowano 350 tys. euro miesięcznie. Ronaldo miał 33 lata, zgruchotane kolana i wielki brzuch. Nie biły już się o niego kluby mierzące w zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Ale okazało się, że Brazylijczyków stać także na piłkarzy młodszych, zdrowych i wciąż cenionych. Selekcjoner Mano Menezes zabrał na kończące się wczoraj Copa America siedmiu reprezentantów rodzimej ligi. Nie tylko żółtodziobów, do których wzdychają największe europejskie kluby (Neymar, Ganso), ale także piłkarzy w sile wieku, którzy uznali, że bardziej niż gra w Europie opłaca im się powrót do domu (Elano, Fred, Jefferson).

W lidze pięciokrotnych mistrzów świata na życie zarabiają były gwiazdor Sevilli Lu~s Fabiano i Ronaldinho, najlepszy brazylijski piłkarz ostatniej dekady. We Flamengo dostał 416 tys. euro miesięcznie. Tyle co Mesut Özil w Realu Madryt. Diego Forlán w Atletico Madryt i Robin Van Persie w Arsenalu zarabiają mniej. Tego lata do ojczyzny wrócili 23-letni Denilson (wcześniej Arsenal) i rok starszy Je (Manchester City).

Tym, który powstrzymał drenaż brazylijskiego rynku i sprawił, że kluby stać na coraz lepszych piłkarzy, był Luiz Inacio Lula da Silva. Prezydent Brazylii osiem lat temu zastał stadiony cuchnące uryną i korupcją, a zostawił w czasie przygotowań do Pucharu Konfederacji (2013), mundialu (2014), Copa America (2015) i wreszcie Igrzysk Olimpijskich (2016).

Przez lata ligę brazylijską szpeciły pomysły działaczy i polityków. Wojskowa dyktatura zorganizowała w 1971 r. ogólnokrajowe rozgrywki, by zintegrować kraj. Miejsce w lidze stało się elementem politycznych targów, rozdawano je bez opamiętania. W 1979 r. o mistrzostwo rywalizowały 94 zespoły. Skomplikowanego systemu rozgrywek, w którym wyłonienie najlepszej drużyny zaczynało się w grupie A, przechodziło przez grupę T, a kończyło play-off, nikt nie próbował nawet zrozumieć. Nie musiał, regulamin zmieniano co rok przez 20 lat. Wynikami specjalne się nie przejmowano. Jeśli drużyna popularna, przyciągająca na stadiony tysiące kibiców, kończyła w strefie spadkowej, powiększano ligę, by się utrzymała. Najpierw dbała o to wojskowa junta, w latach 90. telewizje. Na czele tego bałaganu stał Ricardo Teixeira, szef brazylijskiej federacji (CBF), oskarżany o korupcję. Gdy na początku poprzedniej dekady brazylijskim futbolem zajął się parlament, CBF ogłoszono gniazdem "przestępczości, anarchii, niekompetencji i nieuczciwości".

Takiemu zepsutemu organizmowi osiem lat temu rzucił wzywanie Lula. Stworzył prawo, dzięki któremu kluby zaczęły obowiązywać takie same zasady jak inne firmy, m.in. wymusił publikowanie wyników finansowych. Federację zobligował do organizowania przynajmniej jednych ogólnokrajowych rozgrywek "w których przed rozpoczęciem drużyny wiedzą, ile meczów zagrają i z kim". W Karcie Praw Kibica zapisał zasady dotyczące bezpieczeństwa i higieny na stadionach. Gdy nowe regulacje zaczęły obowiązywać, szefowie klubów i działacze federacji zawiesili ligę. Argumentowali, że według takiego prawa działać się nie da. Wytrwali 48 godzin. Obiły ich media, kibice i Lula miłujący sport narodowy nie mniej niż brazylijskie ulice. Futbolowe ustawy były pierwszymi, które powstały za jego kadencji.



Kup 5 proc. Neymara

Gdy Lula skończył reformować futbol bezpośrednio, zaczął pomagać mu pośrednio. Potężna, 190-milionowa Brazylia, jest jednym z najszybciej rozwijających się krajów świata. Wyliczono, że od 2003 r. klasa średnia zwiększyła się o 34 mln ludzi. - Wielu z nich jest słabo wykształconych. Nie kupują książek, tylko telewizory i produkty związane ze sportem - mówi brazylijski ekonomista. Chętnie płacą też za całosezonowe abonamenty na mecze, więc płatne telewizje pompują pieniądze w futbol. W marcu 15 klubów sprzedało prawa do transmisji na trzy lata za 930 mln dol. W Europie więcej dostają tylko ekipy hiszpańskie, niemieckie, francuskie, włoskie i angielskie. Ale w Brazylii transakcja nie objęła najpotężniejszych, bo Botafogo, Fluminense, Vasco, Corinthians i Flamengo uznały, że bardziej opłaca im się sprzedać prawa samodzielnie. - Naszym wzorem jest Barcelona, a nie Atletico Madryt - mówił wtedy Corinthians, wiceprezydent drugiego najpopularniejszego brazylijskiego klubu (z goli najpopularniejszego Flamengo cieszy się 25 milionów fanów). Ekipa z Sao Paulo dostała od telewizji 50 mln euro rocznie. Za reklamę na koszulkach firma farmaceutyczna Neo Qu~mica płaci jej 27 mln euro.

Marketing to drugi fundament sukcesu ligi brazylijskiej. Real i Barcelona od miesięcy zastanawiają się nad rozgrywaniem meczów w południe, by fani w Azji oglądali ich w prime time, a nie tuż przed świtem. Brazylijczycy już się przed Azjatami ukłonili. W tym sezonie niektóre mecze zaczynają o 21.50 w sobotę. Tak, by chińscy kibice patrzyli na gwiazdy brazylijskiego futbolu, wcinając niedzielne śniadanie.

Bardziej jednak niż telewizje w przyciąganiu gwiazd brazylijskim klubom pomagają sponsorzy. Księgowy Flamengo płaci Ronaldinho tylko 20 proc. pensji. Resztę przelewa prywatna firma. Opłaca się, bo gwiazdor stał się atrakcją turystyczną, którą na stadionie oglądają przybysze z całego świata. Klub na kontraktach sponsorskich zarabia w tym sezonie dwa razy więcej niż w poprzednim. Na pensję Téveza, który w Manchesterze City dostaje 285 tys. euro tygodniowo, Corinthians nie stać. Jego także będzie utrzymywał sponsor. Wyjdzie taniej niż w Anglii, bo w Brazylii najwyższa stawka podatku wynosi 27,5 procent. Na Wyspach aż 50 proc.

Dzięki sponsorom rok temu Santos zaoferował Neymarowi taką samą pensję, jaką proponowała mu Chelsea. W zamian zrzekł się części praw do 19-letniej gwiazdy, do klubu należy teraz 55 proc. wartości piłkarza, 40 proc. ma sieć supermarketów, a 5 grupa inwestycyjna. Takich przypadków jest więcej, rok temu Brazylia przestała być największym eksporterem piłkarzy na świecie. Więcej sprzedają Argentyńczycy.

- Historia tego kraju to historia wzlotów i upadków. Poczekajmy, co będzie dalej - mówi Alex Bellos, autor książki o historii brazylijskiego futbolu. Ekonomiści zwracają uwagę, że 26 największych brazylijskich klubów ma w sumie 1,4 mld euro długu. - Pytanie, czy dzięki większym przychodom spłacą je i zainwestują w stadiony oraz centra treningowe, czy wszystko wydadzą na piłkarzy? - zastanawia się ekonomista.

Trudno jednak sobie wyobrazić, że dzisiejszych bohaterów brazylijskiego futbolu trzeba będzie ratować przed nędzą tak jak mistrzów świata z 1958 i 1962 r. - Te pieniądze pozwolą nam godnie żyć. Z tego, co dostaliśmy za złoto mundialu, nie utrzymalibyśmy się. Poza Pele wszyscy musieliśmy iść do pracy - mówił Pepe, legenda Santosu, gdy dwa lata temu zwycięzcom mundiali przyznano specjalne emerytury na wniosek prezydenta Luli.

Brazylia kupuje: 707 piłkarzy zza granicy kupiono do ligi brazylijskiej w poprzednim sezonie. Pięć lat temu było ich tylko 311

Największe transferowe hity tego lata