Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Zbigniew Boniek dla Sport.pl: Wypada mi zrobić wszystko

Kibice mieli rację, kiedy śpiewali obraźliwe piosenki na PZPN, gdy ten zdjął orzełka z koszulek reprezentacji lub gdy założył klub kibica, który nikomu się nie podobał. Za to śmiać mi się chce, gdy kibice obrażają związek, bo sędzia podyktował karnego przeciwko ich drużynie. Co ma do tego prezes albo zarząd? - mówi Zbigniew Boniek, nowy prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej.
Robert Błoński: Gratulować panu wyboru, czy współczuć?

Zbigniew Boniek: Gdybym po wyborach miał oczekiwać współczucia, tobym nie startował. Nie wygrałem kolejnego meczu ani nie strzeliłem kolejnej bramki. Wkroczyłem na inny poziom odpowiedzialności. Tu jest innego rodzaju adrenalina, zobowiązania i oczekiwania. Prezes zależy od wielu czynników: zarządu czy środowiska.

Po co to panu? Były wybitny piłkarz został szefem instytucji, która ma katastrofalną opinię w narodzie.

- Związek nie ma dobrej opinii, ale ma określone cele i zadania do wykonania. Gdyby to było przeklęte stanowisko, Davor Suker nie byłby prezesem w Chorwacji, Predrag Mijatović w Czarnogórze, a Michel Platini nie szefowałby UEFA. Nikt by nic nie robił, a ja nie chcę leżeć do góry brzuchem.

Mnie się nawet ta piosenka o PZPN podoba. Kibice mają rację, kiedy śpiewali, gdy PZPN zdjął orzełka z koszulek reprezentacji lub gdy założył klub kibica, który nikomu się nie podobał. Za to śmiać mi się chce, gdy kibice obrażają związek, bo sędzia podyktował karnego przeciwko ich drużynie. Co ma do tego prezes albo zarząd? Możemy rozliczyć osoby odpowiedzialne za błędy, ale związek nie odpowiada za wszystko. Wizerunek wymaga poprawy, ale najpierw PZPN musi wyglądać bardziej profesjonalnie.

W Gdańsku, na meczu Polska - Urugwaj 14 listopada kibice zaśpiewają o PZPN?

- Za wizerunek PZPN najbardziej odpowiada PZPN. Ostatnio podpadł przy okazji meczu z Anglią i kibice mieli rację, że we wtorek gwizdali i śpiewali. Ktoś zapomniał zamknąć dach, a konsekwencje ponieśli ludzie na trybunach. Na ich miejscu też bym się wkurzył i śpiewał.

Przez lata powtarzał pan: "Jestem kandydatem niewybieralnym". Co się stało, że piątek wygrał pan tak łatwo?

- Nie wiem, bo ja się nie zmieniłem. Może środowisko się zmieniło? Cztery lata temu, kiedy przegrałem z Grześkiem Lato, też nie czytałem przedwyborczego przemówienia z kartki, tylko mówiłem od siebie. W piątek mówiłem życzliwie, czego się czasem boimy. Przez chwilę połączyło nas Euro, ale szybko wróciliśmy do rzeczywistości i negatywnych emocji. Nie zapomniałem o problemach związku, ale zaproponowałem, żebyśmy rozwiązywali je razem. Jeden z najbardziej palących to korupcja, trzeba się tym szybko zająć. Mamy kompromitujący statut. Aż wstyd, jak jest fatalny.

Co się w nim panu nie podoba?

- Wszystko. Przed wyborami na prezesa jeden klub może dać poparcie trzem kandydatom. Gdzie tu logika, dlaczego nie tylko jednemu? Poparcie dla trzech zobowiązuje najwyżej do kombinowania i daje możliwość oszukania trójki naiwnych.

Był pan pewny zwycięstwa?

- Nie. Byłem rozluźniony i spokojny, obie alternatywy - zwycięstwo i porażka - były ciekawe. Mam w sobie energię, żeby kierować związkiem przez cztery lata i wyprowadzić polską piłkę na prostą drogę. Gdybym przegrał, wróciłbym do rzeczywistości, w której żyłem przez ostatnie lata. Lądowania na miękko i na twardo były dla mnie dobre.

Dlaczego w ogóle pan wystartował? Już raz przegrał pan wybory na prezesa, a wiadomo, że Zbigniew Boniek nie znosi porażek.

- Porażka wyborcza jest inna, bo nie zależy się tylko od siebie. Kocham piłkę, chcę w niej być i coś zrobić. Nie wypada mi tego mówić dzień po wyborach [rozmawialiśmy w sobotę - rb], ale nie przyklejam się do stołka na osiem, czy 12 lat. Chcę, żeby środowisko przekształciło się w ład korporacyjny i zrozumiało, że PZPN nie jest skarbonką bez dna, do której każdy ma kluczyk i bierze, ile chce i kiedy chce. To nasza organizacja, firma, która musi być dobrze zarządzana i pieniądze w niej trzeba wydawać rozsądnie. Fajnie, gdyby do tego doszedł sukces sportowy, np. organizacja młodzieżowych ME, finału Ligi Europejskiej, może awans klubu do Champions League, reprezentacji do MŚ w Brazylii w 2014 roku czy Euro 2016 we Francji. Wtedy ocena byłaby jeszcze wyższa.

Oczekiwania kibiców wobec pana będą ogromne. "Gdyby wybory były powszechne - wygrywałbym w pierwszej turze". To pana słowa.

- Wizerunek związku już się zmienił. Widzę to po reakcjach na wynik wyborów. Narzekamy na pezetpeenowski beton, ale w nowym zarządzie są może dwie osoby, które przekroczyły 60. rok życia. Jest wielu 40-latków, młodych, prężnych biznesmenów, prawników.

Od czego pan zacznie urzędowanie?

- Od tego, co każdy prezes firmy powinien zrobić w poniedziałek. Wejdę do biura, sprawdzę, jaki jest stan kont, przejrzę umowy, jakie mamy zobowiązania, roszczenia, ilu jest pracowników, jakie są wynagrodzenia, jakie kto ma kompetencje i za co odpowiada. Podobno w PZPN nie ma dyrektora biura odpowiedzialnego za administrację, a to świadczy o bałaganie korporacyjnym. Na pierwszym posiedzeniu zarządu, 7 listopada, powołamy kilka komisji, przede wszystkim prawne. Żeby decyzji, które będziemy podejmować, nikt nie podważył.

Zbada pan sprawę nowej siedziby, która ma być zbudowana na warszawskim Wilanowie?

- Dostaliśmy ją w spadku, ale mam prawo wiedzieć, na jakiej zasadzie wszystko się odbywa. Skoro ma kosztować 60 mln zł, to sprawdzę, czy ten wydatek jest konieczny. Zobaczymy, co nam gwarantuje umowa, czy np. na działce jest miejsce na dwa boiska. Wiceprezes Marek Koźmiński przygotuje wstępną weryfikację umów i przedstawi ją na zarządzie. A my zdecydujemy: wchodzimy w to, czy próbujemy podjąć inne kroki. Ktoś mówi, że już nic nie da się zrobić. W życiu nie można nic zrobić tylko w jednym przypadku: kiedy się umrze. W pozostałych można próbować robić coś bardziej logicznego.

Np. przenieść siedzibę na Stadion Narodowy?

- Nie myślę w ten sposób. Kilku przedstawicieli poprzedniego zarządu nawet nie wiedziało, gdzie będzie nowa siedziba. To brak odpowiedzialności. Kluby umierają z biedy, a PZPN chce wydać 60 mln zł. Przecież ma siedzibę, którą wynajmuje za duże pieniądze. Sprawdzimy, czy nowa nie będzie droższa. Utrzymanie i eksploatacja budynku mogą kosztować więcej. Musimy być przekonani, że robimy dobry krok.

Mówi pan, że wszystko można zmienić. Umowę z firmą Sportfive oddającą jej prawa marketingowe aż do 2020 roku też?

- Nie znam szczegółów. Sportfive to poważna firma, jedna z największych na rynku. Ale jej szef, a mój serdeczny kolega Andrzej Placzyński musi wiedzieć, że nie może spać za spokojnie. Adrenalina mu podskoczy (śmiech). Poważni ludzie najpierw spojrzą w dokumenty, a potem usiądą do rozmów. Umowa na prawa telewizyjne kończy się w roku 2014, bo wtedy przejmuje je i sprzedaje UEFA. Nie wiem, co będzie wówczas z marketingiem, reklamą.

Będzie pan manipulował przy reprezentacji?

- Niech manipuluje Waldek Fornalik. Ma wolną rękę. Kuba Błaszczykowski też może spać spokojnie - będzie jasno określone, po ile darmowych biletów na mecz kadry dostanie każdy zawodnik.

Zapłaciłby pan, jako prezes, za punkty zdobyte przez drużynę na turnieju, które nic jej nie dały?

- Nie. To była głupota, że Grzegorz Lato zapłacił trenerowi Smudzie i piłkarzom za dwa remisy i czwarte miejsce w grupie na Euro 2012.

Ale to zawodnicy chcieli takiej umowy.

- A wie pan, co moje dzieci chcą? Co innego chcieć, a co innego móc. Piłkarze mają prawo chcieć, ale pewne sprawy można im wytłumaczyć. Pieniądze zarabiają w klubie, reprezentowanie Polski to przeżycie, które zostaje na całe życie. W kadrze można zarobić, ale tylko za wykonanie określonego celu. Jako Zbigniew Boniek za punkt, który nie pozwoli wypełnić planu minimum, nie zapłacę grosza. Jeśli celem na turnieju będzie wygranie meczu, to za to będzie premia. Jeśli awans z grupy, zapłacimy tylko za to. Zawodnicy dostaną startowe jako zwrot kosztów, a resztę mogą podnieść z boiska. Nie myślę zresztą, by problemem Lewandowskiego czy Błaszczykowskiego w kadrze było tysiąc euro mniej lub więcej. A znając Wasilewskiego, to jeszcze trochę kasy by położył na stole, żeby wygrać mecz i jechać na mundial do Rio.

Podoba się panu gra drużyny Fornalika?

- Z Anglią można było wygrać. Na gorąco wszyscy byli zadowoleni z punktu, ale można było osiągnąć więcej. Związek ma swoją strategię, reprezentacja jest dodatkiem. Jak wygrywa, pracuje się łatwiej, po porażkach nosy opadają. Zadaniem PZPN nie jest chować się za porażkami czy wypinać pierś po zwycięstwach kadry.

Będzie pan miał wpływ na obsadę trenerów drużyn młodzieżowych?

- To jest w kompetencji Romana Koseckiego, wiceprezesa ds. szkoleniowych.

Dużą czystkę pan zrobi?

- Zaangażuję dyrektora biura, który zrobi analizę zatrudnienia. Sprawdzi, kto i gdzie pracuje, a jakie jest faktyczne zapotrzebowanie na etaty. Czy cele związku może realizować mniej, a może więcej osób? Przedstawi wnioski zarządowi i zapadną decyzje. Prezes nie jest od tego, żeby przyszedł i wyrzucił ludzi, bo tak mu się podoba.

Kto będzie sekretarzem generalnym: Bogdan Basałaj, Marcin Stefański czy Maciej Sawicki?

- Bogdan ma doświadczenie, Marcin jest dobrym szefem departamentu rozgrywek ekstraklasy, a Sawickiego nie znam. Na razie jest nim Waldemar Baryło i jeśli zdecyduję się na zmianę, on pierwszy się o tym dowie.

Jerzy Engel zostanie w związku?

- Jest w komisji UEFA i FIFA... Po rozmowie sytuacja będzie jaśniejsza.

Dla Michała Listkiewicza widzi pan miejsce w PZPN?

- Tak, w sprawach międzynarodowych. Mamy ambicję zorganizować duży turniej, a Michał to inteligentny człowiek, ma koneksje w FIFA i UEFA i może pomóc. Musi jednak grać w jednej drużynie.

Na zjeździe opowiadał, że podpowiedział Marka Koźmińskiego.

- Nieprawda. To ja wybrałem Marka, a Michałowi tylko powiedziałem o tym wcześniej. Nie po to, żeby go zaakceptował, bo nie jest nadzorcą związku, tylko moim dobrym kolegą.

Skąd pomysł z wiceprezesem Romanem Koseckim? Był pana konkurentem w wyborach.

- Nie przeszkadzało mi, że w trakcie kampanii ludzie z jego sztabu do mnie strzelali. Jestem na to odporny. I tak wiedziałem, że jeśli wygram, to złożę propozycję Romkowi. Ma wizję i jest ambitny. Pozna realia pracy w korporacji PZPN i za cztery lata może być poważnym kandydatem na stanowisko prezesa.

Obecny statut nie pozwalał zresztą nowemu prezesowi zaproponować funkcji wiceprezesa nikomu spoza delegatów. Teoretycznie Boniek powinien mieć możliwość zatrudnienia jako zastępcy nawet José Mourinho, a zjazd tylko przegłosować kandydaturę. Jest inaczej, bo statut to jedna wielka manipulacja. Tak samo jak to, że według zapisu PZPN musi mieć wiceprezesa ds. zagranicznych, a nie musi ds. marketingowych. To prezes powinien wybrać trzech wiceprezesów i określić ich kompetencje.

Będzie pan pobierał pensję?

- Prezes nie musi mieć pensji. PZPN ma być dobrą, transparentną firmą. Są inne formy wynagradzania dobrej pracy, np. przegłosowane przez zarząd nagrody albo okazyjne premie. Zarząd jest ciekawy, ambitny i młody. Szkoda, że nie ma w nim pani Pyżalskiej z Warty. Przed wyborami do zarządu delegaci ustalili, że wejdzie do niego sześciu baronów, dwóch przedstawicieli z Ekstraklasy i dwóch z I ligi. W trakcie głosowania niektórzy odeszli od ustaleń.

Jaka była rola Kazimierza Grenia w pana wyborze? Kiedy cztery lata temu prowadził kampanię Lacie, wyśmiewał go pan.

- Musimy mieć dystans i obaj się z tego śmiejemy. Kazio chciał zmian, poróżnił się z Lato, choć na koniec podali sobie ręce. Przyda się w zarządzie, pokłady energii ma duże, czasem trzeba go hamować. Ja pozostanę sobą, nie będę "panem prezesem". Kto do mnie mówił "Zibi", niech mówi "Zibi", kto Zbyszek, niech zostanie przy Zbyszku. Co robiłem do piątku, będę robił jutro. Jeśli będę chciał jechać na wyścigi kłusaków, to zrobię to, choć ktoś może uważać, że prezesowi nie wypada. Wypada wszystko, bo to tylko funkcja.

Poprzedniego prezesa pan pożegnał?

- Grzesiek ma zawsze otwarte drzwi do PZPN i VIP-owski bilet na mecze kadry. Jesteśmy kolegami, ale nie spotkamy się na obiedzie, żeby przekazał mi niuanse pracy w związku.

Usłyszał pan w piątek: "Chciałeś rower, to pedałuj"?

- Tak powiedziałem Grześkowi cztery lata temu, kiedy wygrał. Teraz ja wsiadam za kierownicę. Zawsze lubiłem pracować z ludźmi. U mnie każdy będzie za coś odpowiadał. Nie chcę przez te cztery lata o wszystkim decydować jednoosobowo. Będę wywierał wpływ na to, co się dzieje. Ale tematem numer jeden ma być futbol.

Czy Boniek sprawdzi się w roli prezesa PZPN?