Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Wybory w PZPN. Edward Potok - pułkownik Black Horse

Z ust pułkownika Edwarda Potoka pada często rozkaz: ?Nie oglądać się za siebie?, więc anegdot ze służby w LWP od niego nie usłyszymy. Raczej krótkie, zwięzłe odpowiedzi, jak na apelu. Ma plan naprawy polskiej piłki. Strzela jak z kałasznikowa: - Punkt pierwszy: funkcjonowanie biura związku i zarządu. Punkt drugi: współpraca od zaraz z mediami, wyjście do społeczeństwa. Punkt trzeci: natychmiastowe współdziałanie z administracją rządową poprzez Ministerstwo Sportu oraz prezydenta RP.
Ale jak Potok zrealizuje punkt pierwszy? Przecież nie tyka żadnego alkoholu... - Tak, to prawda. W 2007 r., doszedłem do wniosku, że może przeszkadzać mi w realizacji powierzonych zadań. Radzę sobie bez alkoholu już drugą kadencję w strukturach piłkarskich - mówi stanowczo Potok.

Punkt drugi jest nowatorski. - Sporządzę umowy z uczelniami. Studenci pisaliby felietony i teksty o PZPN. Najzdolniejszych wyróżnialibyśmy, a w przyszłości zachęcalibyśmy do szerszej współpracy. Udostępnilibyśmy zacne łamy naszych publikatorów, nawiązalibyśmy współpracę z każdą gazetą. Gdyby teksty były ciekawe, wzięłyby je wszystkie gazety - opowiada Potok.

Jego dossier: zawodowy żołnierz i trener piłkarski, który "większość służby spędził, angażując się w czynności sportowe". Od 1992 r. w stopniu pułkownika. Chwali się, że jest absolwentem trzech uczelni, ale precyzyjnie wskazuje tylko na dwie - warszawski AWF oraz Wyższą Szkołę Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu. Ta trzecia - według związkowych rywali - to ponoć Militärische Versuchszentrum w enerdowskim Dreźnie (Wojskowy Ośrodek Naukowo-Doświadczalny). Mówiąc wprost - szkoła komunistycznego wywiadu wojskowego.

Potok: - To nieprawda. Nie byłem w żadnej szkole w NRD. Skończyłem Akademię Dowodzenia Bundeswehry w Hamburgu przy NATO. Byłem jedynym wyższym oficerem z Polski spośród słuchaczy z 34 krajów świata.

Nasi rozmówcy przestrzegają, by nie lekceważyć Potoka w wyborach. Kiedy próbowaliśmy zorganizować debatę kandydatów na następcę Grzegorza Laty, zamierzaliśmy zaprosić tylko żelaznych faworytów. - Bez Potoka? Przecież to Black Horse [Czarny Koń] - powiedział jeden z rywali.

Namaściła go grupa twardogłowych, z Ryszardem Niemcem, szefem Małopolskiego Związku Piłki Nożnej na czele. W Łodzi popiera go Janusz Matusiak, jeden z dotychczasowych wiceprezesów PZPN, którzy sprzeciwili się Grzegorzowi Lacie. - Przeszedł wszystkie szczeble wtajemniczenia - mówi Matusiak. - Jako pierwszy z obecnego zarządu chciał przeniesienia Klubu Kibica Reprezentacji z powrotem do PZPN. Odpowiada też za system Extranet-PZPN, który aktualizuje dane każdego piłkarza nawet na szczeblu wojewódzkim. Odpowiada za Szkoły Mistrzostwa Sportowego, rozlicza się z ministerstwem, zawsze zgadzała się u niego każda złotówka.

Potok był też trenerem. Chętnie wylicza ligowców, którzy przewinęli się przez jego ręce w niższych kategoriach wiekowych. Przez wiele lat był szefem bydgoskiego Zawiszy. Kibice uważają, że to on jest współwinien wycofania klubu z rozgrywek w latach 90. Zawisza nie mógł wtedy wykaraskać się z długów. - Długów nie było, bo nie mogło być. Obowiązywała struktura wewnątrzwojskowa. Zostałem wycofany. Po odejściu byłem na spotkaniu, na którym przekonałem się, jak wielka krzywda spotkała ten zasłużony klub. Na nowe władze nie miałem żadnego wpływu.

Podczas pracy w Zawiszy Potok miał straszyć bronią Ryszarda F. "Fryzjera", domniemanego szefa mafii piłkarskiej w Polsce. - Nie straszyłem. To były takie trochę żarty, kiedy na początku lat 90. zawodnicy przechodzili z Zawiszy do Amiki Wronki [tam F. był działaczem].

Marek Chojnacki, były piłkarz ŁKS, rekordzista pod względem występów w ekstraklasie: - Jeśli coś trzeba załatwić, pomóc, to on to po prostu robi. Czy to sprawy związane z licencjami, czy problemy ŁKS, którego jestem trenerem. Zawsze był mi przychylny, zresztą to mój sąsiad. Jak potrzebowałem bilet na mecz reprezentacji, to mi pomógł, choć staram się nie nadużywać jego przychylności. Jaki byłby z niego prezes PZPN? Nie znam programu żadnego z kandydatów. A szkoda, bo to najważniejsza funkcja w państwie po prezydencie i premierze. To nie fair, że w telewizjach o dużej oglądalności promuje się tylko kandydatów z nazwiskami. O Potoku i Antkowiaku nic nie słyszałem.