Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

To ten piłkarz miał udział w słynnym samobóju Jojki

Gdyby w Sevres pod Paryżem obok wzorca metra stanął wzorzec ambitnego, nigdy niepoddającego się piłkarza, to musiałby to być Mieczysław Szewczyk. Podpora mistrzowskiej drużyny Ruchu z roku 1989 założy niebieską koszulkę po 17 latach przerwy!
Okazja będzie wyjątkowa - "Spotkanie mistrzów. Legenda powraca", czyli mecz z okazji 20- i 30-lecia dwóch ostatnich mistrzowskich tytułów Ruchu. Zespół z roku 1979 połączy siły z tym z roku 1989 i zagra przeciwko reprezentacji Śląska. To już w niedzielę o godz. 12.30.

Wojciech Todur: Długo omijał Pan Cichą.

Mieczysław Szewczyk, były piłkarz Ruchu (47 lat): Kilka razy zagrałem z kolegami z Chorzowa na hali, ale na boisku nie byłem od chwili, gdy przeniosłem się do niemieckiego Wuppertaler SV, czyli 17 lat!

Był Pan jedynym znaczącym piłkarzem z mistrzowskiej drużyny z roku 1989, którego zabrakło cztery lata temu na benefisie Krzysztofa Warzychy. Dlaczego?

- Na ten temat to ja sobie jeszcze z kolegami pogadam! Po prostu nikt mnie nie zaprosił. Pracowałem wtedy w Stanach Zjednoczonych. Może z góry założyli, że i tak nie przyjadę?

Wie Pan, że kibice wciąż stawiają Pana za wzór waleczności?

- To bardzo miłe. Gdy synowie założyli mi profil na Naszej-klasie, to sporo komentarzy dotyczyło właśnie mojego charakteru. Aż się zdziwiłem, że tyle osób jeszcze mnie pamięta.

O ostatnim mistrzowskim tytule Ruchu mówi się, że to najbardziej niespodziewany triumf w historii niebieskich.

- Coś w tym jest. Wróciliśmy do ekstraklasy po pierwszym spadku w historii klubu i od razu zgarnęliśmy złoto. Nikt na nas nie liczył, nikt nie wymieniał w gronie faworytów. Graliśmy sobie z tygodnia na tydzień, a punktów przybywało. Mówili o nas, że byliśmy drużyną anonimowych średniaków. Może i tak, ale ci średniacy w tamtym sezonie dawali z siebie więcej niż "gwiazdy" ligi.

U was też była jedna gwiazda, a już na pewno lider, czyli wspomniany Warzycha.

- Zgadza się, bez "Gucia" nie byłoby mistrzostwa. Ale to przecież norma, że każdy zespół sięgający po tytuł ma w swoim składzie takiego egzekutora. Cały zespół pracował, żeby Krzysiek mógł strzelać gole.

Czy to mistrzostwo było tak samo nieoczekiwane jak wcześniejszy spadek?

- Chyba jednak bardziej. Słabo graliśmy już wcześniej, zanim polecieliśmy z ligi. To właśnie wtedy przytrafiła nam się seria 10 kolejnych spotkań bez strzelonej bramki. Nawet dziś, jak o tym myślę, to nie wierzę, że mogliśmy wyśrubować taki rekord. Ta fatalna passa była jakby zapowiedzią tego, co wydarzyło się rok później.

Po spadku powiedział Pan, że żałuje, że miał tak mało do powiedzenia w szatni...

- Powiem tylko tyle, że poza boiskiem był straszny syf. Nawet nie chcę do tego wracać.

A do bramki Janusza Jojki, który w barażowym spotkaniu z Lechią Gdańsk wrzucił sobie piłkę do siatki?

- Sam trochę zapracowałem na tego kuriozalnego samobója. Ryknąłem do Janusza, żeby rzucił do mnie, na lewą stronę. On chyba dojrzał, że jakiś piłkarz z Gdańska chce przeciąć podanie, i wstrzymał rękę. Liczył, że piłka zostanie mu w dłoni, tymczasem ta wturlała się do siatki. To był przypadek. Bardzo było mi go wtedy żal. Może jednak Bozia skarała go za inne grzechy?

Na Cichą trafił Pan jeszcze jako junior. Nogi się nie trzęsły?

- Działacze Ruchu wyszukali mnie w Unii Oświęcim. Ile ja miałem lat? 19? Nie byłem przygotowany na ekstraklasę, na spotkanie z takimi kozakami, jak Marian Piechaczek, Ireneusz Malcher, Andrzej Buncol, Krzysztof Kajrys, Henryk Bolesta. Wchodziłem do szatni i pytałem sam siebie: "Co ja tutaj robię?!". Ale na boisku stres puszczał. Byłem sobą, ambitnie walczyłem o swoje.

Miał Pan szczęście współpracować z prezesem Zbigniewem Norasem. Większość piłkarzy stawia go za wzór działacza.

- Też się do nich zaliczam. Bardzo oddany klubowi, szczery do bólu człowiek. Można było iść do niego z każdym problemem. Żona piłkarza nie miała w czym prać pieluch? Nie ma problemu. Proszę jechać do tego i tego sklepu, tam będzie czekać pralka. Razem z Krzyśkiem Warzychą dostaliśmy od niego talony na fiaty 125p. To jednak były czasy życia po znajomości. Zbigniew Noras zmarł niemal na boisku. To było po naszym wyjazdowym spotkaniu z Lechem Poznań. Pan Bóg zabrał tego dobrego człowieka zdecydowanie za szybko.

Trafił Pan też na ekscentrycznych trenerów. Myślę przede wszystkim o Jacku Machcińskim.

- Niestety, prowadził zespół w momencie spadku z ligi, a jak już mówiłem, w klubie był wtedy niezły syf, więc i trener Machciński nie kojarzy mi się najlepiej. Miał specyficzne podejście do zawodu. Ciągle palił papierosy. Nawet w szatni, gdzie przebierał się razem z piłkarzami. Najmilej wspominam Oresta Lenczyka. O, przepraszam, pana Oresta Lenczyka. Bardzo mi pomógł, złego słowa o nim nie powiem. Widział w piłkarzu przede wszystkim człowieka. Gdy zachorowała moja mama, zawsze miałem w nim oparcie. Zwalniał z treningów, rozumiał mój ból. Poza tym to świetny fachowiec, a najlepiej świadczy o tym fakt, że pracuje i jest ceniony do dziś.

Z Ruchu trafił Pan na zaplecze Bundesligi. To był dobry wybór?

- Raczej średni. Wuppertaler to nie był bogaty klub, awansował do 2 Bundesligi trochę przypadkiem. To był taki wyjazd na łapu-capu, bez języka, bez głowy.

Pana ostatnim polskim klubem był Pasjonat Dankowice. Andrzej Sadlok, prezes Pasjonata, mówi, że gdyby tylko Pan chciał, to miejsce w drużynie czeka i dziś!

- Nadzwyczaj miły okres, superludzie. Andrzej Sadlok, jego starszy brat Jan, pani Bożena Domasik z księgowości... Cieszę się, że za sprawą Maćka Sadloka Pasjonat jest dziś bliżej Chorzowa. Miałem przyjemność trenować Maćka, gdy był w juniorach. Fajnie, że tak dobrze mu idzie. Oby nigdy nie przestał nad sobą pracować.

Co z Pana synami? Kamil nawet zagrał w jednym sparingu Ruchu.

- Mocno chłopakom kibicuję. Kamil grał w Młodej Ekstraklasie w Odrze Wodzisław. Potem zaczął studia, miał problemy z kolanem. Michał jest młodszy. Ma 17 lat. Jest jednym z najskuteczniejszych napastników małopolskiej ligi juniorów. Strzelił po dwie bramki Wiśle i Cracovii. A reprezentuje ten sam klub w którym i ja uczyłem się grać w piłkę, czyli Zatorzankę Zator. Kolejne podobieństwa mile widziane (śmiech).

A co u Pana? Gdzie Pan mieszka, czym się zajmuje?

- Muszę pracować, żeby żyć. Zasuwam fizycznie. Pracuję w Niemczech niedaleko Cottbus. Sport? Biegam dla zdrowia. Gdy wracam do Spytkowic, synowie też ciągną na boisko, więc mam nadzieję, że na Cichej znowu taki ostatni nie będę (śmiech).