Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Piotr Czaja: Rekord w cieniu Łuny-16

1005 minut bez straty gola w ekstraklasie - dzisiejsi bramkarze mogą tylko pomarzyć o tym, by zbliżyć się do niezwykłego osiągnięcia Piotra Czai. Ślązaka, którego rekord sprzed prawie 40 lat wciąż czeka na pobicie.
Czaję trudno znaleźć. Koledzy, z którymi grał w Chorzowie i Katowicach, drapią się po głowach, gdy pytam ich o numer telefonu rekordzisty. Notesy są pełne nazwisk, ale pod literą "c" pusto. Przyjaciele z boiska wiedzą tylko, że od ponad 20 lat mieszka w Niemczech. Latem ponoć odwiedza dom w Beskidach. Poszukiwania nabierają tempa po rozmowie z Gerardem Rotherem - dawna gwiazda GKS-u pomaga mi skontaktować się z córką Czai.

Teraz namierzenie bramkarza rekordzisty to już łatwizna. - Ale mnie pan trafił! Krążę jeszcze pomiędzy Polską a Niemcami, ale decyzja tak naprawdę już zapadła: wracam na stałe - zapewnia i daje się namówić, by zobaczyć na żywo spotkanie Ruchu z Arką Gdynią.

Wojciech Todur: Po ilu latach obejrzał Pan mecz na Cichej?

Piotr Czaja: Niech pomyślę... Na pewno minęło więcej niż 10 lat! Poziom, niestety, mnie nie zachwycił. Braki w taktyce - to głównie tyczy się Arki, ale i technice, i kondycji. Proszę nie odbierać tego, że się mądrze, ale to taki poziom trzeciej ligi niemieckiej. Mam w pamięci mecz VfB Stuttgart z końcówki poprzedniego sezonu, na którym byłem - to jednak dwa światy.

Powspominamy? Kto Pana namówił, żeby stanąć między słupkami?

- Trenerzy z Bobrka wyniuchali mnie na boisku do piłki ręcznej i skusili do gry za podwójną premię, czyli dwie tabliczki czekolady (śmiech). Stanąłem na bramce w jakimś halowym turnieju w Katowicach. Strzelali we mnie, kilka piłek odbiłem i okazało się, że po kilku tygodniach dostałem powołanie do reprezentacji juniorów Śląska. Za ten zespół odpowiadał słynny Józef Murgot - wychowawca wielu znakomitych piłkarzy. Po przyjściu na zbiórkę trener zadał mi pytanie: "A jaki ty klub reprezentujesz?". "A żaden. Tak sobie stoję na bramce, jak gramy na placu, a w ogóle to ja jestem piłkarzem ręcznym. Gram na rozegraniu" - odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Murgot machnął na mnie ręką: "Wracaj synu do domu". No i już się zabierałem, gdy do trenera podszedł młody chłopak. Nazywał się Kobzik i był bramkarzem Górnika Zabrze. Gdyby nie on i jego problem, może nie byłoby bramkarza Piotra Czai? Kobzik powiedział, że jest chory i grać nie może. Murgot ciężko westchnął i krzyknął za mną: "Ty! Wracaj! Jednak się przydasz". I tak najpierw grałem w reprezentacji, a dopiero potem w klubie, bo właśnie po tamtym meczu ze Zrywem Chorzów działacze Bobrka zapytali mnie, czy nie chciałbym stanąć między słupkami.

Od razu Pan się zgodził?

- Miałem już 17 lat , a wokół siebie ludzi, którzy powtarzali, że mam wielki talent do piłki ręcznej. Byłem już wtedy nawet w szerokiej kadrze reprezentacji Polski! Przez chwilę starałem się łapać dwie sroki za ogon. Na boisku do piłki nożnej na początku nie traktowano mnie poważnie. Szybko usiadłem na ławce rezerwowych pierwszej drużyny, a gdy nasz bramkarz miał słabszy dzień, nawet nikt nie patrzył w moim kierunku. Raz jednak trener Kulawik, bo tak nazywał się szkoleniowiec Bobrka Karb Bytom, nie wytrzymał. "Przegrywamy 0:3, bramkarz puszcza każdą piłkę, dawać mi tu rezerwowego!" - krzyknął do kierownika drużyny. "Ale my nie mamy rezerwowego" - odpowiedział zalękniony działacz. "A ten tam?" - Kulawik wskazał na mnie. "A tak go tylko wpisujemy do protokołu" - kontynuował kierownik. "Ma grać!" - warknął trener. No i zagrałem, gola nie wpuściłem. I już byłem pierwszy (śmiech).

Pana pierwszym poważnym klubem był jednak GKS Katowice.

- A tak. Na transferze zaważyły górnicze łańcuchy, po które nasi działacze jeździli do Rapidu - ówczesnego sponsora katowickiego klubu. Bo wtedy nie było jeszcze GKS-u, tylko Rapid, Orzeł Wełnowiec, Górnik Katowice czy Koszutka - kilka małych klubów, które miały dać podwaliny pod przyszłą potęgę - jak się marzyło działaczom.

Ostatnio przeczytałem w gazecie, że na koszulkach piłkarzy GKS-u zabrakło herbu miasta. Bardzo mnie to zdenerwowało, bo pod tym herbem kryją się kluby, które przestały istnieć, by mógł powstać GKS. Pewnie narażę się wielu osobom, ale bliższy od GKS-u jest mi zdecydowanie Ruch Chorzów.

Ciekawe, co Pan mówi, bo gdy latem 1970 roku przeprowadzał się Pan na Cichą, to mówiło się o małym skandalu. Nie brakuje osób, które twierdzą, że Pana transfer zapoczątkował wrogość kibiców obu klubów.

- Skandal to za mocne słowo. Prawdą jest, że GKS blokował ten transfer. Działacze - w większości aparat partyjny, który za grosz nie znał się na piłce - nie chcieli, żebym przeszedł do hutniczego Ruchu, bo wzmocniłbym konkurencję. Gdybym tak jak Jan Wraży trafił do Górnika Zabrze, to nie byłoby żadnego problemu. Nie chciałem dłużej grać w GKS-ie. Walczyliśmy co najwyżej o środek tabeli, pieniądze też dostawaliśmy albo i nie. A Ruch to była szansa gry o mistrzostwo, walki w europejskich pucharach. Pierwszy z pytaniem, czy nie chciałbym przeprowadzić się na Cichą, zadzwonił do mnie Alojzy Dzielong - taki klubowy menedżer, jak powiedzielibyśmy dzisiaj. Tłumaczył, że Henryk Pietrek, którego miałem zastąpić, jest chimeryczny. No i dokumenty poszły w ruch, a działacze GKS-u robili wszystko, żeby transfer opóźnić. Efekt był taki, że zostałem potwierdzony do gry dopiero od szóstej kolejki i wyjazdowego meczu z Polonią Bytom.

Przechodził Pan do Ruchu po dziewięciu meczach bez straconego gola. W Chorzowie jeszcze Pan ten rekord poprawił!

- 1005 minut - kawał czasu. Dziewięć meczów w Katowicach, a potem jeszcze jedno spotkanie i piętnaście minut kolejnego meczu już w barwach Ruchu... Ale wtedy w ogóle nie przywiązywałem do tego wagi. Gdy poprawiłem osiągnięcie Władysława Grotyńskiego z Legii [762 minuty - przyp.red.], coś tam w duszy zagrało, ale sodówka na pewno mi nie odbiła. Miałem masę szczęścia, śrubując ten wynik. Ze dwa karne obroniłem.

Pamiętam mecz GKS-u przeciwko Ruchowi, gdy na przemian jechali ze mną sam na sam Józef Gomoluch z Edwardem Hermanem. Znakomici piłkarze, ale tego dnia górą byłem jednak ja.

15 minuta meczu ze Stalą Rzeszów. Piotr Czaja w końcu kapituluje po strzale Mariana Kozerskiego. Zrobiło się Panu żal?

- Raczej poczułem ulgę. W gazetach pisano wtedy, że Łuna 16 - radziecka sonda kosmiczna, przygotowuje się do zebrania próbek księżycowego gruntu i o rekordzie Czai. Wolałem czytać o tym pierwszym (śmiech). Bramkę wpuściłem na własne życzenie. Kozerski to chyba chciał dośrodkować, ale mu zeszło. Wyszedłem za daleko i piłka wpadła mi tuż przy słupku.

Coś Panu zostało po tamtym osiągnięciu? Jakieś pamiątki?

- Proszę się rozejrzeć. Widzi Pan w moim domu jakieś sportowe trofea? Po co żyć przeszłością? Już nawet wielu nazwisk nie pamiętam.

Ale zeszyty, w których opisywał Pan ponoć każdy trening, chyba Pan zachował?

- A tak! Mógłbym w oparciu o nie napisać pracę doktorską pod tytułem: "Jak zmieniał się trening bramkarski w ciągu kilku dziesięcioleci". Opisywałem każdy trening, każdą jednostkę - co robiłem, ile czasu, czy mi się podobało, i na koniec podsumowanie. I tak od trenera Jerzego Nikla - przez Augustyna Dziwisza, Tadeusza Forysia, Michal Vicana, Frantiszka Havranka - po Leszka Jezierskiego. Oj, nie wszyscy mnie za to lubili. Niektórzy myśleli, że zbieram na nich haki. A ja to robiłem przecież dla siebie, by nie powtarzać błędów.

Mówi Pan, że zapomniał wiele nazwisk, ale Michala Vieana to chyba Pan pamięta?

- Jeszcze nie pojawił się w Chorzowie, a już wszyscy nas straszyli, jaki to "kat" nam się trafił. Mnie to nie ruszało, bo ciężkiej pracy nigdy się nie bałem. Byłem wtedy po kontuzji, w słabej formie, i tak nabiłem sobie tym głowę, że sam poszedłem do Vicana i mówię: "Ja panu chyba nie pomogę". Spojrzał na mnie i westchnął: "Peter" - bo on zawsze do mnie Peter mówił, "Znajdziesz kogoś na swoje miejsce, to idź". "A kogo by pan chciał?" - zapytałem. "Ze Śląska to tylko Marka Ochmana z Szombierek" - odparł. No to pojechałem do tego Ochmana i załatwiam mu transfer do Ruchu. Trochę to trwało, moja forma poszła w górę, aż w końcu Vican wziął mnie pod rękę: "Peter? A ten Ochman to będzie tak samo dobry jak ty?". "Panie trenerze... takiego drugiego jak ja to pan w całej Polsce nie znajdzie" - zażartowałem. No i zostałem, a Vican pozwolił mi jeszcze, żebym... sam siebie trenował! Potem, gdy zdobyliśmy mistrzostwo i Puchar Polski i dziennikarze licytowali się, kto był lepszy - Bula, Marx czy Maszczyk - Vican powiedział w "Panoramie", że najważniejszy był Czaja. Super gość z niego był.

Ale w reprezentacji to już się Pan za wiele nie nagrał, raptem dwa spotkania. Myślę, że zaważył na tym mecz z roku 1971 z RFN-em. Jan Tomaszewski, który bronił w tamtym spotkaniu, napisał w swoich wspomnieniach, że stało się tak tylko dlatego, że Piotr Czaja odmówił Kazimierzowi Górskiemu. Prawda?

- Zmyślona plotka, która prześladuje mnie od lat! Nigdy nie miałem dobrych relacji z Kazimierzem Górskim. Gdy on żartował z innymi, ja stałem z boku. Rozmowa, o której mówi Tomaszewski, też nigdy nie miała miejsca. Po prostu Górski postawił na niego i moim zdaniem popełnił błąd...

Prawdą jest jednak, że ktoś mi wtedy robił koło pióra, bo przychodzili do mnie koledzy z Ruchu i też się dopytywali, czy to prawda i dlaczego nie broniłem. Tydzień później graliśmy z Hiszpanią i znowu usiadłem na rezerwie. Myśli pan, że gdybym naprawdę odmówił Górskiemu, to dalej trzymałby mnie na zgrupowaniu?

O tym, że nic z kadrą nie zdobyłem - nie pojechałem na igrzyska w 1972 roku - zadecydowała kontuzja, jaka mi się przytrafiła podczas meczu w Zabrzu. Piłka leciała pomiędzy mnie a Antka Piechniczka. Piechniczek wiadomo - prawy obrońca głuchy na lewe ucho. Ja mu krzyczę "moja!", a on nie reaguje. Tak bardzo chciał zatrzymać Włodka Lubańskiego, że przebiegli po mnie razem. Efekt? Szyte podniebienie, wstrząs mózgu. Ponoć wyszedłem z bramki, wdałem się w rozmowę z kibicami. Nic z tego nie pamiętam.

Ale medal mistrzostw świata Pan ma. Z roku 1982 z Hiszpanii, gdzie pojechał Pan już jako trener bramkarzy.

- Chyba miałem smykałkę do szkolenia. Przez moje ręce przeszli Henryk Bolesta, Józef Wandzik, Janusz Jojko, Ryszard Kołodziejczyk... Przed mundialem w Hiszpanii przyszedł do mnie Piechniczek i mówi, że szuka trenera. Nie lubię tego określenia - "szukać trenera". Albo ktoś na trenera stawia, albo nie. A na mnie postawił Józek Młynarczyk, który chciał ze mną współpracować i po zdobyciu trzeciego miejsca na świecie szczerze dziękował za przygotowanie do turnieju.

Tyle się teraz mówi o korupcji. Może i Pan opowie, jak to się kiedyś mecze ustawiało?

- Ci, którzy teraz najgłośniej krzyczą i kreują się na wielkich etyków, w moich czasach byli tym mocno upaprani. Sam nigdy meczu nie sprzedałem. Może pan szukać w całej Polsce. Zawsze się korupcją brzydziłem! Powiem panu taką anegdotę. Mecz Pucharu Polski w Wałbrzychu, zawody prowadzi sędzia Marian Hołub. Do końca kwadrans, wciąż bez bramek. Gospodarze mają właśnie rzut rożny. "Tutaj dogrywki nie będzie" - uśmiecha się do mnie. "Jak to?" - dziwię się. "A tak. Już mam wszystko zaplanowane. Pociąg przecież nie będzie czekał" - puszcza oko. No i rzeczywiście zespół z Wałbrzycha wygrał po rzucie karnym. Myślę sobie - jasnowidz! Zapytałem go oto przeczucie, gdy wychodził z klubu. "Przecież to był żart. Jak nie oni to wy. Zawsze ktoś mógł strzelić. Nie?" - odparł. Po latach wychodzi, ile z tych "żartów" było korupcją.

Z Ruchem też się Pan żegnał, gdy afera skrzeczała w tle.

- Rok 1986. Pomagałem wtedy w pracy Władkowi Żmudzie. "Podpisałem się" pod decyzją, by usunąć z drużyny trzech piłkarzy, których podejrzewano o sprzedanie meczu. Potem działacze zmienili decyzję i mnie zmienili... Oliwy do ognia dolało zdarzenie, jakie miało miejsce podczas mistrzostw świata w Meksyku. Ściąłem się wtedy z Edwardem Brzostowskim, ówczesnym prezesem Polskiego Związku Piłki Nożnej, który rozgadał się przy kieliszku i zaczął opowiadać, jaki to on jest mocny w ustawianiu spotkań. Opieprzyłem go wtedy zdrowo, a on do mnie: "Coś czuję towarzyszu, że wy już w Polsce pracy nie znajdziecie". Siedział wtedy z nami jakiś partyjny tajniak i tylko dzięki niemu nie usunięto mnie z ekipy. Bał się chłop skandalu. Wtedy jednak zacząłem pytać sam siebie: "Z kim ja pracuję? Po co mi taka praca?". Z ciężkim sercem podjąłem decyzję o wyjeździe. Udało się z pomocą niemieckiego menedżera, który kręcił się wówczas przy kadrze. Na początku miałem pracować w szkole, ale szybko trafiłem do jednego, drugiego klubu i tak sobie trenowałem amatorów. Teraz wracam. Po ponad 20 latach uznałem, że już starczy tej emigracji.

Piotr Czaja

ur. 11.02.1944 r.

kluby: Bobrek Karb Bytom (1961-62), Slavia Ruda Śląska (1963-64), GKS Katowice (1964-70), Ruch Chorzów (1970-79). Dwa mecze w reprezentacji Polski (1970).
Specjalny serwis Sport.pl o piłce nożnej ?