Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Edi: Już mniej marudzicie

Piłka nożna. - Swoją przyszłość wiążę z Polską, z Kielcami. Zresztą pozamykałem już wszystkie interesy w Brazylii. Sprzedałem tę słynną fermę kóz i motel - mówi Edi. W sobotę o godz. 19.15 brazylijski kapitan Korony wyprowadzi kolegów na mecz na Ściegienego z Polonią Warszawa.
Rozmowa z Edim Andradiną

Maciej Sierpień: Musisz wreszcie zdradzić, jaki jest ten twój eliksir młodości?

Edi Andradina, kapitan Korony: To ściśle strzeżona tajemnica (śmiech). A tak poważnie, to nie mam żadnej szczególnej recepty. Być może to kwestia natury, genów, a może po prostu trybu życia, jaki prowadzę. Dużo śpię na przykład (śmiech). Nie lubię się zrywać rano z łóżka. Praktycznie nie tykam alkoholu. Czasem jakieś dobre wino, ale to wszystko.

Po zakończeniu rundy jesiennej ochrzciliśmy cię właśnie mianem "Talento", od brazylijskiego - wytrawnego...

- (śmiech) Czytałem... Ale tego gatunku akurat nie próbowałem, może po sezonie będzie okazja.

Żeby była, musicie wreszcie zacząć wygrywać, bo tak słabego starty rundy chyba nikt się nie spodziewał.

- Oczekiwania było zdecydowanie większe. Dwa punkty w czterech meczach na pewno nikogo nie zadowalają. Ani nas w klubie, ani was dziennikarzy, ani przede wszystkim kibiców. Nie możemy jednak załamywać rąk, trzeba wziąć się do pracy i pokazać, że nasze dobre wyniki jesienią nie były przypadkiem. Myślę, że przez ostatnie dni wiele sobie wyjaśniliśmy, solidnie popracowaliśmy i teraz będzie tylko lepiej. Mam nadzieję, że to długo wyczekiwane zwycięstwo będzie już z Polonią.

Chyba szykuje ci się zmiana pozycji, bo trener zapowiada grę dwójką prawdziwych napastników. Bo Edi to w końcu napastnik czy rozgrywający?

- Całe życie jestem atakującym. Do każdego klubu przychodziłem jako napastnik, trenerzy ustawiali mnie z przodu. Ale wiadomo, że piłkarz nie jest sztywno przywiązany do pozycji. W Koronie dość często zdarzało mi się już biegać w drugiej linii. Czasem ustawiał mnie tam i trener Gąsior, i trener Motyka. Jeśli Marcin Sasal uzna, że bardziej przydam mu się grając za napastnikami, to oczywiście zrobię wszystko, by wypełnić zadanie.

A propos klubów, w których występowałeś, to uzbierało ich się aż trzynaście.

- Może to z mojego zamiłowania do podróży i chęci poznawania nowych miejsc, innych kultur (śmiech)? Na pewno jednak żadnej swojej decyzji nie żałuję. Z perspektywy czasu wiem, że wszystkie wyszły mi na dobre. Choć może niektórym wydaje się to trochę dziwne. Dam przykład: kiedy grałem w Rosji w Arsenale Tuła, miałem ofertę z niemieckiego Kaiserslautern, wtedy czołowego klubu Bundesligi. Wszyscy mówili mi, że to jedna z najsilniejszych lig. A ja: i co z tego? Uważałem, że liga japońska jest lepsza. I wiem, że wybrałem dobrze. Byłem tam bardzo szczęśliwy. Gamba Osaka oferowała mi znakomite warunki, Japonia była magnesem. Może dlatego, że karierę w zaczynałem w Matusbarze [nazwa pierwszego klubu Ediego w Brazylii pochodzi od nazwiska Japończyka - przyp. red.]. Chciałem poznać ten kraj z bliska.

Kataklizm, który niedawno nawiedził Japonię, musiał cię wyjątkowo dotknąć.

- Byłem w szoku. Codziennie, prawie bez przerwy oglądałem wiadomości w telewizji. Katastrofa dotknęła miejsca bardzo dobrze mi znane. Nawet próbowałem dzwonić do znajomych, ale po trzęsieniu były ogromne problemy z uzyskanie połączenia. Mimo wszystko wiem, że Japończycy sobie poradzą. To naród niesamowicie zorganizowany, oni nigdy nie panikują. Wiedzą, jak postępować w takich przypadkach, cała procedura ratunkowa jest wszystkim doskonale znana. Pamiętam, jak kiedyś trzęsienie ziemi nawiedziło Kobe, to parę dni po nim normalnie grano już w piłkę. Japonia, jak mało który kraj, potrafi przezwyciężać trudności.

A my Polacy, jak wypadamy w twoim rankingu? W końcu to u nas jesteś najdłużej.

- Robicie się coraz lepsi (śmiech). Pamiętam, że jak tu przyjechałem, to zdziwiło mnie, że Polacy tak bardzo narzekają, marudzą, wszędzie szukają negatywów. Teraz jest już inaczej, jesteście coraz większymi optymistami, pozytywnie nastawiacie się do życia. Zmiana się również środowisko piłkarskie. Większość moich kolegów z boiska zrozumiała, że w grę w piłkę trzeba angażować się na sto procent. Że nie da się bawić, imprezować i uprawiać futbol na odpowiednim poziomie.

Nie myślałeś, żeby podobnie jak Hernani postarać się o polskie obywatelstwo? Nie w kontekście gry w reprezentacji, ale by pomóc sobie w codziennym życiu.

- Na razie chyba nie... Zależy mi w najbliższym czasie na wizie pobytowej na kolejnych pięć lat. Bo chcę u was zostać jak najdłużej, swoją przyszłość wiążę z Polską, z Kielcami. Zresztą pozamykałem już wszystkie interesy w Brazylii. Sprzedałem tę słynną fermę kóz, motel. Kontrakt z Koroną kończy mi się w czerwcu, ale nie ukrywam, że czuję się na siłach, by pomagać drużynie jeszcze co najmniej w następnym sezonie.

Nie brak opinii, że po zakończeniu kariery byłbyś idealnym trenerem dla najmłodszych adeptów futbolu w Koronie.

- Uwielbiam dzieci, uwielbiam pracę z młodzieżą. Wiem, że taka propozycja może na mnie czekać. Więc dlaczego nie? Na pewno podchodziłbym do tego zajęcia z takim samym zaangażowaniem jak do gry na boisku. Żadnej taryfy ulgowej dla siebie. Ale w ogóle dlaczego wysyłasz mnie już na emeryturę (śmiech)? Ja chcę jeszcze trochę pograć! Widziałeś, Robert Carlos jest o rok starszy ode mnie, a teraz porwał się na wyjazd do Dagestanu. To jest przykład wielkiego profesjonalisty. On na pewno jeszcze nieraz pokaże, jak się gra w piłkę. Mam nadzieję, że ja również...