Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Sasal po jesieni: Zahartowałem się

Piłka nożna. Podsumowanie jesieni Korony Kielce. - Było trochę fajnych chwil, ale zdecydowanie więcej tych trudnych. Trener jest z reguły samotnikiem i chyba dlatego nadaję się do tego zawodu - mówi trener czwartej drużyny ekstraklasy Marcin Sasal.
Rozmowa z Marcinem Sasalem

Maciej Sierpień: Do pana słynnych 30 punktów na "utrzymanie" jednak trochę zabrakło...

Marcin Sasal, trener Korony: Gdyby te 25 punktów zaoferowano mi przed rundą, to wziąłbym je w ciemno. Jednak - z perspektywy całej jesieni - jestem usatysfakcjonowany średnio. Bo te nasze 25 punktów to nie jest to samo z poprzednich sezonów, gdy różnice między poszczególnymi drużynami były zdecydowanie większe. Dziś wyłączając Cracovię ostatni z walczących zespołów ma 8 mniej... Ktoś wygra dwa mecze, ktoś je przegra, i cała tabela wywraca się do góry nogami. Dlatego czwarte miejsce na pewno cieszy, ale zdobycz punktowa już trochę mniej. Choć nie narzekajmy: patrzymy w górę i wiosną mamy możliwość zagrać o najwyższe cele.

Możliwości są dwie: albo puchary, albo mistrzostwo.

- Całe życie staram się twardo stąpać po ziemi. Uważam, że wszystko najpierw trzeba przygotować. Na puchary również trzeba być gotowym. Awans do nich - OK, da się zrobić. Ale nie wyobrażam sobie awansować i mieć np. problem z załatwieniem samolotu do Azerbejdżanu, a potem polecieć tam i się skompromitować. Nie może być też tak, że nie będziemy mieć połowy drużyny, bo podkupią nam najlepszych piłkarzy. Puchary na pewno tak, ale nie za wszelką cenę. Wyjdzie teraz - super, za rok - nic się nie stanie. Mamy szansę w tym sezonie i będziemy z całych sił o nie walczyć. Tyle że ja już się martwię, co będzie po sezonie. Jak podejmowałem pracę w Koronie, powiedziałem: "Nie przyjechałem tu na 5 minut". Mam swoją wizję, którą cierpliwie i powoli wdrażam w życie.

Zimą wypadałoby budować zespół nie na wiosnę, ale już na kolejny sezon.

- Dokładnie tak. Nie mam może osobistych doświadczeń z najlepszych klubów Europy, ale dość dobrze poznałem organizację drużyn czeskich i słowackich. I dam prosty przykład. Chcąc zagrać sparing z dobrym zespołem z Czech, w trakcie zimowych przygotowań trzeba się umówić prawie rok wcześniej. Bo tam rozwój klubu planuje się nie jak w naszej lidze od rundy do rundy. W Koronie jest coraz lepiej, staramy się to wprowadzać, ale jest jeszcze sporo do poprawy. Na szczęście są zapewnienia prezydenta Lubawskiego o prywatnym inwestorze, bo to chyba jedyne rozwiązanie, aby nasz klub rzeczywiście poszedł do przodu.

Nie ukrywa pan, że chciałby pracować modelem brytyjskim trener-menedżer. Przez te pół roku przybliżył się pan do tego?

- Jest bliżej niż dalej, ale wciąż daleko... Mam jeszcze trochę czasu i wierzę, że to się spełni. Tak jak to, że dziś pracuję w ekstraklasie. Wiele lat temu szedłem do kiosku, kupowałem przed sezonem "Skarb Kibica" i patrzyłem, kto kogo trenuje. Ja wtedy nawet do niego się nie łapałem... A dziś? Jak widać, nie ma rzeczy niemożliwych.

Nie tylko trenersko, ale i mentalnie bardzo pan dojrzał przez ten rok w ekstraklasie?

- Zahartowałem się. Było trochę fajnych, miłych chwil, ale zdecydowanie więcej tych trudnych. Trener jest z reguły samotnikiem i chyba dlatego nadaję się do tego zawodu. Jeśli sam sobie nie pomogę, to nikt mi nie pomoże. Choć wiem, że popełniłem sporo błędów. O części wiem, dostrzegłem je, a o części pewnie już nigdy się nie dowiem. Potrafię jednak obronić np. to, dlaczego wystawiałem dwóch bocznych obrońców na jednej stronie. Dla kogoś z boku może się to wydawać wymysłem, fanaberią. Pomijając już aspekty taktyki, musieliśmy tak grać, bo były wielkie problemy z nominalnymi skrzydłowymi.

Gra skrzydłowych to chyba największe rozczarowanie.

- Każdy z nich to bardzo dobry zawodnik do gry ofensywnej. Do przodu, za akcją - nie ma problemu. Ale ja wymagam od skrzydłowych zadań defensywnych i dla niektórych okazało się to zbyt trudne. Pracuję w klubie ekstraklasy, mam piłkarzy ekstraklasowych, więc jest dla mnie jasne: umiesz atakować, ale musisz też umieć bronić. To samo z obrońcami: umiesz bronić, musisz umieć atakować. Przykład Łukasza Maliszewskiego: wchodzi na 5 minut, robi coś fajnego, więc w kolejnym meczu gra od początku. Planuję dać mu 90 minut, ale widzę, że to zupełnie inny piłkarz, gra fatalnie i po połówce "do bazy". I jak to wytłumaczyć?

U większości zdecydowanie brakowało stabilności formy.

- No właśnie. Piłkarz bardziej doświadczony typu Vuković potrafi sobie poradzić z gorszą dyspozycją. Wielu piało z zachwytu nad jego grą z Jagiellonią, ale akurat w tym meczu zagrał najsłabiej w rundzie. Tyle że strzelił piękną bramkę, która dała nam punkt. Trzeba mieć klucz do zawodników. Jednych trzymam długo, bo wiem, że wreszcie zaskoczą, a innych trzeba szybko zdjąć. Inny przykład: Paweł Sobolewski w meczu z Polonią Warszawa. Patrzę na gościa, oczy przecieram i nie wierzę - cień samego siebie. Pierwsza myśl: zmiana. Wytrzymałem jednak, dałem mu czas i zrobił bramkową akcję na 2:1. Gdybym nie wytrzymał, pewnie nie wygralibyśmy w Warszawie. Gdyby, gdyby... Takich dylematów w każdym meczu mam mnóstwo.

A nie jest tak, że jest pan bardziej przywiązany do pewnych nazwisk, a oni, kolokwialnie, po prostu mogą więcej?

- Nie wiem, może? Ale o wielu rzeczach pan nie wie, jest wiele rzeczy, wiele spraw, które nie nadają się do publikowania, te tzw. tajemnice szatni. Uważam, że moje decyzje personalne były słuszne. I tyle.

Wysłanie w środku rundy na miesięczne leczenie do Serbii Nikoli Mijailovicia też?

- Twierdziliście, że już do Korony nie wróci, ale ja zapewniałem, że jesienią jeszcze zagra. I zrobiłem wszystko, by tak było. Natomiast co będzie dalej, nie wiem. To jest dorosły człowiek, który ma ważny kontrakt z klubem. U mnie miejsce na boisku będzie miał zawsze, jeśli tylko będzie w odpowiedniej dyspozycji.

Wyjechał leczyć kontuzję, ale po powrocie grał z nią nadal. Przyzna pan, że wyszło mało poważnie.

- Ale ja przecież nie powiedziałem, o jaką kontuzję chodziło...

Znając Nikolę, to pewnie "uraz na duszy"...

- Bez komentarza. Rozmawiałem z lekarzem, powiedział mi, że Nikola może grać, i dlatego zagrał.

A to nie jest tak, że spotkały się dwa silne charaktery i albo ja, albo ty?

- Proszę Nikoli spytać. Ja chcę, żeby tu nadal grał. Nie twierdzę, że się kochamy, ale to nie o to chodzi. To, co mamy do siebie, mówimy sobie w cztery oczy. Nigdy do nikogo złego słowa na Nikolę nie powiedziałem i nie powiem. Mamy z Koroną kontrakty ważne do tego samego dnia - 30 czerwca 2012 roku - i powiedzieliśmy sobie kiedyś, że oboje je wypełnimy. I tego się trzymam.