Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Korona po sezonie. Obroniła ją obrona

Podsumowanie piłkarskiej ekstraklasy. Kielczanie wiosną przeszli ogromną metamorfozę. Z drużyny, o której grze defensywnej krążyły już pewnie mało pochlebne anegdoty, stali się jedną z najlepszych ekip pod tym względem w całej polskiej lidze.
Zadania trener Marcin Sasal nie miał łatwego, bo kieleckich piłkarzy bronienia nauczyć musiał niemal od podstaw. Jesienią pod wodzą Marka Motyki gra obronna Korony wyglądała - pisząc najdelikatniej - radośnie. Aż 30 straconych goli w 17 meczach nie wystawiało ani bramkarzowi, ani defensorom dobrej oceny.

I Sasal porządki w Kielcach zaczął właśnie od zmiany numeru jeden, Radosława Cierzniaka zastępując Zbigniewem Małkowskim. Za słusznością decyzji przemawiał już pierwszy występ wychowanka Stomilu Olsztyn - jeszcze jesienią w Chorzowie. Małkowski dał Koronie to, czego pewnie mimo szczerych chęci nie potrafił Cierzniak - spokój w bramce. Nie wrzeszczał na kolegów z obrony, nie wymachiwał na nich rękami po stracie gola. Nawet, gdy ten padał po ich ewidentnej pomyłce, starał się dodawać otuchy. Piętnował tylko, gdy któryś z zawodników z pola spuszczał głowę.

Małkowski nie należy do bramkarzy, którzy efektownie fruwają do każdego strzału. To typ zawodnika, który dobro drużyny stawia wyżej niż indywidualne ambicje. Dlatego nie interweniował, widząc, że więcej pożytku sprawi, gdy piłka bez jego pomocy opuści boisko. Razem z innym "specjalistą" w tym elemencie Nikolą Mijailoviciem, zarabiając dla Korony mnóstwo bezcennych sekund.

Postawa Serba to zresztą temat na zupełnie inną rozprawę. Wiele było obaw, gdy przychodził do Korony. Jeszcze więcej, gdy zimą niespodziewanie powierzono mu opaskę kapitana. Mijailović od początku pobytu w Kielcach zapewniał jednak, że chuligańskie epizody z czasów gry w Wiśle Kraków to przeszłość, że się zmienił. Słowa dotrzymał. Wiosną dodatkowo utwierdzając, że jak na polskie warunki wciąż jest piłkarzem wybitnym. Nie sposób sobie przypomnieć choćby jednego przegranego przez niego pojedynku czy głupiej straty piłki. Choć serce kieleckich kibiców nieraz pewnie zaczynało drżeć, gdy przed własnym polem karnym wydawał się w odważny drybling z napastnikami rywali.

O tych kieleckich, w odróżnieniu od partnerów z defensywy, wiele dobrego napisać jednak nie można. Wyłączając dwa ostatnie mecze i bramkowe dublety Macieja Tataja, wiosną Korona w ataku całkowicie zawodziła. I wcale nie z braku otwierających podań z drugiej linii czy wypracowywanych sytuacji, bo ani pierwszych, ani drugich nie brakowało. Kieleccy napastnicy po prostu razili nieskutecznością. A już do klasyki pod tym względem przejdzie mecz z Legią (0:1), kiedy mimo kilkunastu idealnych okazji ani razu nie potrafili trafić do siatki.

Celował w tym zwłaszcza Krzysztof Gajtkowski. On jednak paradoksalnie udowodnił, że napastnik, nie strzelając w całej rundzie gola, może pozostawić po sobie bardzo korzystne wrażenie. "Gajtek" pokazał bowiem wiosną zupełnie nieznane wcześniej oblicze: piłkarza walczącego o każdą piłkę, wracającego do defensywy, mającego oczy dookoła głowy. Dlatego dziś z czystym sumieniem w zapomnienie można posłać jego niefortunną wypowiedź po meczu w Gliwicach, że "robi to przede wszystkim dla siebie", bo w kolejnych meczach pokazał co innego...

Jego koledzy z szóstego ostatecznie zespołu ekstraklasy także.

Dla "Gazety"

Marcin Sasal, trener Korony

Pamiętam, jak na obozie w Turcji siedzieliśmy z Marcinem Gawronem [jego zastępcą - przyp. red.] i analizowaliśmy tabelę. Mówiliśmy sobie wtedy: Śląsk Wrocław? - Nie do złapania, Polonia Bytom? - Może, ale za duża strata z jesieni. Reszta? - Może. Zimą celowaliśmy w dziewiąte miejsce, to nam się wydawało realne. Natomiast nikt w najjaśniejszych snach nie zakładał szóstego. To jednak wynik, który przed nowym sezonem zawiesza nam wysoko poprzeczkę. Teraz nikogo już nie zadowoli to, że się utrzymamy, ale zajmiemy bezpieczną lokatę. Kibice będą nas widzieli w czołówce. Ja sam również mam takie ambicje, ale do tego potrzeba wielu czynników. Mądrości właściciela, zarządu, nas trenerów. Jeśli to wszystko się połączy, w Kielcach naprawdę można zbudować silny klub. Jednak nie będę ukrywał, że nawet pomimo tak udanej rundy ten zespół wciąż potrzebuje wzmocnień. Dlatego trzech, czterech piłkarzy do pierwszego składu musi latem przyjść. Plus zatrzymanie Artura Jędrzejczyka, albo jeśli się nie uda, koniecznie znalezienie piłkarza o bardzo podobnych parametrach.