Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Koźmiński: w TV byłem częściej niż Lepper

W czasie wojny futbolowej politycy wyzywali mnie, a ja ich. To było kino. Do posła Gowina powiedziałem, że o jego osiągnięciach wie tylko sąsiadka z bloku - opowiada ?Gazecie? o swojej przygodzie z polską piłką nowy wiceprezes Piasta Gliwice Zbigniew Koźmiński.


Koźmiński to zaprawiony w boju działacz. Nie przejmuje się więc protestem kibiców Piasta, którzy nie chcą go widzieć na fotelu wiceprezesa ich klubu. - Nie odejdę. Nie ma takiej możliwości. Żadne transparenty mnie nie przekonają - mówi.

Maciej Blaut: Jakiego klubu jest Pan kibicem?

Zbigniew Koźmiński, wiceprezes Piasta Gliwice: Jestem przede wszystkim wielkim fanem polskiego futbolu. A teraz zdecydowanie jestem też kibicem Piasta. W moim zawodzie jest tak, że trzeba być mentalnie związanym z tym miejscem, w którym się aktualnie pracuje. To normalne i w pełni profesjonalne.

Sympatycy Piasta chyba tego nie doceniają, bo ciągle protestują przeciwko Pana obecności w klubie.

- Powinni mnie szanować nie tylko z racji siwych włosów. Twierdzenie, że doprowadziłem jakieś kluby do upadku, jest nieprawdą. Miejsce w tabeli zawsze się zgadzało. O metodach mojej pracy niech świadczy też fakt, że o żadnym klubie, w którym pracowałem, nie mówi się w kontekście afery korupcyjnej.

Jaki wpływ na Pańską karierę działacza miały przegrane wybory na prezesa Okręgowego Związku Koszykówki w Krakowie?

- Spory. To było dawno temu, na początku lat 80. To była funkcja społeczna, nie wiązała się z żadną karierą. Może gdybym wygrał te wybory, to pozostałbym w moim podstawowym zawodzie, czyli trenera koszykówki? Szkoliłem przecież słynne "wawelskie smoki", czyli koszykarzy Wisły.

W polskiej piłce objawił się Pan jako wiceprezes krakowskiego klubu.

- Gdy Bogusław Cupiał odkupił sekcję piłki nożnej Wisły, to przeszedłem razem z Ludwikiem Mięttą-Mikołajewiczem do założonej przez niego nowej spółki.

To był okres pierwszej wojny futbolowej. Ostro domagał się Pan wtedy odejścia ówczesnego prezesa PZPN-u Mariana Dziurowicza.

- Wszystko robione było pod Michała Listkiewicza, który był naszym kandydatem na prezesa. Wiadomo, że Dziurowicz autokratycznie prowadził związek, co nam się nie podobało. Z perspektywy późniejszych problemów zaczęliśmy jednak odkrywać dobre strony metody Dziurowicza.

Z bogatej Wisły trafił Pan do równie bogatej Pogoni Szczecin Sabriego Bekdasa.

- Ściągnął mnie Janusz Wójcik, który zaledwie po dwóch tygodniach przestał być trenerem. Zatrudniliśmy Edka Lorensa i szło nam nieźle. Po jesieni byliśmy na pierwszym miejscu w tabeli. Osiągnąłem wtedy osobisty sukces, bo wygraliśmy z Wisłą w Krakowie. Pamiętam, że oglądałem ten mecz w towarzystwie pana Cupiała. W Szczecinie wszystko się rozpadło, gdy rozpoczął się spór władz miasta z Bekdasem. Turek przestał nagle płacić i to wszystkim - od sprzątaczki po piłkarzy. Mimo to, dociągnęliśmy jakoś do wicemistrzostwa Polski.

W Pogoni grał wtedy Dariusz Fornalak, obecny trener Piasta.

- To był rzetelny, twardy obrońca z charakterem. Teraz te cechy widoczne są w jego pracy trenerskiej. Podoba mi się jego pomysł na zespół. Wiosną wyciągnął maksimum z piłkarzy Piasta.

Ze Szczecina wrócił Pan do Wisły. Dlaczego piłkarz Olgierd Moskalewicz nazwał wówczas Pana oraz prezesa Bogdana Basałaja "futbolowymi dyletantami"?

- Powiedział tak, bo nie przystaliśmy na jego koncepcję regulaminu premiowania zespołu. Został mocno ukarany. Sugerowaliśmy mu, żeby przeprosił i byłoby po sprawie. Ale on był hardy i odmówił. Jego późniejsza kariera pokazała, kto jest prawdziwym dyletantem, Spadł do niższej ligi z Zagłębiem Lubin i Radomskiem...

Co Pana skusiło, aby przyjąć propozycję prezesury z biednego Górnika Zabrze?

- Mam taki charakter, że lubię decydować i brać za coś odpowiedzialność. A Wiśle było tak, i jest zresztą do dziś, że nawet idąc do toalety, trzeba wcześniej zadzwonić do Myślenic, do pana Cupiała, i zapytać, czy można. Odszedłem na własną prośbę, inaczej pewnie do dziś byłbym w Wiśle.

W Piaście jest Pan teraz "tylko" wiceprezesem.

- Nie jestem chory na tytuły. Jednak bez mojej zgody nic nie może w Gliwicach przejść, bo jestem przedstawicielem większościowego udziałowca.

Wracając do Górnika. Swój pobyt w Zabrzu uważa Pan za udany?

- Z Wisłą i Pogonią zanotowałem dwa tytuły mistrza Polski i dwa wicemistrzostwa. Ale ja za największy sukces w karierze uważam właśnie okres pracy w Górniku. Przez cztery lata utrzymywaliśmy go na powierzchni i to bez żadnej pomocy. Ówczesny prezydent Zabrza Jerzy Gołubowicz to był jakiś facet wzięty z księżyca. Do tego doszedł konflikt z Gwarkiem, który ciągle przeszkadzał nam w pracy. A ja nawet własnego syna naciągnąłem na kasę.

Do dziś nie wiadomo, czy Pański syn Marek był w posiadaniu akcji klubu.

- Marek przejął te akcje z bardzo odległym terminem płatności. W sumie miał do zapłaty w ratach 1,7 mln zł. Gdy okazało się, że akcje były obciążone długami Polindu, to w całości nie zapłacił za nie, tylko je zwrócił. We Włoszech być właścicielem klubu to nobilitacja i Markowi wydawało się, że w Polsce będzie podobnie. U nas to jednak oznacza tylko kłopoty. To było mistrzostwo świata, że mając zaledwie cztery miliony złotych budżetu, potrafiliśmy uchronić się przed spadkiem. Proszę spojrzeć, jakie indywidua kierowały klubem po moim odejściu. Przyszedł Jerzy Frenkiel i z miejsca zrobił trzy audyty, żeby znaleźć coś na Koźmińskiego. I nic nie znalazł - za to jego wyprowadzili z klubu w kajdankach. Obecny prezes - pan poseł - dokończył dzieła. W rok w Zabrzu wydano więcej niż ja wydałem przez cztery lata. Z marnym efektem.

Po odejściu z Zabrza znów trafił Pan do Pogoni. Tym razem kierowanej przez Antoniego Ptaka.

- Potrzebny byłem mu do tego, żeby kilka meczów przełożyć. Była wtedy sroga zima, a on zwoził Brazylijczyków z plaży Copacabana, którzy pierwszy raz śnieg zobaczyli. Szybko się z tego wypisałem, bo to było kompletnie bez sensu. To źle, że Ptaka i jego pieniędzy nie ma już w piłce. Powinien mieć jednak lepszych doradców. On zawsze miał zaufanie tylko do dwóch ludzi - mecenasa i księgowego, którzy kierowali jego bazarem w Rzgowie.

Jak Pan trafił do zarządu PZPN-u?

- Już jako prezes Piłkarskiej Ligi Polskiej uczestniczyłem w posiedzeniach zarządu. Moje kandydowanie było więc naturalne. Inaczej było z funkcją rzecznika związku. Tu zadecydował przypadek. W czasie wojny futbolowej z ministrem Lipcem powiedziałem Michałowi Listkiewiczowi, że potrzeba trochę agresji z naszej strony. Skoro oni nas ostro atakowali, to trzeba było odpowiedzieć tym samym. Michał odpowiedział mi, że skoro jestem taki mądry, to żebym się za to wziął. Pobawiłem się trochę w tej roli, politycy wyzywali mnie, a ja ich. To było kino. Inaczej nie można wyjaśnić tego, że znany polityk mówi o PZPN-ie "bandyci", a inny przychodzi do studia ze świńskim łbem. Nie pozostawałem zresztą dłużny. Do posła Gowina powiedziałem, że o jego osiągnięciach wie tylko sąsiadka z bloku.

Narzekał Pan, że lata od telewizji do telewizji i robi z siebie małpę.

- W pewnym momencie byłem w telewizji częściej niż Andrzej Lepper. Tylko wożono mnie z TVN-u do Polsatu i z powrotem. Skoro się już na coś zdecydowałem, to nie mogłem z tego zrezygnować. Wtedy wszyscy się w PZPN-ie pochowali, a ja wyszedłem na pierwszą linię. Negocjowałem nawet ugodę z ministrem sportu Mirosławem Drzewieckim, choć to przecież nie był rola rzecznika.

Gdy rok temu piłkarze Jagiellonii Białystok niepotrzebnie pojechali na mecz barażowy do Gdyni, skomentował Pan, że "przynajmniej zobaczyli polskie morze".

- Trzeba to traktować jako sytuacyjny dowcip czy lapsus. O pani Elżbiecie Jakubiak powiedziałem, że na ministra powołano gospodynię domową. Taki mam po prostu sposób bycia.

Opowiada Pan o tym ze śmiechem, ale wtedy kibice po prostu was nienawidzili.

- W normalnym kraju za załatwienie Euro Listkiewicz zostałby człowiekiem roku. U nas go zeszmacono, pobito mu żonę, syna i zbezczeszczono grób matki. Takie było zapotrzebowanie społeczne, żeby znaleźć jakiegoś kozła ofiarnego.

Kulminacją nienawiści był chyba atak polskich kibiców w Bratysławie na samochód, którym jechał Pan z Listkiewiczem.

- Gdy wjechaliśmy na stadion, polscy kibice zaczęli nagle uderzać w nasz samochód. Brama wjazdowa była zamknięta i musieliśmy wysiąść z samochodu. Robiliśmy to ze strachem, nie wiedząc, co się stanie. Okazało się, że wszyscy na nasz widok zrobili krok w tył i ucichli. Potem parę osób podeszło po autografy.

Co Pan robił po odejściu ze związku?

- Nic. Nudziło mi się. Jak się człowiek rano budzi i nie ma gdzie iść, to się robi problem. Nawet już zaczynałem na żonę szczekać, bo mnie energia rozpierała. Często w południe spotykałem się z kolegami na krakowskim Rynku. Piliśmy kawę ze Zdzisiem Kapką, Markiem Kusto, Andrzejem Iwanem, teraz jeszcze Frankiem Smudą. Śmialiśmy się, że tworzymy klub bezrobotnych.

Propozycja z Gliwic musiała być wybawieniem.

- Chciał mnie też jeden z klubów pierwszej ligi. Miałem konkretną propozycję ze spółki zajmującej się Euro 2012. Wolę być jednak na pierwszej linii frontu piłkarskiego.

Co Pan już zrobił dla Piasta?

- Na razie jest partyzantka, bo spółka nawet nie ma jeszcze siedziby. Malujemy ściany, kupujemy telefony i komputery. To mało medialne, ale trzeba to zrobić. Równolegle próbuję ruszyć działkę marketingową. Wstydem jest, żeby drużyna nie miała reklamy na koszulkach. O sponsora w dobie kryzysu nie jest łatwo. Na działalność sportową w tej rundzie wpływu nie mam. Złożyłem trenerowi Fornalakowi pewne propozycje, ale stwierdził, że to nie moment na spektakularne transfery. Mam duże znajomości w tej branży i będę ich używał dla Piasta. Nic nie odbędzie się jednak bez akceptacji trenera. Na siłę nie będę mu nikogo wsadzał do zespołu, bo to byłby sabotaż.

Jaką formę musi przybrać protest kibiców Piasta, żeby Pan odszedł z klubu?

- Nie ma takiej możliwości. Żadne transparenty mnie nie przekonają. Zresztą kiedyś w Mediolanie na meczu Wisły z Interem, kibice krakowscy wywiesili transparent z hasłem "Basałaj, Koźmiński, wypierd...". Przyjaciele syna, którzy byli na meczu, pytali go, o co chodzi. Śmiali się, bo we Włoszech to bardzo popularne. Tam się mówi, że prezes, którego nazwiska nigdy tak nie potraktowano, źle działa, bo jest niewidoczny.