Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Ligue 1. Prezes Montpellier zapuści irokeza

Miał zapanować pieniądz, najlepiej podesłany z Bliskiego Wschodu. Ale w samym czubie ligi znalazło się Montpellier, klub zbudowany dzięki pasji jednego człowieka i śmieciom z połowy Francji
Louis Nicollin jest prezesem i właścicielem od 1974 roku. Przejął klub za namową miejscowych polityków i dziennikarzy, zapłacił 400 tys. franków. Od początku bardzo przeżywał jego wygrane i porażki.

- Kiedy graliśmy w IV lidze, ważniejszych meczów nie oglądał, siedział i modlił się w kościele - wspomina Serge Delmas, piłkarz z tamtych czasów. W latach 80. Montpellier awansowało do I ligi, w Pucharze Francji pokonało wtedy m.in. Saint-Etienne z Michelem Platinim w składzie. W 1990 roku wywalczyło to trofeum z trenerem Aimé Jacquetem, który osiem lat później doprowadził Francję do mistrzostwa świata, i wchodzącym do drużyny Laurentem Blanc, obecnym selekcjonerem trójkolorowych. Później Montpellier pogrążyło się w przeciętności, ale po powrocie do ligi w 2009 roku od razu ruszyło z miejsca, znów zaczęło się liczyć we Francji.

To zasługa prezesa. Nicollin postawił w drużynie na młodych ludzi, głównie z regionu. Na trenerów od lat związanych z klubem. Pozwolił, by Rene Girard zatrudnił swojego syna jako specjalistę od przygotowania fizycznego. Dwa lata temu, od razu po awansie, Montpellier zakończyło sezon na piątym miejscu i zakwalifikowało się do eliminacji Ligi Europejskiej. Dziś Nicollin wprowadził swoje dziecko do Ligi Mistrzów.

I to z kim? Z piłkarzami, z których tylko dwóch zdobyło kiedyś mistrzostwo (Vitorino Hilton z Marsylią i Romain Pitau z Lens), z których większość przeszła przez szkółkę piłkarską i w Ligue 1 debiutowało właśnie w klubie z Langwedocji (Geoffrey Jourdren, Benjamin Stambouli, Rémy Cabella, Mapou Yanga-Mbiwa, Younes Belhanda, Jamel Saihi). Z gwiazdą, jaką jest napastnik Olivier Giroud, którego skauci wynaleźli gdzieś między zamkami nad Loarą - w Tours. Z trenerem Girardem, który z Jacques'em Satinim, a później Raymondem Domenechem przegrał rywalizację o stanowisko selekcjonera. Z budżetem - 36 milionów euro - stawiającym klub dopiero na 13. miejscu w finansowej klasyfikacji we Francji. Ze stadionem zapełnionym przez cały sezon w zaledwie 50 proc., a całkiem dopiero w ostatnim meczu sezonu, przed tygodniem z Lille.

Nicollin nie pasuje do roli wielkiego menedżera futbolu. Tusza nie pozwala mu zmieścić się na pojedynczym krzesełku piłkarskiego stadionu, niewyparzony język (Benoit Pedrettiego nazwał ciotą) sprawia, że potępia go zwłaszcza politycznie poprawna prasa, wreszcie jego biznes - przedsiębiorstwo zajmujące się wywozem śmieci - trochę nie pasuje do salonów.

Ale prezes pozostaje sobą, robi, co chce. Kiedy dwa lata temu Montpellier było liderem, zapowiedział, że jeśli utrzyma tę pozycję do ostatniego meczu sezonu z Paris Saint-Germain, przemaszeruje nago przez Pola Elizejskie w Paryżu. Tej obietnicy nie można było zweryfikować. Montpellier zajęło "tylko" piątą pozycję. Kilka tygodni temu Nicollin zapowiedział, że po zdobyciu mistrzostwa pójdzie do salonu fryzjerskiego i ze swoich siwych włosów każe zrobić sobie irokeza. - Ale od razu mówię, że będę zakładał na niego czapeczkę - zapowiedział.