Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Liga włoska. Latający cyrk Zdenka Zemana

Grek Zorba roztańczyłby się z wrażenia, jego duchowy spadkobierca Czech Zeman reżyseruje wyłącznie piękne katastrofy kręcone z żarliwą wiarą w futbol samobójczo beztroski i wszechradośnie optymistyczny, który propaguje w kraju owładniętym obsesją suchego wyniku. Ale nie tylko dlatego jest we Włoszech postacią kultową - rzadziej znienawidzoną, częściej wielbioną, zawsze szarpiącą za emocje. Poznajcie Zdenka Zemana, prowokatora wynajętego przez AS Romę, by zawrócił kijem wodę w Tybrze. Poznajcie być może najsławniejszego trenera, który nigdy nie zdobył trofeum.
Co nie znaczy, że Czech - w Italii zamieszkał w 1968 roku, gdy jego kraj najechały zaprzyjaźnione wojska Układu Warszawskiego - niczego nie wygrał. W latach 80. wraz z Licatą wygrał czwartą ligę włoską. Na początku lat 90. - z Foggią drugą ligę włoską. W poprzednim sezonie - z Pescarą, też drugą ligę włoską. Opus magnum stworzył w Foggii, którą najpierw wciągnął z Serie C do Serie B, potem z Serie B do Serie A, wreszcie na pułapy sąsiadujące z europejskimi pucharami (drużynę skazywaną na nieuniknioną degradację!). Nie miał budżetu na transfery, piłkarzy lepił własnymi rękami, za sensacyjnymi zwycięstwami stała autorska, niekonwencjonalna wizja. Rzadko sukces bywa do tego stopnia dziełem trenera, tylko trenera i ponad wszystko trenera.

Gdybyśmy wyobrazili go sobie jako dowódcę sił specjalnych, ujrzelibyśmy nieliczącego się ze stratami własnymi pomyleńca, który rozkazuje gęsto ostrzeliwanym podwładnym zrzucić kamizelki kuloodporne, by maksymalnie przyspieszyć ich manewry. Kiedy jego ludzie atakują, Zeman żąda, by wszyscy trzej napastnicy (!) stali w polu karnym, a dwójka pomocników czyhała tuż za nimi. Kiedy jego ludzie wyczekują na gwizdek rozpoczynający mecz, czasem ponad połowa z nich stoi wzdłuż linii środkowej. Kiedy przejmują inicjatywę, mają obowiązek bezzwłocznie kopnąć piłkę do przodu, by ostrym pchnięciem przeszyć rywala - precz z po barcelońsku jałowym turlaniem jej po trawie, precz z futbolem horyzontalnym, niech żyje wertykalny, podania wszerz są surowo wzbronione, ciosy należy zadawać bez milisekundy zawahania.

Militarne skojarzenia proponuję nie bez powodu. Zemanowy styl gry wysysa energię jak żaden, ergo wymaga nadludzkiej wytrzymałości, ergo sami piłkarze porównują treningi do zajęć marines.

Ćwiczą długo i ciężko, szef lubi zaordynować im bieganie po lasach, plażach, twardej ziemi pozbawionej źdźbła trawy czy nawet stadionowych schodach, co nam przypomina raczej legendarne nad Wisłą ładowanie akumulatorów przez przedstawicieli rodzimej myśli szkoleniowej aplikowane najchętniej w górach i na śniegu. W Czechu spotykają się różne światy - w ojczyźnie uczył wychowania fizycznego i pracował w firmie farmaceutycznej, studiował medycynę sportową, zanim wniknął w futbol, szkolił piłkarzy ręcznych. Chce nade wszystko rozpalać emocje, ale sam ogląda mecze beznamiętnie, w wywiadach wymrukuje monosylaby. Odpala papierosa od papierosa, ale od graczy zawsze oczekiwał klasztornej wstrzemięźliwości, a oni niekiedy nie słuchali go jak szefa, lecz proroka, który uczy sztuki życia. Nasłuchałem się w Rzymie anegdot o reakcjach gwiazd Lazio przyłapywanych na podjadaniu frykasów dla wyczynowców niewskazanych: "Wziąłem najwyżej pół porcji, przysięgam", "Skosztowałem, w ogóle nie jestem głodny", "Nawet nie tknąłem, to tylko tutaj stoi".

Tak, Zeman pracował na chwałę obu stołecznych klubów, a jednak w tym wrzącym futbolową nienawiścią mieście nikomu nie strzeli do głowy wyzywać go od zdrajców, przeciwnie, nie ma dnia, by nie wysłuchiwał na ulicach podziękowań i gratulacji od fanów zarówno Romy, jak i Lazio. Ubóstwiają go za ową bezkompromisowość, która gwarantuje mecze pełne przygód, dramaturgii, zaskakujących puent. Kiedy Foggia pruła przez niższe ligi, strzelała najwięcej goli - i to horrendalnie więcej - we wszystkich włoskich klasach rozgrywkowych. Kiedy awansowała do najwyższej, strzeliła mniej tylko od mistrzowskiego Milanu, ale dokładnie tyle samo straciła - mniej tylko od ostatniego w tabeli Ascoli. Kiedy Czech ją porzucił, najwyższą skutecznością zaczęli popisywać się przejęci przezeń rzymianie - najpierw ci z Lazio, następnie Roma.

Po rozstaniu ze stolicą Zeman przez dekadę nigdzie nie wytrwał dłużej niż sezon, już to tułając się po prowincjonalnych klubikach włoskich (sławny w pewnych kręgach stosunek bramkowy 66-73 w Lecce), już to cumując w stambulskim Fenerbahce i belgradzkiej Crvenej Zvezdzie. Jego zwolennicy lubią wierzyć, że padł ofiarą swojej nieskalanej uczciwości i cywilnej odwagi, stracił bowiem wzięcie, odkąd dojrzał u piłkarzy Juventusu nagły przyrost muskulatury i oskarżył turyńczyków o doping, wymieniając najświętsze nazwiska - del Piero oraz Viallego. Czech wydał zresztą wojnę całemu establishmentowi, wtórując popularnemu wśród kibiców podejrzeniu, że włoscy potentaci zawiązali spisek, dzięki któremu rozdzielają tytuły mistrzowskie między sobą. Minęło parę lat, wybuchła afera Calciopoli, mit skazanego na banicję męczennika się utrwalał. Kiedy we wrześniu Czech przyleciał na San Siro, kibice Interu wywiesili transparent z hasłem: "Szacunek dla Zemana, ikony czystego futbolu".

Sceptycy również tłumaczą jego upadek bezkompromisowością, ale dostrzegają ją raczej w ortodoksyjnym, ślepym na realia przywiązaniu do własnej wizji - ten trener nie ewoluuje, nie dojrzewa, hołduje futbolowi jednowymiarowemu, infantylnie naiwnemu, z ducha wręcz podwórkowemu, i jeszcze zasłania przywary powtarzaną do upadłego tezą, jakoby najdonioślejszym celem piłkarzy było zabawianie kibiców. Jak bowiem zemanlandia (powstał dokument pod takim tytułem) gwarantuje frajdę nie z tej ziemi, tak nie gwarantuje zwycięstw.

W każdym razie nie obiecuje zwycięstw w rywalizacji na najwyższym poziomie, czego na własnych układach nerwowych doświadczają ostatnio fani Romy. Ich piłkarze prowadzili w Parmie, ale przegrali. Prowadzili z Udinese 2:0, ale przegrali. Prowadzili 2:0 z Bologną, ale przegrali. Własne przewagi również trwonią z pogodną lekkomyślnością, w żadnych okolicznościach nie włączają trybu ostrożnego wyrachowania, nigdy nie wiesz, czego się po nich spodziewać. Zeman wrócił do czołówki po długiej przerwie, ale wrócił ten sam, jeszcze jedną szansę zdobył ubiegłosezonowym triumfem w Serie B, w której Pescara wbiła 90 goli, o 27 (!) więcej niż następne najskuteczniejsze Juve Stabia...

Mógł trafić tylko do Romy. Od półtora roku należy do amerykańskich biznesmenów, którzy obwieścili, że zamierzają zmienić naturę calcio, zarażając je ofensywnym stylem gry, zatem szukali trenerów nieskażonych lokalną mentalnością. Najpierw próbowali z Luisem Enrique, żółtodziobem wyjętym z rezerw Barcelony dla brawurowej idei przeszczepienia na obce murawy katalońskiej tiki-taki. Nie wyszło, więc dali drugie życie 65-letniemu Zemanowi, który zawsze podważał wszelkie dogmaty włoskiego futbolu. Co istotne, znanemu również z umiejętności pracy ze zdolną młodzieżą - to on wprowadzał między dorosłych żywą legendę drużyny (na pytanie o trzy największe gwiazdy Serie A odpowiada: "Totti, Totti, Totti"), to pod jego nadzorem rozkwita właśnie talent Erika Lameli, wokół którego biega zresztą tłum pięknych dwudziestoletnich.

Mówią o nim "Il Boemo" - tyleż ze względu na pochodzenie, co nonkonformizm; kręcą o nim filmy i piszą piosenki, inspirują się nim komicy. Jeśli ważyć bogactwo osobowości, urośnie Zeman do jednego z najznaczniejszych bohaterów calcio. Jeśli poprzestać na czystym sporcie, zmaleje. Nowa Roma też nie wszystkich uwodzi, wracają zarzuty, że cyrkowy fundamentalizm jej kontrowersyjnego trenera może się sprawdzać w małych klubach, lecz wiąże się z ryzykiem nieakceptowalnym w klubach z ambicjami. Nawet sympatyzujący z nim komentatorzy przebąkują, że zemanlandia straciła magię, nawet rzymscy piłkarze wiercą się zaniepokojeni. Kiedy Roma po nieco ponad kwadransie gry przegrywała 0:3 z Juventusem, Daniele De Rossi, od lat odrzucający atrakcyjne oferty od najbogatszych firm zagranicznych, wypalił: "Czy żałuję, że zostałem? Nie. Ale nie zostałem, by uczestniczyć w takich spektaklach". W niedzielę jego drużyna znów przegrała, i to w derbach. Oczywiście gola strzeliła pierwsza.

Podyskutuj o felietonie na blogu Rafała Steca