Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Wołowski: Futbolowa przepaść między Barceloną i Realem a Atletico i Valencią mniejsza od ekonomicznej

Barcelona z Realem, Atletico z Valencią i Sevilla z Villarreal - sześć klubów hiszpańskich w trzech parach aspirujących do podboju Europy.
Remis na Vicente Calderon dokonał jasnego podziału Primera Division. Prowadzona przez Portugalczyka Nuno Valencia może czuć się już przywrócona do czołówki. Zwycięstwo nad Realem Madryt, tym, który wygrał 22 kolejne mecze, triumf nad Atletico na Estadio Mestalla i wczorajszy podział punktów w rewanżu zwracają nadzieję byłej europejskiej potędze. Tak jak przewidywał Diego Simeone, drużyny ligi hiszpańskiej mają prawo do wysokich aspiracji, ale ściganie się z dwoma kolosami na dłuższym dystansie wciąż wydaje się być tylko bajką dla grzecznych dzieci.

Pocieszający w tej bajce jest fakt, że przepaść futbolowa między Atletico i Valencią a Barceloną i Realem jest znacznie mniejsza od ekonomicznej. To znaczy, że Simeone z Nuno, czyli gwiazdy trenerskie ligi hiszpańskiej, wykonują kawał dobrej roboty. Odrodzenie Atletico za sprawą szkoleniowca z Argentyny wniosło do La Liga nowe, wielkie emocje. Pod koniec ubiegłego sezonu czuło się, że cała Hiszpania, znużona dominacją wielkiej pary, trzyma kciuki za zespół z Vicente Calderon. W tym sezonie wszystko wraca do normy, na szczycie tabeli są ci, co zwykle. Real i Barcelona biją się o tytuł mistrzowski, Atletico z Valencią o pozycje w Champions League.

Trzecia para ma najmniej wdzięczne zadanie. Grzegorz Krychowiak nie krył, tak jak nikt z Sevilli, że ich marzeniem jest walka o czwarte miejsce, na to jednak drużyna Unaia Emery'ego ma potencjał mimo wszystko za niski. To jedyny zespół z czołówki, który nie potrafił pokonać nikogo z rywali go wyprzedzających. Atletico obija Real na kwaśne jabłko, Real obił Barcelonę w pierwszym Gran Derbi, Valencia pokonała "Królewskich" i zdobyła na Atletico 4 pkt. Villarreal potrafił zdobyć Vicente Calderon, tymczasem Sevilla zdołała dotąd zatopić tylko "żółtą łódź podwodną". Pech chciał, że oba kluby spotkają się teraz w 1/8 finału Ligi Europy, a w międzyczasie zmierzą się jeszcze w meczu ligowym.

Te sześć zespołów gwarantuje lidze hiszpańskiej sukces w Europie. Nie ma w tym gronie nikogo przypadkowego, o dołączeniu do niej mogą myśleć Baskowie z Bilbao, ale to już w następnym sezonie. To dobrze dla Primera Division, że jest kilka miejsc w Hiszpanii, gdzie mecz z Realem i Barceloną jest czymś więcej niż okazją do zapełnienia stadionu. Im więcej klubów podniesie rękę na kolosy, tym lepiej dla dramaturgii rozgrywek.

Nieodległe są czasy, gdy Barcelona i Real odwiedzały Walencję, Bilbao czy Sewillę jak głęboką, piłkarską prowincję. Dziś wielcy drżą na sam dźwięk słowa Vicente Calderon, choć Atletico przeżywa trudne dni. Kiedy rok temu Barcelona trafiła na Atletico w ćwierćfinale Ligi Mistrzów, jej prezes Josep Mari Bartomeu zdawał się być zadowolony. Rzeczywistość temu zadowoleniu zaprzeczyła.

Zabrakło zaledwie kilkudziesięciu sekund, by na listę zdobywców Pucharu Europy został wpisany trzeci hiszpański klub. Simeone pokazał, że można, wyzwanie podjęli Nuno, Emery, Marcelino. Być może opowieść o lidze, która rozpada się na dwie części (nieprzyzwoicie bogatą i zapyziałą z biedy), przestaje być aktualna? Może rządzący nią zrozumieją, że taki stan rzeczy jest właśnie idealny?

Już wkrótce kluby hiszpańskie zaczną sprzedawać prawa telewizyjne razem, być może poczucie wspólnoty interesów stworzy podstawy czegoś lepszego? Skończy z zaściankowym myśleniem każdego o sobie. Jeśli nie, Hiszpanie wciąż będą patrzeć z zazdrością na Wyspy, gdzie produkt futbolowy nie jest lepszy, ale jego wartość trzykrotnie wyższa.

Dyskutuj z autorem na jego blogu >>

Dla kogo oni grają? Daley Blind i Candy-Rae Fleur [KLIKNIJ]