Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Primera Division. Cierpienia "Colchoneros"

Miał rację Diego Simeone, tłumiąc nadmierną radość po spektakularnym triumfie w derbach Madrytu. Czy porażka z Celtą w Vigo oznacza, że w wyścigu po tytuł mistrza Hiszpanii liczą się już tylko Real z Barceloną?
Bez Koke i Ardy Turana pomoc Atletico wyglądała w Vigo na bezradną. Ta sama formacja, która przed tygodniem tak bezdyskusyjnie wygrała bój o środek pola w derbowym meczu z Realem. Simeone popełnił błąd, chcąc wzmocnić siłę uderzeniową, wystawił swoje ofensywne "tridente". Mandzukic, Griezmann i Torres wystąpili obok siebie, ale gra gości się kompletnie nie kleiła. Zespół stracił kompaktowość, porobiły się dziury między formacjami, co dla drużyny Simeone okazało się jednoznaczne z samounicestwieniem.

Godin z Mirandą ocalili drużynę od klęski w pierwszej połowie meczu. W przerwie Simeone zdjął Torresa, wprowadzając Caniego. Ustawienie 4-4-2 doprowadziło do równowagi na boisku, ale miał się to okazać mecz bez logiki. Atletico, nie istniejąc na placu, utrzymywało remis, ale gdy gra się wyrównała, straciło bramki i punkty. Coś podobnego przeżył Cholo także w pierwszej rundzie, gdy po wygranych derbach na Bernabeu jego drużyna zremisowała z Celtą na swoim boisku. Wszystko, co zarobiła na posiadaczu dziesięciu Pucharów Europy, zaprzepaściła na drużynie marzącej o niczym więcej niż spokojnym, ligowym bycie.

Ranny po derbach Real i Barcelona oderwały się obrońcy tytułu. Czy to znak, że tak jak przewidywał Simeone jego zespół zaczyna walkę o trzecie miejsce? Przebojem ostatnich miesięcy w lidze hiszpańskiej stała się Barcelona z kompletnie odrodzonym Leo Messim. Argentyńczyk zdobył już 37 bramek w tym sezonie, o jedną więcej niż Cristiano Ronaldo. W lidze wciąż skuteczniejszy jest Portugalczyk (28:26), ale od odebrania trzeciej Złotej Piłki trafił do siatki zaledwie dwa razy, podczas gdy jego rywal aż dziesięć.

Dziennik "Marca" już rozpisuje ankiety, czy Barcelonę stać na potrójną koronę. Andres Iniesta twierdzi, że tak. Neymar zdobywa gola za golem, a Luis Suarez, wchodząc na chwilę z ławki w meczu z Levante, popisał się bramką sezonu. A przecież na początku stycznia nic na tak wysokie loty Katalończyków nie wskazywało, gdy rozbita i rozdarta drużyna wracała na tarczy z San Sebastian. Od tamtej pory Barca wygrała 12 kolejnych meczów, ale jeszcze nie tak dawno Real zaliczył serię 22 triumfów i dziś nikt już o tym wspominać nie chce.

"Królewscy" mają zamiar podreperować morale na Schalke, które odprawili przed rokiem na tym samym etapie Ligi Mistrzów z porażającym bilansem 9:2. Kolos z Madrytu nie lubi wypraw do Niemiec, trzeba jednak przypomnieć, że przed rokiem w drodze do finału przeskoczył aż trzy kluby Bundesligi. I tylko Borussia Dortmund stawiła opór.

Powrót Champions League sprawia, że relacje między hiszpańską wielką trójką mogą ulec zmianie jeszcze szybciej. Z trzech drużyn reprezentujących Primera Division to mimo wszystko Barcelona ma najtrudniejszego rywala w 1/8 finału. Jeden fałszywy ruch i peany na cześć Luisa Enrique mogą się przerodzić w gwizdy. Takie jak te, którymi fani z Bernabeu próbują otrzeźwić dziś Ronaldo, Casillasa, Bale'a i innych.

Najcięższym ciosem dla Hiszpanów była jednak wiadomość o nowym, rekordowym kontrakcie telewizyjnym Premier League. Liga z Wysp, która w sensie sportowym jest słabsza (według rankingów), okazała się marketingowo produktem trzy razy silniejszym. Jeden z komentatorów napisał nawet, że choć Hiszpanka jest piękniejsza, to Angielka bardziej seksi. Nie wiem, czy to porównanie trafione, ale zrozumiałe z całą pewnością. Finansowa przepaść nie zniknie jednak nawet wtedy, gdy Barcelona, Real, Atletico, Valencia, Sevilla i inni zdecydują się w końcu sprzedawać prawa telewizyjne razem, a nie każdy na własną rękę.



Więcej o: