Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Maj ostatni felieton

Żegnam się z łamami ?Gazety? w trupim smutku, jakiego nie umiałby poczuć sam Cristiano Ronaldo, i to nawet po publicznym ujawnieniu przez Casillasa, że nie przepada za jego fryzurą, polerowaną przecież po to, by się podobała.
Fajnie byłoby uklęknąć tutaj przed Mourinho, gdyby został pierwszym zdobywcą Pucharu Europy z trzema klubami, albo złożyć mu kondolencje, gdyby Real okazał się pierwszym klubem, w którym poniósł porażkę - co staje się prawdopodobne, dopiero w Madrycie portugalski trener nie uwiódł całej szatni i nie pracuje z ludźmi wodzącymi zań maślanymi oczami. Zabawnie byłoby słuchać, jak po triumfie ogłasza, że owszem, dostrzega swój zasługujący na szersze wykorzystanie geniusz, lecz zatrzymanie podnoszenia się poziomu wody w oceanach i inne zagadnienia głębsze od Ligi Mistrzów odkłada na później. Równie zabawnie byłoby relacjonować, jak po klęsce z precyzją charakteryzatora zwłok udowadnia swoją niewinność; jak podaje detale wrogiego mu spisku; jak wzywa na świadków naukowców, którzy przeprowadzili własne badania, a z nich jednoznacznie wynika, że wystarczy odpowiednie stężenie antymadryckich myśli, by zmusić kopniętą piłkę do lądowania akurat w bramce Realu.

Zamierzałem też pochylić się nad sprawami bardziej doniosłymi, chciałem ostro skomentować skandalicznie seksistowską prośbę piłkarzy Barcelony, by w samolotach Turkish Airlines obsługiwały ich wyłącznie kobiety. I równie seksistowską decyzję oficjalnego przewoźnika katalońskiego klubu, by na ich prośbę przystać. Jeśli wierzyć dziennikowi "Hürriyet", obie strony zgodziły się, że stewardzi bywają uciążliwi w domaganiu się autografów i koszulek, więc należy upierdliwców wymienić na mniej natarczywe stewardesy. Dacie wiarę, że w XXI wieku ktoś spoza okolic naszego feministycznego ciemnogrodu bajeruje, że dziewczyny nie ogarniają futbolu!?

Gdybyśmy mieli jeszcze okazję - ja do pisania, wy do czytania - moglibyśmy też wspólnie porozważać, czy pozujący na adwokata uciśnionych Michel Platini nie wynosi komercjalizacji futbolu na jeszcze wyższy poziom. I dlaczego wynosi.

Przypomnielibyśmy, że kiedy szef UEFA "pomagał" przebić się w eliminacjach klubom z krajów piłkarsko uboższych, zwalniał w zamian z eliminacji już nie dwa, lecz trzy kluby z krajów bogatszych. Powzdychalibyśmy, że niechybnym zlepieniem Ligi Mistrzów z Ligą Europejską w pękatą, 64-zespołową hybrydę nie tylko dokończy dzieła tępienia różnorodności rozgrywek pucharowych, ale jeszcze wykona krok ku Superlidze znaczniejszy niż ktokolwiek przed nim. I pytalibyśmy retorycznie, czy wobec poparcia UEFA dla idei połączenia lig rosyjskiej z sąsiednimi (Anży Machaczkała i inne Zenity z St. Petersburga już w przyszłym sezonie chcą grać z Szachtarami i kijowskimi Dynamami) zaakceptowałby jej odpowiednik zachodni, np. wspólną zabawę Manchesterów, Barcelon i Juventusów. Pooburzalibyśmy się też na UEFA, że rasizm na trybunach w Serbii karze - pomimo ciężkiej recydywy - 60 tys. euro grzywny, choć interesu sponsorów chroni sankcjami wyraźnie sroższymi.

Sam zaproponowałbym również, by wśród kryteriów rozdzielania organizacji meczów Euro 2020, które UEFA postanowiła rozlać na cały kontynent, znalazła się frekwencja na trybunach. "Od teraz monitorujemy, gdzie chodzi się na ligowe stadiony pasjami. I mistrzostwami nagrodzimy kraje, w których ludzie mają fioła na punkcie futbolu na co dzień, nie od święta". Tak roboczo mogłaby brzmieć odezwa Platiniego, choć gdybyśmy do metody przesadnie się przywiązali, to połowę turnieju zgarnęłaby Anglia. Tam nawet drugoligowców oklaskuje liczniejszy tłum niż oklaskujący np. pierwszą ligę w Brazylii, ponoć krainie uzależnionej od piłki jak my od wód ognistej i święconej. Ba, tam zapoconych robotników trzecioligowych dopinguje tłum niemal dorównujący dopingującemu naszą tzw. ekstraklasę.

Doprawdy, żyjemy w pasjonujących czasach, aż dziw, że przemysł farmaceutyczny zaniedbał prace nad pigułką nudy, by dać nam niekiedy od galopady atrakcji odetchnąć, oczywiście za jedyne 99,99 zł. Spójrzcie na futbol polski, dotąd odruchowo odpychany jako nieuleczalnie stęchły. Pal licho, że odmłodniał, to ostatecznie naturalny porządek rzeczy, bardziej zdumiewa, że Bundesliga wznowiła import z naszej ekstraklasy akurat teraz, gdy pruje na szczyt rankingu UEFA, gdy wyznacza trendy, gdy do niej należy wskazywanie palcem, gdzie leży przyszłość. Ledwie się nazdumiewaliśmy Lewandowskim, jeszcze nie doczekaliśmy kanonady Sobiecha i Rudniewa, tymczasem kupcy z Leverkusen nie zwlekają, już werbują Milika - nawet gdybym nie był kibicem małej wiary, nikt by mi jeszcze przed chwilą nie wmówił, że niemiecki wicelider weźmie naszego 18-latka, w dodatku napastnika, w dodatku zapłaci zań w milionach.

A piątkowy sparing z Macedonią!? Nawet ten mecz dziwoląg - tradycyjnie rozgrywany głównie dla przyjemności szefa Sportfive Andrzeja Placzyńskiego, w porze zimowych ferii i na tureckim pustkowiu - okazał się zjawiskiem oczekiwanym jak gorejący krzew, w swoim gatunku niemal arcydzielnym. Oto zbieranina, które ponownie nigdy się już nie zbierze, manewrowała na murawie z sensem od inauguracyjnego do pożegnalnego gwizdka, jakby selekcjoner Fornalik miał dar lepienia stabilnych budowli choćby i z roztopionego śniegu, jakby selekcjoner zamierzał nie tyle zamachnąć się na awans na mundial, ile jeszcze porwać się na tenże mundial ze sforą wyrostków, którzy stworzą grupę o najniższej średniej wieku na turnieju. Ech, napisałoby się nadciągających lepszych czasach, napisało...

Niestety, wszelkie marzenia i koszmary ukatrupili przeklęci Majowie. Podali dokładną datę kresu wszystkiego, już od tygodni, miesięcy, lat, dekad kitramy w skarpetach wspomnienia z najpiękniejszych meczów, by w najbliższy piątek, kiedy wedle ich rozkazu skończy się świat, mieć co oglądać, gdybyśmy jakimś cudem przetrwali akurat my z naszym iPadem i wanną prądu.

Że koniec dzieje się już, nie wątpiłem od dawna, znaków na niebie i trawie mieliśmy mnóstwo - najpierw mistrzowie świata Rivaldo i Scolari zaprzedali się Uzbekom z Bunyodkoru, potem supernapastnik Eto'o dał się wynająć dagestańskiemu Anży Machaczkała, Liverpool podarł 35 mln funtów na tamtego niby-napastnika z kucykiem, Alex Ferguson ośmielił się wydalić z Manchesteru mojego ulubionego drewniaka O'Shea, aż wreszcie na stronę pokracznych w futbolu Chińczyków przeszedł Drogba, przecież atleta w szczycie kariery, bohater najnowszego finału Ligi Mistrzów.

Ligi Mistrzów, która też doszczętnie zgłupiała, zezwalając na zwycięstwo akurat Chelsea - nawet gdyby świat miał nadal poistnieć, to być może już nigdy nie oglądalibyśmy zdobywcy najcenniejszego trofeum, który przed jego zdobyciem i później tak ekstremalnie wszystko poprzegrywał. W roku 2012 londyńczycy zwyciężyli w zaledwie 46 proc. meczów angielskiej Premier League, w Superpucharze Europy zostali zagryzieni przez tygrysa Falcao, w próbie obrony Pucharu Europy nie wyleźli nawet z grupy, wczoraj dołożyli jeszcze niepowodzenie w klubowych mistrzostwach świata - zanim piłkarze Corinthians wykonali śmiertelne cięcie skalpelem, obezwładniali rywali z lodowatym wyrachowaniem, wyobraźnia Chelsea zwiotczała jak potraktowana pavulonem, teraz wypada chyba spodziewać się, że w środę zwłoki nieszczęsnych mistrzów zbezczeszczą drugoligowcy z Leeds.

Oni zdążą, zagrają tuż przed ostatecznym zapadnięciem mroku, potem w piłka nożna zniknie. Jak wiadomo bowiem z proroctwa, zagładę przetrwa tylko francuska wioska Bugarach, a tam wyczynowo nie kopią, zresztą ze 176 mieszkańców nie skleciliby nawet jednej przyzwoitej miniligi. Marność nad marnościami i wszystko marność, żałośnie się kompromituje działacz Bastii, który w proteście przeciw zamknięciu stadionu za chuligańskie wybryki ogłosił właśnie strajk głodowy - wytrzyma o pustym pysku tydzień z chudziutkim okładem, też mi wyczyn, aż korci, by wulgarnie skrytykować go za tanie pieniactwo. I przeciwstawić mu piękny przykład Ronaldo (tego oryginalnego, brazylijskiego), który pod okrągłodobowym nadzorem kamer telewizyjnego reality show zrzucił już 20 ze swoich 118 kg. Pości, gdy okoliczności nakazują raczej apokaliptycznie się nażreć.