Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Primera Division. Valencii zadowolić się nie da

Dzięki nowemu stadionowi miała przerwać hegemonię Realu i Barcelony. Wpadła w długi, pozbyła się najlepszych piłkarzy i jeszcze bardziej ją utrwaliła. Dziś Valencia znów chce rzucić wyzwanie najpotężniejszym klubom.
- To historyczna chwila. Wkrótce kibice będą mogli oglądać ukochaną drużynę na jednym z najnowocześniejszych stadionów w Europie - mówił w grudniu prezes Manuel Llorente. Fani czekali na te słowa trzy lata. W 2008 r. budowę Nou Mestalla przerwano, bo klub zmagał się z długiem sięgającym pół miliarda euro.

Nowy stadion ma być ósmym cudem świata. Zmieści 75 tys. widzów, będzie mógł gościć finał Ligi Mistrzów.

Przez trzy lata niedokończona budowla straszyła - jak wiele innych w Hiszpanii, przerwanych po wybuchu kryzysu ekonomicznego - a klub nie myślał o wznowieniu prac, lecz o przetrwaniu.

Dziś działacze Valencii mogliby wydać poradnik dla wielkich klubów, które wpadły w kłopoty.

W pierwszym rozdziale napisaliby pewnie, że trzeba się pogodzić z odejściem gwiazd, ale nie można ich sprzedawać hurtem i w czasie szczytu problemów. Ra la Albiola Valencia oddała Realowi Madryt za 15 mln euro w 2009 r. Rok później na Davidach Villi i Silvie zarobiła 75 mln euro. Latem za Juana Matę wyciągnęła od Chelsea 25 mln euro. Wszyscy zdobyli w RPA złote medale mistrzostw świata.

W rozdziale drugim radziliby zakupy tanie i rozsądne. Skończyć z czasami, w których "trenerowi proszącemu o sofę kupuje się lampę" - jak mówił były szkoleniowiec klubu Rafa Benitez. W ostatnich czterech latach najdroższym piłkarzem sprowadzonym do Valencii jest Roberto Soldado, za którego zapłacono 10 mln euro. 27-letni napastnik jest dziś drugim hiszpańskim strzelcem ligi, awansował do reprezentacji, niedawno strzelił trzy gole Wenezueli i prawdopodobnie pojedzie na Euro 2012.

Rozdział trzeci zostałby poświęcony szefowi klubu. Manuel Llorente - z wykształcenia ekonomista, z zamiłowania kinoman, którego dom zawalony jest kasetami i płytami DVD - przez dwa lata zmniejszył dług o połowę. Skończył z obdarowywaniem trenerów długoletnimi kontraktami, których spłacenie po zwolnieniu kosztowało dziesiątki milionów euro. To on obniżył wydatki na pensje piłkarzy, jemu uwierzył bank Bancaja i w najtrudniejszym momencie udzielił pożyczki.

Kłopoty zaczynałyby się od zredagowania rozdziału o trenerze. Unai Emery ostatnie dwa sezony kończył na podium, które dawało awans do Champions League. Jedni powiedzą, że więcej osiągnąć się nie dało, bo na dwóch pierwszych miejscach rozsiadły się Barcelona i Real, inni będą narzekać, że Valencia do potęg się nie zbliża. Argumenty pierwszych zaczynają się na 21 zwycięstwach w ostatnich 22 kolejkach Realu, a kończą na ledwie ośmiu meczach, w których Barcelona traciła punkty. Ale racji nie sposób odmówić też drugim, bo Valencia w niczym nie przypomina zespołu, który miałby się bić o mistrzostwo w najsilniejszych ligach kontynentu.

Jej najdłuższa seria zwycięstw w tym sezonie zatrzymała się na trzech meczach. Z ostatnich dziewięciu wygrała dwa. To, że wciąż jest głównym kandydatem do trzeciego miejsca, więcej niż o sile zespołu z Mestalla mówi o słabości rywali. Athletic, Atletico, Sevilla i Malaga tracą punkty jeszcze częściej.

Kibice za Emerym nigdy nie przepadali, bo to technokrata, niedbający o styl gry. Cierpliwość fanów wyczerpała się po ostatnich meczach z Barceloną. W lidze Valencia przegrała 1:5, w dwumeczu półfinału Pucharu Hiszpanii 1:3. Trybuny - podobno należące do najbardziej wymagających w Europie - domagały się wylania trenera.

Gazety plotkują, że Emery odejdzie po sezonie, a jego następcą zostanie Mauricio Pochettino (Espanyol), Didier Deschamps (Olympique Marsylia), Laurent Blanc (reprezentacja Francji) albo Luis Milla (hiszpańska młodzieżówka).

Pytanie, czy za kilka miesięcy kibice nie zatęsknią za trenerem, który utrzymywał Valencię na podium, choć jego rywale wydawali na piłkarzy zdecydowanie więcej.