Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Piłka nożna. Bogaci nie chcą fair play. Manchester City znalazł sposób

UEFA straszy kluby, że wyrzuci je z Ligi Mistrzów, jeśli nie dostosują się do finansowego fair play, które nie pozwala wydawać więcej, niż się zarabia. Manchester City, największy rozrzutnik europejskiego futbolu, pokazał, jak można z nowych przepisów zakpić
Finansowe fair play (FFP) to najważniejsza reforma szefa UEFA Michela Platiniego. Francuz uznał, że trzeba przeciwdziałać "finansowemu dopingowi", czyli utrzymywaniu futbolowych korporacji przez miliarderów ze skarbcami bez dna. Nie podoba mu się, że piłkarze zarabiają coraz więcej, a kluby coraz więcej na nich wydają. Gdy trzy lata temu Realu Madryt kupił za 96 mln euro Cristiano Ronaldo z Manchesteru United i pobił transferowy rekord świata, Platini mówił, że takie transakcje to rzucenie wyzwania jego wizji futbolu. - FFP jest kluczowe. Chcemy zakończyć czas ekonomicznej bezmyślności i ślepoty - mówił.

Od sezonu 2013/14 kluby występujące w europejskich pucharach nie będą mogły wydawać więcej, niż zarabiają. UEFA skupia się na pieniądzach wydanych na transfery i pensje, na zarobkach z biletów, sprzedaży praw marketingowych i telewizyjnych, na umowach sponsorskich i działalności komercyjnej. Nie interesują jej koszty budowy stadionów, centrów treningowych i szkolenia młodzieży. By dostać licencję na grę w pucharach w 2013 r., klub w sezonach 2011/12 i 2012/13 w sumie nie będzie mógł przynieść więcej niż 45 mln euro straty.

Według danych UEFA w 2009 r. ponad połowa uczestników pucharów nie dostałaby licencji, gdyby wydawano je według nowych zasad - w tym te największe, regularnie bijące się o zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Chelsea straciła w 2010 r. 80 mln euro. Barcelona dwa sezony temu 83 mln euro, a w poprzednim 21 mln. Prezes najlepszej drużyny Europy Sandro Rossell szydził niedawno, że klub zrezygnuje z kolorowych nabojów do drukarek, dzięki czemu zaoszczędzi 30 tys. euro. Ani on, ani wielu innych szefów czołowych piłkarskich korporacji nowym zasadom się nie sprzeciwiają. Ale Platini grozi, że te kluby, które się nie dostosują, zostaną wyrzucone z rozgrywek.

Im głośniej jednak straszono, tym głośniej plotkowano, że najwięksi znajdą sposób, by nowe przepisy obejść.

Manchester City już zaczął. Szykujący się do debiutu w LM trzeci zespół angielskiej Premier League przez następne 10 lat zamiast na stadionie "City of Manchester Stadium" będzie występował na "Etihad Stadium". Za prawa do nazwy linie lotnicze zapłaciły mu wczoraj 150 mln funtów. Poprzedni rekord Premier League należał do Arsenalu, który w 2004 r. oddał prawa do nazwy stadionu za 100 mln funtów na 15 lat.

City wydawało się w najgorszej sytuacji - rok temu przyniosło aż 135 mln euro straty. Jego właściciel, szejk Mansour bin Zayed al-Nahyan, był największym futbolowym utracjuszem końca pierwszej dekady XXI w. Wydawał na piłkarzy fortunę, oferował im największe pensje. Pomocnikowi Yayi Toure płaci rekordowe w Anglii 250 tys. euro tygodniowo. Wszystko po to, by sukces odnieść natychmiast. W maju się doczekał, City zdobyło pierwsze od 1976 r. trofeum (prestiżowy Puchar Anglii) i zajęło miejsce na podium gwarantujące udział w LM.

Po podpisaniu umowy z Etihad Manchester City zbliżył się do spełnienia kryteriów UEFA. Nie musiał obcinać pensji ani wyprzedawać piłkarzy. Teoretycznie UEFA zabezpieczyła się przed obchodzeniem przepisów. Specjalna komisja europejskiej federacji ma oceniać każdy kontrakt, a jeśli uzna, że reklamodawca przepłaca, ustali sumę transakcji jej zdaniem uczciwą i wpisze do zarobków klubu. Dokładnych procedur jednak nie ma; nie wiadomo, na jakiej podstawie komisja miałaby uznać, że prawa do nazwy stadionu warte są nie 150, a 125 mln funtów. A przecież to dopiero początek. Szejk Mansour może namówić zakochanych w futbolu znajomych z Bliskiego Wschodu, by kupili do swojej ligi rezerwowego City Craiga Bellamy'ego za 50 mln euro, albo sprzedać im lożę na stadionie za 25 mln euro.



Marcelo Bielsa » w Athletic Bilbao


Więcej o: