Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Liga angielska. O klubie, który powstał z popiołu

Lepszej historii w tym tygodniu nie przeczytacie. O odrodzonym jak feniks z popiołów, zarządzanym przez kibiców AFC Wimbledon, który po zwycięstwie na Wembley awansował właśnie do League One (angielskiej trzeciej ligi), pisze Michał Okoński, dziennikarz ?Tygodnika Powszechnego? i komentator Sport.pl.
Ta historia może mieć, zależnie jak liczyć, czternaście albo sto dwadzieścia siedem lat. Sto dwadzieścia siedem, bo w 1889 roku uczniowie Old Central School w Wimbledonie założyli drużynę piłkarską. Czternaście lat, bo w 2002 roku grupa kibiców tej drużyny, sfrustrowanych poczynaniami jej ówczesnego właściciela, postanowiła powtórzyć gest ojców założycieli. 27 maja tamtego roku spotkali się w pubie "Fox and Grapes" - tym samym, w którym sto lat wcześniej drużyna przebierała się przed meczami i w którym jej zawodnicy popijali przed i po najsłynniejszym meczu w dziejach ich klubu: zwycięskim finale Pucharu Anglii z 1988 roku. Spotkali się i powiedzieli "dość".

"Szalony gang"

To, co wówczas działo się z ich ukochanym zespołem, faktycznie wołało o pomstę do nieba. Pod koniec XX wieku FC Wimbledon, mający stosunkowo niewielką bazę kibiców i grający na maleńkim stadionie, był jednym z najcięższych orzechów do zgryzienia przez rywali z angielskiej ekstraklasy. Gary Lineker narzekał, że najlepiej ogląda się ich na telegazecie, Paul Gascoigne długo wspominał bezpardonową próbę wyłączenia go z gry przez Vinny'ego Jonesa, kapitana i symbol tej ekipy, zwanej wówczas "szalonym gangiem" (jeden z najbrutalniej grających piłkarzy w dziejach angielskiej piłki, korzystając z nieuwagi sędziego, po prostu łapał Gascoigne'a za jądra).

Zawadiaków, imprezowiczów, ale też cholernie dobrych piłkarzy było w tamtym Wimbledonie więcej - Dennis Wise, John Fashanu, Lawrie Sanchez czy Dave Beasant, prowadzeni przez menedżerów Dave'a Basseta i Bobby'ego Goulda, tworzyli wyjątkowo zżytą ekipę, skłonną w równym stopniu do bitki i do wypitki. Zwycięstwo nad Liverpoolem w finale Pucharu Anglii zapewniło im miejsce w historii.

"Niechętna zgoda"

Ekonomicznie jednak funkcjonowanie klubu, grającego wówczas na współdzielonym z Crystal Palace stadionie Selhurst Park (historyczny obiekt Plough Lane nie spełniał już wówczas wymogów Premier League) stawało się coraz trudniejsze - zwłaszcza że frekwencja na małym obiekcie nie przekraczała osiemnastu tysięcy widzów. Jeszcze w sezonie 1993/94 zajęli szóste miejsce w ekstraklasie, potem bywali jeszcze na siódmym i ósmym, ale w końcu po czternastu latach spadli z Premier League.

Niedługo później nowi właściciele klubu zdecydowali o przeniesieniu go - za "niechętną" zgodą władz angielskiej piłki, która do dziś jest dla Football Association powodem wstydu - o sto kilometrów na północ, do Milton Keynes, gdzie zmieniono nazwę z FC Wimbledon na MK Dons. To właśnie wtedy grupa kibiców spotkała się w "Fox and Grapes". Spotkała się i ustaliła, że o tożsamości klubu nie stanowią pieniądze, umożliwiające miastu Milton Keynes "franczyzę", tylko miejsce i związani z nim ludzie. "Nie mieliśmy nic: drużyny, stadionu, trenera, nawet strojów" - wspominał po latach obecny dyrektor wykonawczy AFC Wimbledon Erik Samuelson. Ale nie miał wątpliwości, że trzeba podjąć decyzję o pozostaniu w dzielnicy, założeniu własnego klubu i o zaproszeniu na testy kilkuset niezrzeszonych piłkarzy. Sześć tygodni później prawie pięć tysięcy osób fetowało klęskę nowopowstałego AFC w meczu towarzyskim z Sutton United.

"Szerszy interes piłki"

W zasadzie wszystko, co zdarzyło się w kolejnych latach, zasługuje na miano wydarzeń magicznych. Początkowo amatorska, zarejestrowana na najniższym szczeblu rozgrywek ligowych i zarządzana przez kibiców drużyna w dziewięć lat awansowała pięciokrotnie, występując również w Pucharze Anglii ( w styczniu 2015 natrafiła w tych rozgrywkach na Liverpool], trzykrotnie spotykała się również z MK Dons, by w końcu - w 2014 r. - po raz pierwszy zwyciężyć). A wczoraj awansowała po raz kolejny - do League One, pokonując 2:0 Plymouth w rozgrywanym na Wembley finale play off.

Oglądanie tego meczu z pewnością nie zadowoliłoby Gary'ego Linekera: AFC Wimbledon objęło prowadzenie po blisko osiemdziesięciu minutach chaotycznej kopaniny, a wynik meczu ustalił z wątpliwego karnego, podyktowanego już w doliczonym czasie gry, charyzmatyczny, ważący dobrze ponad sto kilogramów napastnik Ade Akinfenwa. Styl, w jakim się to odbyło, nikogo jednak nie obchodził, a już najmniej trenera AFC Neala Ardleya, który w latach kariery piłkarskiej rozegrał ponad trzysta spotkań w "tym prawdziwym" Wimbledonie.

W niesławnej decyzji po przeprowadzce do Milton Keynes Football Association orzekła, że pozostanie klubu w Wimbledonie nie leży w "szerszym interesie piłki". O tym, że w "szerszym interesie piłki" leżał ówczesny opór kibiców dziś nikogo przekonywać nie trzeba. Zarządzana przez nich drużyna wciąż się rozwija; trwają starania o budowę nowego, dwudziestotysięcznego stadionu w okolicy dawnego Plough Lane. A klubów zarządzanych przez kibiców jest coraz więcej, nie tylko zresztą w Anglii - w Polsce w rozgrywkach B-klasy ma wkrótce zadebiutować warszawski AKS Zły. Są w świecie futbolu tacy, którzy wciąż bronią się przed sprzedaniem duszy ludziom od pieniędzy.



Cristiano Ronaldo cierpiał w wielkim finale, ale na koniec szał radośći!