Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Premier League. Fruń jak Riyad Mahrez

Premier League trwoni setki milionów funtów na transfery, ale gwiazdą początku sezonu jest piłkarz za kilkaset tysięcy funtów. Algierczyk z Leicester, który tak bał się wyspiarskiej piłki, że ze Szkocji kiedyś uciekł, a do Anglii go zaciągnięto niemal na siłę. I dopiero na Wyspach zagrał pierwszy w karierze mecz w pierwszej lidze.
To piłkarz, który strzelał gole w każdej kolejce nowego sezonu i ma ich już cztery, czyli tyle, ile zebrał przez cały poprzedni sezon. Jest liderem strzelców, ale daje lidze i Leicester dużo więcej niż bramki. Riyad Mahrez to ten typ piłkarza, dla którego kupuje się bilety na mecze: skrzydłowy z fantazją. Szybki, świetny technicznie, wikłający się czasami w dryblingi, które właściwie nie powinny się udać, a jemu się udają. Jeśli nie dostanie się w pole karne, to przynajmniej wywalczy rzut wolny. Nie gra egoistycznie, dotychczas zbierał niewiele mniej asyst niż goli. Jest wśród najczęściej dryblujących i stwarzających okazje piłkarzy Premier League i gdyby robić kompilację rajdów i zwodów z początku sezonu, to Mahrez pojawiałby się tam co chwila. A do tego gra w drużynie na fali, zawstydzającej bogatszych rywali.

Nogi średniodystansowca

Leicester mimo turbulencji z zamianą trenera Nigela Pearsona (był pod koniec pracy w Leicester beczką prochu, po skandalu obyczajowym z udziałem jego syna drogi z klubem się ostatecznie rozeszły) na Claudio Ranieriego nadal jest w formie z końca poprzedniego sezonu, gdy w niesamowity sposób ratował się przed spadkiem. Kibice przyjęli Ranierego niechętnie, odszedł z klubu Esteban Cambiasso, ale seria trwa nadal (szkoda że z marginalną rolą Marcina Wasilewskiego). Z 12 ostatnich meczów ligowych Leicester wygrał dziewięć, jest wiceliderem, licząc od 1 kwietnia żaden zespół Premier League nie zdobył więcej punktów niż oni. A Mahrez, jak mówi Ranieri, gra z Bournemouth również o to, by zostać wybranym najlepszym piłkarzem sierpnia w Anglii.

Algierczyk urodzony w miasteczku pod Paryżem był najważniejszym bohaterem zwycięstwa nad Sunderlandem w pierwszej kolejce (dwa gole), zapewnił wygraną z West Hamem. Jest teraz w tak dobrej formie, że jeśli obrońcom udaje się go zatrzymać, to najczęściej faulem. Mahrez jest bardzo szczupły, ma nogi średniodystansowca, a nie piłkarza. Ranieri oszczędza go, kiedy może. Ale skoro kruchy Mahrez poradził sobie w dużo bardziej siłowej Championship, to w Premier League mogło mu być tylko łatwiej.

Ucieczka na rowerze

To jest, o czym niewielu pamięta, jego druga przygoda na Wyspach. Pierwsza była barwna, ale nieudana. Niepełnoletni jeszcze Mahrez, wypatrzony przez skauta w klubie AAS z rodzinnego Sarcelles (miasteczko pod Paryżem zamieszkane głównie przez tych, którzy po dekolonizacji przyjechali z Afryki Północnej), został zaproszony na testy do szkockiego St Mirren. Wytrzymał dwa i pół miesiąca sparingów z rezerwami, na wietrze i w śniegu. Potem uciekł do Francji. - Rowerem po rzeczy do ośrodka treningowego i dalej na pociąg, pociągiem na lotnisko - wspomina dziś ze śmiechem. Ale we Francji już nie wrócił do AAS, pojechał do Quimper, klubu amatorskiego, ale z dobrym szkoleniem. I tam zwrócił uwagę poszukiwaczy talentów z Le Havre.

Jak ze statystyk wyłonił się piłkarz

We Francji nie udało mu się przebić do pierwszej ligi. Półtora roku temu przeszedł z drugoligowego Le Havre do drugoligowego wtedy Leicester i nie było żadnego powodu, żeby go wyróżnić w tłumie transferowanych piłkarzy. Kosztował, według różnych źródeł, ledwie 350 lub 400 tysięcy funtów. Nie grał jeszcze w algierskiej kadrze (wychował się we Francji, ale ma obywatelstwa Algierii po matce i Maroka po ojcu), nie trzeba było o niego walczyć. Był piłkarzem kupionym na wszelki wypadek. Piłkarzem X, który wpasował się idealnie w potrzeby Leicester. - Mahrez jest przykładem procesu statystycznego, z którego się wyłonił piłkarz - mówi Rob Mackenzie, dziś pracujący w Tottenhamie, wcześniej szef skautingu w Leicester. Klub, który był wówczas na miejscu dającym awans do Premier League, potrzebował skrzydłowego, któremu wkrótce kończy się kontrakt, który z czasem powalczy o miejsce w pierwszym składzie, podniesie konkurencję, i będzie mieć między 20 a 22 lata. Wypadło akurat na Mahreza. Nie pierwszy raz został gdzieś sprowadzony na zapas. Tak samo było w Le Havre, gdzie spędził wiele czasu w drugiej drużynie. Przez całą karierę słyszał, że jest zbyt mikry, to był ten czas, gdy francuski system szkolenia wpadł na mieliznę, bo przy rekrutacji warunki fizyczne stawiał ponad wszystko. A na Mahreza, dziś 24-letniego, trzeba było poczekać. Pierwszym, który naprawdę chciał czekać, był Erick Mombaerts, jego trener w Le Havre, świetny specjalista od szkolenia młodzieży.

"Robię to, co zawsze. Potrzebowałem tylko pewności siebie"

Za to, gdy się już Mahrez rozpędził, to jak sam mówi, czasami w meczach na własnym stadionie wydaje mu się, że fruwa. W kadrze wystarczył mu jeden mecz towarzyski niedługo przed mundialem, by znaleźć się w kadrze na turniej w Brazylii i zagrać w nim. Potem przyszedł niesamowity sezon z Leicester, kryzys i odrodzenie. A teraz bajka trwa. - Robię to, co robiłem zawsze - mówi Mahrez. - Potrzebowałem tylko pewności siebie. A mam teraz trenera, który mnie zachęca do dryblowania - tłumaczy. Nie spodziewał się, że w Anglii będzie mógł grać w ten sposób, zwłaszcza w takim klubie jak Leicester. Gdy dostał propozycję półtora roku temu, odmówił. - Zawsze mi mówili, że to nie jest liga dla mnie, że jeśli już gdzieś iść, to do Hiszpanii. Marzyłem o naszej Ligue 1 - opowiadał w "L'Equipe". Ale Leicester pokazał, że mu na tym transferze zależy, i Mahrez dał się przekonać. - Okazało się, że to najlepsze, co mnie mogło w życiu spotkać - mówi. Dziś ma oferty i z Hiszpanii, i z Ligue 1. Ale z Anglii na razie nie ma zamiaru się ruszać.



Real, Bayern, Juve i inni pokazali trzeci komplet strojów [ZOBACZ]