Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Premier League. Okoński: Przepłacona legenda czyli sprawa kontraktu Wayne'a Rooneya

Największy paradoks tej historii może polegać na tym, że piłkarz z najwyższą pensją w historii futbolu może pozostać piłkarzem niespełnionym - o nowym kontrakcie Wayne'a Rooneya pisze Michał Okoński, dziennikarz "Tygodnika Powszechnego" i autor bloga "Futbol jest okrutny".


Liczby robią wrażenie: 300 tysięcy funtów tygodniowo, 85 milionów w ciągu pięciu i pół roku, to ok. 1785 funtów na godzinę. Więcej niż Cristiano Ronaldo i Leo Messi (choć obaj zapewne przewyższają Anglika dzięki niezależnym od pensji kontraktom reklamowym), o prezydencie Baracku Obamie nie wspominając, bo przywódca światowego supermocarstwa musi pracować przez rok na sumę, którą napastnik MU zarabia w sześć dni. Dużo? Warto zauważyć, że futbolista amerykański Aaron Rodgers czy bokser Floyd Mayweather mają jeszcze wyższe kontrakty; BBC zestawia również zarobki Rooneya z tymi, które uzyskują Madonna, Justin Bieber czy Leonardo di Caprio, pokazując mimochodem, że przy gwiazdach estrady i filmu dochody futbolistów nadal pozostają drugoplanowe. Naszych dochodów lepiej z nimi nie porównywać (choć dzięki pomysłowym internautom zyskujemy taką możliwość), lepiej też nie wpadać przy tej okazji w ubolewania nad światem, który zwariował, skoro jest w stanie płacić komukolwiek tyle pieniędzy w związku z jego uganianiem się za futbolówką. W końcu Manchester United jest spółką, której część akcji jest obracanych na nowojorskiej giełdzie: ktoś z jej władz rzecz całą skalkulował, ktoś zważył za i przeciw (płacić takie pieniądze zawodnikowi, który w chwili, gdy umowa dobiegnie końca, będzie miał 33 lata?!), i doszedł do wniosku, że w tym momencie lepiej zaoferować mu najwyższy kontrakt w historii futbolu niż dopuścić do jego odejścia, a tym samym do kolejnej w sezonie 2013/14 spektakularnej klęski klubu.

Kontrakt na kryzys

Skala kontraktu Rooneya jest bowiem wprost proporcjonalna do skali kryzysu w Manchesterze United. Po odejściu sir Aleksa Fergusona jego następca, David Moyes, wraz z nowym dyrektorem wykonawczym Edem Woodwardem, nie zdołali znacząco wzmocnić drużyny w letnim okienku transferowym - podczas gdy najpoważniejsi rywale nie zasypiali gruszek w popiele. Później zespół grał w kratkę, najlepsi piłkarze (oprócz Rooneya także Robin van Persie) wypadali z kontuzjami, z każdą kolejną porażką (Stoke, Swansea, Sunderland, Tottenham, Newcastle, Everton...) wzrastała nerwowość, aż w oczy piłkarzy, trenera i działaczy MU zaczęło zaglądać widmo sezonu 2014/15 bez prawa gry w Lidze Mistrzów - co wydarzyłoby się po raz pierwszy od 1996 roku.

W tym trudnym czasie Wayne Rooney był jednym z nielicznych piłkarzy aktualnego wciąż mistrza Anglii, za którego postawę nie można było mieć pretensji. Ba: forma, w jakiej się znajdował jesienią 2013, wydawała się być osobistą zasługą pracującego z Anglikiem jeszcze w czasach Evertonu Davida Moyesa; akurat ostatnie miesiące pracy Fergusona z drużyną stały pod znakiem kryzysu w relacjach menedżer-piłkarz. Legendarny Szkot sadzał na ławce albo odsyłał na trybuny ociężałego skądinąd i łapiącego uraz za urazem Rooneya, aż w końcu powiedział dziennikarzom, że jego podopieczny poprosił o wystawienie na listę transferową - co ten z kolei z oburzeniem dementował. Napięcie między piłkarzem i klubem spróbowali natychmiast wykorzystać rywale, zwłaszcza Jose Mourinho, który otwarcie zachęcał Rooneya do przeprowadzki do Chelsea.

To dlatego przedłużenie kontraktu z Anglikiem stało się dziś dla Manchesteru United tak ważne. Odejście w tym momencie napastnika czwartego na liście najlepszych strzelców w historii klubu, w ostatniej dekadzie niewątpliwego - na dobre i złe - symbolu drużyny, w dodatku będącego w dobrej formie (wczoraj, w wygranym meczu z Crystal Palace, znów był najlepszy na boisku i znów strzelił bramkę) byłoby dowodem prestiżowej porażki: sygnałem, że również oglądany z wewnątrz klub zaczyna przypominać tonący okręt. Nie pierwszym zresztą sygnałem, bo przecież wiadomo już, że po sezonie Manchester opuści, przechodzący najprawdopodobniej do Interu, kapitan drużyny Nemanja Vidić. Z drugiej strony: przedłużenie kontraktu jest sygnałem dla całego świata, że kryzys MU to przejściowa sprawa; że jedna z ikon klubu ma zaufanie do Davida Moyesa i klubowych władz, że wreszcie (tak to jest interpretowane) po pojawieniu się na Old Trafford Juana Maty, latem rozpocznie się prawdziwa ofensywa transferowa, o której szczegółach Rooneya już poinformowano.

Obóz angielskiego napastnika, kierowany przez kontrowersyjnego agenta Paula Stretforda, był niewątpliwie świadomy sytuacji. I wykorzystał ją z całą bezwzględnością. Oto dlaczego piłkarz, który w rankingach najlepszych w Europie nie zmieściłby się zapewne w pierwszej dziesiątce, zarabia lepiej od wszystkich pozostałych. Oto dlaczego zostaje kapitanem drużyny, a po zakończeniu kontraktu ma pozostać w klubie jako jego ambasador.

Większy niż klub?

Pytanie tylko, co opłacalne w tym momencie dla klubowego zarządu porozumienie może zmienić w dłuższej perspektywie. Trudno nie zauważyć, że Manchester United - i David Moyes osobiście - potrzebowali Wayne'a Rooneya bardziej niż Rooney Manchesteru United i Moyesa. Dużo bym dał, żeby się dowiedzieć, co myśli o tym wszystkim sir Alex Ferguson.

Opisując w swojej autobiografii słynne starcie z Davidem Beckhamem, poprzedni menedżer MU wyraził się brutalnie prosto: w chwili, gdy jakikolwiek piłkarz w tym klubie zaczyna się uważać za większego niż menedżer, musi odejść. W chwili, gdy menedżer traci władzę nad piłkarzami, klub przestaje istnieć. Nieważne, czy menedżer nazywa się Alex Ferguson czy Jan Kowalski - chodzi o zasadę. Liczy się władza i to, że żaden z zawodników nie wyrasta znaczeniem ponad szatnię - Beckham, Keane czy van Nistelrooy, nie z takimi się w tym klubie umiano pożegnać.

Choć czytając wspomnienia legendarnego szkoleniowca, warto pamiętać, że dzisiejsze zwycięstwo Rooneya nad klubem nie było zwycięstwem pierwszym: w 2010 r., jeszcze podczas rządów Fergusona, napastnik z Old Trafford dość otwarcie krytykował "brak ambicji" w polityce transferowej MU i flirtował z "hałaśliwymi sąsiadami" z Manchesteru City. Wówczas menedżer się ugiął: mimo ewidentnej nielojalności ze strony piłkarza, klub zaoferował Rooneyowi nowy, wyższy niż poprzednio kontrakt. Są zresztą tacy, którzy uważają, iż ubiegłoroczne napięcia Ferguson-Moyes miały swoje korzenie w tamtej sytuacji.

Robotnik znów ryje

Wayne Rooney w dotychczasowych 431 występach dla United strzelił 209 bramek, rekord Bobby'ego Charltona (247 goli w 754 meczach) jest więc z pewnością zagrożony. Piarowcy MU przekonują nas, że to również odegrało jakąś rolę w podjęciu przez piłkarza decyzji o przedłużeniu kontraktu: chciał zostać legendą klubu. Po pierwszych pogłoskach o nowym kontrakcie Rafał Stec pisał na blogu, że jego wizerunek wyjątkowo do tego klubu pasuje. "Ile by ten gracz nie nacudował w sensie sportowym - niech z przewrotki w derbach machnie nawet całego hattricka - pozostaje nade wszystko uniwersalnym, zasuwającym do upadłego, ryjącym po całej murawie robotnikiem".

Z pewnością takiego właśnie Rooneya przez lata podziwialiśmy, ostatnimi czasy jednak ten obraz nieco się skomplikował. W sezonie 2012/13, kiedy grał w kratkę, a media fotografowały go z papierosem i pytały o jego skłonność do tycia, David Moyes również przyglądał mu się zaniepokojony: już po przedłużeniu kontraktu trener MU opowiadał dziennikarzom o prywatnych spotkaniach z piłkarzem, podczas których miał Rooneyowi klarować, że zrobił się zbyt delikatny i że właśnie nie walczy o piłkę tak, jak w starych dobrych czasach.

To, że Anglik wrócił do formy i na boisku daje z siebie wszystko, jest niewątpliwie największym dotąd sukcesem Davida Moyesa na Old Trafford. Ale czy ta forma zasługuje na 300 tysięcy funtów tygodniowo przez następne pięć i pół roku, to zupełnie inna para kaloszy.

Krezus bez Złotej Piłki

Sam Rooney mówił kiedyś, że nie wyobraża sobie kontynuowania kariery tak długo, jak Ryan Giggs czy Paul Scholes - jest zresztą kompletnie innym typem fizycznym, który z każdych wakacji wraca z lekką nadwagą. Nie twierdzę, że najlepsze lata ma już za sobą, ale że o każdy kolejny sezon na najwyższym poziomie będzie mu coraz trudniej. Czy możemy go sobie wyobrazić, jak za dwa lata podejmuje walkę o Złotą Piłkę z Ronaldo, Messim, Neymarem, Bale'em, Ibrahimoviciem, Suarezem, Riberym i innymi, którzy będą czarować nas w najbliższych miesiącach albo że jego gole dadzą Anglii mistrzostwo Europy? W to, że z reprezentacją kraju może cokolwiek osiągnąć na tegorocznym Mundialu, nie wierzy nikt. W przyszłym sezonie Ligi Mistrzów zapewne go zabraknie. Ani się obejrzymy, aż Rooney skończy 30 lat - poważny wiek dla napastnika z taką historią kontuzji. Dodajmy: wiek, od którego MU oferował zwykle dwunastomiesięczne przedłużenia dotychczasowych kontraktów.

David Moyes wierzy, że jego przydatność dla drużyny jako piłkarza, jako lidera i jako osobowości będzie rosła. Rekord Charltona Wayne Rooney zapewne pobije. Legendą MU zostanie już na zawsze. Ale czy ktoś kiedykolwiek uzna, że jego gra naprawdę była warta pensji wyższej niż Ronaldo czy Messi, ośmielam się wątpić.

Relacje z najważniejszych zawodów w aplikacji Sport.pl Live na iOS, na Androida i Windows Phone

Czy Rooney zasługuje na swój nowy kontrakt?
Więcej o: