Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Agenci: piąta władza futbolu

Jeden z największych talentów piłkarskich w Anglii został zesłany do drugiej ligi. Czy dlatego, że odrzucił propozycję nie do odrzucenia i nie zdecydował się na zmianę agenta? O ukrytych wpływach ludzi, którzy reprezentują interesy piłkarzy, pisze Michał Okoński, dziennikarz "Tygodnika Powszechnego" i autor bloga "Futbol jest okrutny".
Niedawny felieton z "Guardiana" odpalił najgłośniejszą w ostatnim czasie bombę w świecie angielskiej piłki. Jego autor, Daniel Taylor, skupił się na losach Ravela Morissona, ofensywnego pomocnika West Hamu i angielskiej młodzieżówki, który o skali swojego talentu przypomniał, strzelając cudowną bramkę Tottenhamowi po rajdzie rozpoczętym jeszcze na własnej połowie boiska.

Zły wpływ

Sprawiający wiele kłopotów wychowawczych swoim pierwszym trenerom z Manchesteru United Ravel Morrison (po jednej z awantur ze swoją dziewczyną musiał stanąć przed sądem, FA postawiła mu także zarzuty za homofobiczne wypowiedzi na Twitterze) od kilku lat uważany był za jedną z największych nadziei futbolu na Wyspach. Taylor przypomina komplementy, którymi obdarzali go Roy Hodgson i Alex Ferguson: ten drugi mówił o Morrisonie jako o najbardziej utalentowanym dzieciaku, jakiego widział od czasu Paula Scholesa, który jednakowoż, żeby móc w pełni rozbłysnąć, potrzebuje zmiany mającego zły wpływ otoczenia.

To dlatego sir Alex zdecydował się oddać go West Hamowi, prowadzonemu już przez Sama Allardyce'a: chodziło o to, żeby pod słynącym z ciężkiej ręki menedżerem londyńczyków młody piłkarz mógł się ustatkować. I do niedawna wszystko wskazywało na to, że rzeczywiście się ustatkował, stając się kluczowym zawodnikiem w walce tej drużyny o utrzymanie w Premier League. W 12 spotkaniach strzelił trzy bramki, zachwycając zarówno przyjęciem piłki, jak przyspieszeniem. Po meczu z Tottenhamem mówiono otwarcie, że jeżeli nadal będzie mu tak dobrze szło, to kto wie: może nawet załapie się na jedno z ostatnich miejsc w angielskim samolocie do Brazylii.

Nic z tego. Morrison nieoczekiwanie wypadł ze składu West Hamu, a niedawno został wypożyczony do grającego w Championship Queens Park Rangers. Tyle, że to nie jest tak, iż dwudziestojednoletni zaledwie piłkarz znów zaczął się źle prowadzić: przeciwnie, na treningach zasuwał jak mało kto, w nocnych klubach go nie widywano, a komplementy z ust menedżera płynęły szeroką strugą.

Dziennikarz "Guardiana" twierdzi, że będący na fali wznoszącej Ravel Morrison podpadł Samowi Allardyce'owi, odrzucając propozycję skorzystania z usług agenta Marka Curtisa, prowadzącego interesy zarówno szkoleniowca West Hamu, jak większości jego piłkarzy, w tym - mającego wywierać presję równie silną co menedżer - kapitana drużyny Kevina Nolana. Oskarżenie to - choć oficjalnie odpierane przez władze klubu - rzuciło ponure światło na świat angielskiej piłki, zwłaszcza że po przyjściu Allardyce'a do West Hamu kilku zawodników tego klubu "przeprowadziło się" do Curtisa, a zarówno agent, jak i menedżer spotykali się już z zarzutami o niejasne interesy. Pierwszy musiał się tłumaczyć z części transferów drużyny Luton w 2008 r. Drugi był jednym z bohaterów głośnego śledztwa nadawanej przez BBC "Panoramy", w której filmowani ukrytą kamerą agenci mówili o łapówkach przyjmowanych przez prowadzącego wówczas Bolton szkoleniowca w zamian za sfinalizowanie zakupu "ich" piłkarzy.

Futbol obnażony

"Secret Footballer", anonimowy piłkarz angielskiej ekstraklasy opisujący kulisy tego świata w książce "Futbol obnażony" (jej polska premiera odbędzie się w połowie marca), jeden z rozdziałów rozpoczyna anegdotą o kolacji z prezesem pewnego klubu, który opowiedział mu o cenionym skądinąd trenerze ryzykującym całą karierę dla wręczonych przez agenta pięciuset funtów w gotówce - nie dlatego, że potrzebował tych pieniędzy, ale dlatego, że nadarzyła się taka okazja.

Jak funkcjonują agenci? Ci, którzy nie reprezentują supergwiazd, potrafią - czytamy w "Futbolu obnażonym" - wałęsać się w pobliżu szatni, by za parę nowych butów i w nadziei na przyszłe zyski uzyskać podpis dobrze zapowiadającego się juniora. Są tacy, którzy prowadzą sprawy zawodników: dbają o ich kontrakty, premie i prawa do wizerunku, upominają się u prezesów i szkoleniowców, by wystarczająco często grali itp., są i tacy, którzy specjalizują się w pośredniczeniu między klubami w dokonywaniu trudnych transferów. Źródłem ich zarobków są wpisane w umowy z piłkarzem czy klubem prowizje: mogą wynosić pięć, ale mogą i kilkanaście procent od umowy. Oczywiście bycie agentem piłkarskim jest powiązane z ryzykiem: przedstawiciele tego fachu sami nieraz inwestują w podopiecznych, bez gwarancji zwrotu inwestycji, bo przecież nie każdy obiecujący młodzieniec wywalczy w życiu wielomilionowe kontrakty, nie każdy spełni oczekiwania nowego trenera, dopasuje się do taktyki, utrzyma formę albo uniknie kontuzji.

Nieraz agenci muszą być niańkami gotowymi także do spełniania pozasportowych zachcianek (czytałem opowieść o żądaniu załatwienia biletów na dawno wyprzedany koncert Madonny, koniecznie w pierwszym rzędzie...), nieraz rzecznikami prasowymi (to oni kolportują większość plotek transferowych, żeby zwiększyć zainteresowanie swoimi podopiecznymi), czasem doradcami finansowymi inwestującymi pieniądze piłkarzy, zawsze - świetnymi negocjatorami.

W większości krajów praca agentów jest regulowana przepisami federacji piłkarskich, wydających i odbierających im licencje (co można obejść, przedstawiając licencję zdobytą gdzieś za granicą) i pozwalających na zawieranie między piłkarzami i agentami maksymalnie dwuletnich umów. Tyle że przepisy bywają obchodzone, a w trosce o interesy (czytaj: także pieniądze) zawodników (czytaj: także swoje) niejeden agent sięga po arsenał korupcyjny.

W rękawiczkach i bez

Czasem mówimy o drobnych geszefciarzach, którzy połaszą się na wspomniane pięćset funtów albo którzy bez wahania odpalą je jako dolę jakiemuś menedżerowi, byle tylko podczas poszukiwań do drużyny wysokiego środkowego napastnika zechciał sięgnąć akurat po napastnika z ich stajni.

Czasem jednakże są to najbogatsi ludzie w świecie piłki, tacy jak superagent Jorge Mendes, reprezentujący Jose Mourinho, Radamela Falcao czy Cristiano Ronaldo. Finalizując swego czasu przejście za 9 milionów euro Portugalczyka Bebe do Manchesteru United, Mendes wziął z tej kwoty 3,6 miliona, niezależnie od tego, że jego podopieczny szybko stał się pośmiewiskiem Old Trafford. Pytanie, ile wyniosła prowizja przy transferze Ronaldo do Realu Madryt, skoro piłkarz kosztował 80 milionów funtów, a kiedy przychodził do MU za 12 milionów, Mendes wziął z tej kwoty niemal 10 procent? Ile zarobił Pini Zahavi na transferach Rio Ferdinanda, Jaapa Stama czy Juana Sebastiana Verona do i z Manchesteru United, o wszystkich sumach związanych z usługami dla Romana Abramowicza i Chelsea nie wspominając? I ile zarobił Paul Stretford przy transferze i kolejnych przedłużeniach kontraktu Wayne'a Rooneya - bo z akt procesu sądowego sprzed czterech lat wiemy, że zastrzegł sobie prawo do 20 proc. wszystkich pozaboiskowych (czyli np. pochodzących z reklam) dochodów reprezentanta Anglii?

Podobnie jak w przypadku Allardyce'a i Curtisa, z każdym z tych wielkich nazwisk wiąże się aura niejasności albo wręcz spraw zakończonych wyrokami. W 2008 r. Football Association ukarała Stretforda grzywną 300 tys. funtów i wielomiesięcznym zakazem reprezentowania swego klienta, m.in. za bezprawne uzyskanie kontraktu z piłkarzem, gdy ten był już związany umową z kimś innym, składanie nieprawdziwych oświadczeń przed organami ścigania i fałszowanie dowodów. Kiedy w październiku 2010 r. mówiło się o przejściu Rooneya do Manchesteru City (ostatecznie piłkarz przedłużył kontrakt z MU), sir Alex Ferguson o całe zamieszanie obwiniał właśnie agenta. Jeśli idzie o Zahaviego: w 2007 r. kierowana przez Lorda Stevensa komisja zajmująca się nieprawidłowościami przy angielskich transferach zakwestionowała pięć jego transakcji, m.in. dotyczących sprowadzenia do Chelsea Petra Cecha i Didiera Drogby; gigantyczne wątpliwości wzbudziło też ściągnięcie Javiera Mascherano i Carlosa Teveza do West Hamu i fakt, że część praw do tych piłkarzy zachowywał przyjaciel Zahaviego, Kia Joorabchian. Sąd prześwietlał również część transakcji Jorge Mendesa.

Grube miliony

Sumy, które trafiają w ręce agentów, są oczywiście proporcjonalne do tych, które w ogóle krążą w świecie futbolu. W 2013 r. kluby Premier League wypłaciły im przy okazji transferów aż 96 milionów - sama Chelsea przelała na ich konta 13,7 miliona. A przecież mówimy tu tylko o wydatkach poszczególnych drużyn, a nie o "działkach" odpalanych agentom przez piłkarzy...

"Forbes" swego czasu powoływał się na analizy szwajcarskiego CIES Football Observatory, z których wynikało, że licencjonowani przez FIFA futbolowi agenci z Anglii, Hiszpanii, Niemiec, Włoch i Francji - pięciu największych lig Europy - zarabiają rocznie 400 mln euro. Jest ich nieco ponad 2,4 tys., ale aż połowa piłkarzy z tych krajów znajduje się pod opieką jedynie 83 agentów i agencji - ich roczne dochody są więc znacznie wyższe od 100 tys. euro, przypadających średnio na jednego pośrednika.

Oto dlaczego możemy traktować ten fach jako piątą władzę w światowej piłce nożnej. Władza ustawodawcza jest przecież oczywista: to światowa, kontynentalne i krajowe federacje piłkarskie. Władza wykonawcza to prezesi, menedżerowie i trenerzy klubów. Władza sądownicza to sędziowie. Władza czwarta, najsłabsza, to media, próbujące czasem skontrolować to, co dzieje się za kulisami futbolowego świata. Oczywiście wiedza pozapiłkarska mówi nam, że nie wszystko, co robi władza, jest z definicji złe i nie wszyscy jej przedstawiciele są skorumpowani. Warto jednak zdawać sobie sprawę z jej znaczenia: jest władzą, ma wpływ na losy najważniejszych dla nas osób, a więc także na nasze.

Lekcja, którą otrzymał w ostatnich tygodniach Ravel Morrison, brzmi mniej więcej tak: to, że dobrze grasz i dobrze się prowadzisz, nie wystarczy. Musisz mieć jeszcze dobrego agenta. Podobno byli tacy, których pula usług oferowała także miejsce w samolocie na mundial.