Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Polacy przeciw Juve. Ale to były historie!

W latach 80. to były zjawiska sportowo-polityczno-obyczajowe. W tamtych czasach turyńczycy - bliżsi europejskiej czołówki niż dziś - czterokrotnie mierzyli się z polskimi klubami. Dwa razy stanął im na drodze łódzki Widzew, raz Lechia Gdańsk i Górnik Zabrze. Rywale wygrali sześć meczów, jeden zremisowali i jeden przegrali. Raz nie przeszli polskiej przeszkody. To jednak wymiar zaledwie statystyczny, każdy z tamtych meczów miał swoją historię nie do zapomnienia. Relacja z meczu Juventus - Lech w Lidze Europejskiej od 19. Z czuba i na żywo.
Najpierw, jesienią 1980 r., Juventus wylosował w drugiej rundzie Pucharu UEFA Widzew. Łodzianie mieli w kraju markę drużyny z charakterem, ale dla Europy wciąż jeszcze byli idealnym kandydatem do zlekceważenia - i nie zmieniało tego to, że trzy tygodnie wcześniej wyrzucili na aut Manchester United. Włosi również zostali skarceni - w Łodzi przegrali 1:3, w rewanżu odrobili straty, ale w karnych nie mieli żadnych szans. To właśnie wtedy w turyńskich gabinetach zapadła decyzja o sprowadzeniu za wszelką cenę Zbigniewa Bońka, który wręcz oczarował Włochów.

Juventus musiał poczekać jeszcze dwa lata, bo socjalistyczna ojczyzna żądała, by Boniek najpierw jej zapłacił za piłkarskie wykształcenie. Najlepiej sukcesem reprezentacji - i taki przyszedł na mundialu w 1982 r., kiedy Polska była trzecia (a Włochy pierwsze). Za gigantyczne wtedy 1,8 mln dol. Zbigniew Boniek stał się "Zibim".

I już po pół roku Widzew z Juventusem znów stanęły naprzeciw siebie - tym razem w półfinale Pucharu Europy. Po porażce 0:2 w Turynie wydawało się, że w rewanżu straty można odrobić. To była jedna z największych polskich bitew w pucharach. Widzew prowadził z drużyną sześciu mistrzów świata (plus Boniek i Michel Platini!) 2:1, skończyło się remisem 2:2, ale czy dziś ktokolwiek jest w stanie wyobrazić sobie klub z Polski w półfinale Ligi Mistrzów?

W drugiej połowie z trybun poleciała butelka i uderzyła w głowę arbitra liniowego. Fontannę krwi zahamowała dopiero gruba warstwa bandaży, a przerwa trwała niemal pół godziny. W tym czasie funkcjonariusze znienawidzonego po stanie wojennym ZOMO wywlekli z widowni pijanego do nieprzytomności mężczyznę, po czym ciągnęli go przez całe boisko. Sędziowie dostali owację za wznowienie gry, ale później, kiedy emocje opadły, cała Polska zacisnęła kciuki za nieszczęsnego pijaczynę, który - to było jasne od razu - został kozłem ofiarnym.

Proces zakończył się kompromitacją. Władza przedstawiła zeznania kilkudziesięciu świadków z detalami opisujących, jak podejrzany trzymał butelkę, w którym miejscu stał, jak rzucał itd. Zahukany biedaczyna z podłódzkiej wsi nie miał szans. I wtedy wstał obrońca, przedstawiając jeden jedyny argument - jego klient był mańkutem, podczas gdy świadkowie zgodnie twierdzili, że rzut wykonał ręką prawą. Sąd nie miał innego wyjścia, musiał uniewinnić oskarżonego, wystawiając na pośmiewisko państwowy aparat represji.

Politycznego kontekstu nie zabrakło też w potyczce Juventusu z drugoligową Lechią Gdańsk, która w 1983 r. zdobyła Puchar Polski i w nagrodę dostąpiła zaszczytu udziału w pucharach. Tam od razu trafiła na megarywala i wzięła srogą lekcję (0:7 i 2:3), ale wielką owację dostał obecny w rewanżu na stadionie przywódca nielegalnej wtedy "Solidarności" Lech Wałęsa. Reżimowa TV aż się skręcała, by nie tłumaczyć przyczyn aplauzu, jaki wzbudziło jego wejście na trybuny.

Juventus grał jeszcze z Górnikiem jesienią 1989 r., ale wtedy cieniem nad kolejnymi dwoma zwycięstwami Włochów położyła się tragedia jednego ze wspomnianych turyńskich mistrzów świata. Gaetano Scirea, drugi trener rywali, podglądał zabrzan przed starciem ze swoim zespołem na tym samym stadionie, na którym sześć lat wcześniej walczył z Widzewem. To był jego ostatni mecz w życiu. Zginął w wypadku na drodze z Łodzi do Warszawy.

Trudne zadanie Lecha Poznań ? w Turynie