Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Porażka Legii, remis Lecha. Smutne przywitanie Ligi Europy

Legia po słabym meczu przegrała 0:1 na wyjeździe z FC Midtjylland, Lech przy niemal pustych trybunach tylko zremisował u siebie 0:0 z Belenenses.
Cieszyliśmy się z awansu dwóch polskich klubów do fazy grupowej. Ten wyczyn udał się przedstawicielom ekstraklasy dopiero po raz drugi, odkąd w 2009 r. Puchar UEFA przemieniono na Ligę Europy. Ale pierwsza kolejka fazy grupowej przyniosła tylko fragmenty dobrej gry mistrza i wicemistrza kraju. I przede wszystkim przygnębiającą atmosferę na stadionie w Poznaniu, gdzie mecz LE potraktowano jako obowiązek do wypełnienia.

Na 40-tysięcznym obiekcie mistrza Polski zebrało się tylko 7934 kibiców. Najmniej w pięcioletniej historii stadionu. Fani dali się zniechęcili się fatalną postawą drużyny w lidze. Swoje dołożyła decyzja zarządu klubu, który wezwał trenera Macieja Skorżę, aby tej jesieni oszczędzał najlepszych piłkarzy w sześciu meczach LE. A przynajmniej tak długo, jak drużyna kompromituje klub w lidze. I Skorża z bólem wypełnił instrukcje.

Na ławkę odesłał zawodników, którzy mogą mieć kłopot z regeneracją przed niedzielnym meczem ligowym z Jagiellonią w Białymstoku. W podstawowym składzie zabrakło Karola Linettego, Kaspra Hamalainena, Szymona Pawłowskiego, Tomasza Kędziory i Barry'ego Douglasa. Pozbawiony najlepszych Lech radził sobie przyzwoicie, miał też trochę szczęścia, bo piłkarze szóstej drużyny ligi portugalskiej ubiegłego sezonu trafili w poprzeczkę i słupek. Im więcej przebywało na boisku podstawowych piłkarzy Lecha, tym zespół Skorży się rozkręcał, a Portugalczycy cofali się coraz bliżej swojej bramki. Linetty pojawił się w 46. minucie, Hamalainen w 60., Pawłowski w 67. I w końcówce Lech pokazał ładne oblicze mistrza. Najlepszą okazję miał Denis Thomalla - z bliska, i Pawłowski - z dystansu. Skończyło się jednak 0:0 i potężnym rozczarowaniem.

Na dodatek dziś UEFA najpewniej ogłosi odroczone wymierzenie kary za rasistowski transparent w trakcie lipcowego meczu eliminacji Ligi Mistrzów w Sarajewie. I jednocześnie za kolejny występek w trakcie wyjazdowego meczu w Bazylei. Lechowi grozi kara dwóch meczów bez publiki -z Fiorentiną (5 listopada) i FC Basel (10 grudnia). Może się więc zdarzyć, że gdy Lech znów na dobre się rozpędzi, fani obejrzą mecze tylko w telewizji. Postępy w grze Lecha sprawdzimy 1 października, gdy zagra na wyjeździe z FC Basel.

Gdy Lech przynajmniej na chwilę się rozpędził, Legia zupełnie zawiodła. Naprzeciwko sobie miała unikalnego rywala. Drużyna z miasteczka Herning zdobyła wiosną swoje pierwsze mistrzostwo Danii dzięki matematycznym algorytmom. Angielski właściciel Matthew Benham przeszczepił do futbolu metody, które stosował w bukmacherce, gdzie dorobił się milionów. Piłkarzy selekcjonuje głównie na podstawie statystyk, w oparciu o rachunki prawdopodobieństwa stworzył też specyficzny styl gry drużyny. W poprzednim sezonie Midtjylland zdobył blisko połowę goli po stałych fragmentach gry.

Taką strategię mistrz Danii przyjął też w meczu z Legią. Na trybunach kameralnego stadionu niosła się wrzawa, gdy Duńczycy z autu, rzutu rożnego lub wolnego posyłali pociski w kierunku bramki Dusana Kuciaka. Midtjylland najczęściej grał z pominięciem środka pola, a środkowi obrońcy szybko przerzucali piłkę pod bramkę Legii. Duńczycy wbili warszawianom gola oczywiście po rzucie wolnym. W 60. minucie piłkę dośrodkowaną w pole karne próbował wybić Michał Kucharczyk, ale jedynie utrudnił interwencję Kuciakowi. I wbił gola samobójczego. W 90. minucie Jakob Poulsen świetnie uderzył z rzutu wolnego i trafił w słupek. Dobre wykonanie tego stałego fragmentu gry też nie może dziwić. Nowatorski klub zatrudnia specjalnego trenera, który uczy piłkarzy precyzyjniej uderzać z wolnych. Jest nim Polak Bartosz Sylwestrzak.

Wicemistrz Polski długo radził sobie jednak z dość prymitywnym futbolem Duńczyków, który przemienił mecz w widowisko godne trzeciej ligi angielskiej. Legia remisowała 0:0, była głęboko wycofana, czekała, co zrobi rywal, oddała mu pole i wyczekiwała na kontry. W przeszłości taka taktyka wielokrotnie opłacała się Legii, która do wczoraj za kadencji Henninga Berga wygrała 16 z 20 meczów europejskich pucharów. Tym razem jednak sama Legia stworzyła sobie niewiele okazji. Najlepszą miał w 78. minucie Guilherme, który przedarł się w pole karne, ale jego strzał został obroniony. W pierwszej połowie sytuację sam na sam po kontrze powinien wykorzystać napastnik Aleksandar Prijović, ale zawahał się i nawet nie oddał strzału.

Najbardziej zawiodła wczoraj linia pomocy, która w zeszłorocznych spotkaniach była opoką drużyny. Gdy jednak rok temu Legia wygrała aż pięć z sześciu meczów w fazie grupowej LE, zajmując pierwsze miejsce, jej środek pola składał się z Ivicy Vrdoljaka i Tomasza Jodłowca. Na skrzydle precyzyjnie nakreślone przez Berga zadania realizowali Kucharczyk i Michał Żyro. W ataku między obrońcami biegał Miroslav Radović, który kreował akcję z Ondrejem Dudą.

W Danii grał kompletnie inny zespół. Kontuzjowanych Vrdoljaka i Jodłowca nieudanie zastępowali Dominik Furman (w 87. minucie wyleciał z boiska po drugiej żółtej kartce) i Stojan Vranjes. Skrzydłowi? Żyro jest kontuzjowany, Kucharczyk - w słabszej formie. Radovicia od zimy nie ma w klubie, a Duda wpadł w dołek formy po odrzuceniu przez Legię oferty z Interu i nawet nie został zabrany do Danii. Żadnego impulsu nie dali warszawskiej drużynie zmiennicy: Ivan Trickowski i Rafał Makowski. Trudna może być ta jesień Legii w Europie.