Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Bilbao. Miasto, gdzie stadion nazywa się Katedrą

Na całą drużynę wydali w Athletiku tyle, ile w Manchesterze United nie wystarcza na pojedynczego piłkarza. A jednak tydzień temu odnieśli sensacyjne zwycięstwo 3:2. I przed rewanżem o ćwierćfinał Ligi Europejskiej są faworytami. Korespondencję Rafała Steca z Bilbao przeczytasz w czwartkowej ?Gazecie Wyborczej?.
Anglicy lubią powzdychać, że komercjalizacja i globalizacja futbolu, której byli awangardą, oddaliła fanów od ukochanych barw. Zmieniła piłkarzy w wyniosłych, otoczonych przez ochroniarzy milionerów, przeobraziła ich rezydencje i posiadłości klubu w luksusowe, niedostępne dla zwykłych śmiertelników bunkry. A jak budować emocjonalną więź między kibicem a drużyną, skoro z jej gwiazdami bezpośredniego kontaktu nie ma właściwie wcale?

Tęskniący za przeszłością wyspiarze powinni zajrzeć do Lezamy, położonego 15 km od Bilbao miasteczka, w którym mieści się ośrodek treningowy Athletiku. Tutaj nie ma bram ani płotów, oglądać ćwiczących piłkarzy może każdy, kto zechce, oczywiście za darmo. Kiedy idole dzielą się na podgrupy i przechodzą z boiska na boisko, przeciskają się przez tłum fanów. Athletic to klub rodzinny w najpełniejszym tego słowa znaczeniu, o czym przeczytasz w jutrzejszej "Gazecie".

Nasz wysłannik przebywa w mieście, którego najważniejszą budowlą wcale nie jest sławne Muzeum Guggenheima, lecz San Mames, stadion zwany także Katedrą. Stadion należący do jednego z najbardziej niezwykłych futbolowych klubów w Europie. Do klubu, który w erze absolutnego zniesienia granic i wznoszenia w szatniach Wież Babel, o jakich autorom Biblii się nie śniło, nadal trzyma się świętej zasady zatrudniania wyłącznie piłkarzy ściśle związanych z regionem. Jego konsekwencja zasługuje na podziw - nawet Barcelona, również dumna z pielęgnowania związków klubu z regionem, nie odważyła się samoograniczyć do tego stopnia, by wypuszczać na boisko wyłącznie Katalończyków lub prawie Katalończyków.

W Bilbao samoograniczają się od zawsze, a jednak nigdy nie spadli z Primera Division i w ogóle napisali kilka rozdziałów historii hiszpańskiej piłki najsławniejszych. Zdobyli najwięcej trofeów po Realu Madryt i Barcelonie. To tutaj eksperymentował - z powodzeniem - trener będący prekursorem tiki-taki, stylu gry kojarzonego dziś głównie z Katalonią (o legendarnym Fredzie Pentlandzie przeczytacie). To tutaj nad bramkarzami znęcał się Rafael Moreno Aranzadi, zabójczy snajper znany także jako Pichichi, od którego przydomka pochodzi nazwa nagrody dla króla strzelców ligi hiszpańskiej. To stąd wywodziło się najwięcej reprezentantów Hiszpanii, a Lezama - tam ćwiczą młodzi i starzy piłkarze Athletiku - zajmuje na mapie iberyjskiej piłki miejsce niemal tak poczesne, jak barcelońska La Masia.

Reportaż z tego niezwykłego klubu znajdziesz w najbliższy poniedziałek w "Gazecie Sport.pl". Z jego autorem podyskutuj na jego blogu rafalstec.blox.pl