Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Kulawik o Rydze: Duży stadion z garstką kibiców

- 10 lat temu przewyższaliśmy Skonto pod każdym względem, ale wtedy liga łotewska dopiero się rozkręcała - opowiada Tomasz Kulawik, były piłkarz Białej Gwiazdy, obecnie trener Młodej Wisły.
Dekadę temu Wisła wygrała w Rydze 2:1, a w rewanżu w Krakowie 1:0. Kulawik grał w obu spotkaniach i zapewnia, że presja była równie duża co teraz.

Jarosław K. Kowal: Dekadę temu wyeliminowanie Skonto było przepustką do meczu z Barceloną.

Tomasz Kulawik, trener, były piłkarz Wisły: Motywowała nas sama chęć gry przeciwko Katalończykom. Pamiętam jednak, że nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać w Rydze. Liga estońska czy łotewska dopiero się wtedy tworzyły. Dostaliśmy jedynie kilka informacji od piłkarzy Lecha Poznań, którzy wcześniej grali przeciwko drużynie Skonto. Dopiero na miejscu okazało się, że przewyższamy ich pod każdym względem. Sama wizyta w Rydze też była zaskoczeniem. Stolica Łotwy wydawała się nieoczekiwanie bogatym miastem.

Podobno atmosfera na trybunach nie była zbyt gorąca.

- Skonto nie miało wówczas wielu fanów. Stadion był duży, a na nim tylko garstka kibiców. Ale ich brak tylko ułatwił nam sprawę. Czasem publiczność naprawdę potrafi być 12. zawodnikiem, a my wtedy czuliśmy się, jakbyśmy grali na neutralnym terenie.

W tym roku o awans do Ligi Mistrzów będzie łatwiej niż 10 lat temu?

- Przed laty brakło nam szczęścia. Mieliśmy dobry zespół, ale trafialiśmy na silnych rywali. Teraz poziom europejskiej piłki poszedł w górę. Z drugiej strony jest teraz łatwiej o zdobycie informacji na temat danego klubu. Siatki skautów są lepiej rozwinięte i niczego nie da się ukryć.

Jednak takie zwycięstwo jak 7:0 z walijskim Newtown w Pucharze UEFA w 1998 już się chyba nie powtórzy?

- Wtedy zaczynaliśmy rywalizację w pucharach od najniższego szczebla. Do Walii jechaliśmy w ciemno i zremisowaliśmy 0:0. Newtown to była zbieranina amatorów, z których może dwóch miało podpisany profesjonalny kontrakt. Boisko było w fatalnym stanie, w innym kraju pewnie nie zostałoby dopuszczone do użytku. Dopiero po powrocie na Reymonta mogliśmy zacząć grać swoje.

To był najdziwniejszy wyjazd w pana karierze?

- Tak, ale w pamięci utkwiła mi także podróż do tureckiego Trabzonu. Lecieliśmy czarterem, na miejscu było strasznie gorąco, chyba 38 stopni. A oni podstawili nam autokar bez klimatyzacji. Mokrzy dojechaliśmy do hotelu i okazało się, że także tam klimatyzacja była popsuta. Wygraliśmy 2:1, wróciliśmy do hotelu i nagle w nocy okazało się, że... klimatyzacja jednak działa. I to na pełnych obrotach! (śmiech). Rano prawie cała drużyna miała anginę, ja ledwo chodziłem. Teraz śmiejemy się z tej historii.

Dziś presja związana z awansem do Ligi Mistrzów jest większa niż w tamtych latach?

- Chęć wejścia do fazy grupowej zawsze była równie silna. Pod tym względem nic się nie zmieniło.

(Kara)Bach(!) Wisły, czyli największe wpadki polskich drużyn w europejskich pucharach