Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Liga Mistrzów. Jaki ten Inter piękny

Wyobraziłem sobie alternatywny świat futbolu. Świat, by tak rzec, totalitarny. Komenderowaliby, jak należy grać, wszyscy ci żałobnicy po środowym półfinale Ligi Mistrzów, którzy w zakneblowaniu Barcelony widzą Interu zbrodnię. Wyznaczaliby maksymalne dozwolone limity aktywności defensywnej, dyskwalifikowaliby za niezadowalającą aktywność ofensywną. Na boiskach wreszcie zrobiłoby się radośnie. Aż do mdłości.
Podyskutuj o felietonie na blogu Rafała Steca

Przerażająca wizja, ale dyktaturę nudziarzy prędko byśmy obalili. Zbuntowany lud poprowadziłby Mourinho, a on wybrałby skuteczność, nie męczeństwo.

Lamentów słuchamy zawsze, gdy drużynie, której styl uchodzi za wzorzec jogo bonito, nie uda się oblężenie bramki przeciwnika poświęcającego się na treningach i w meczach, by zbudować na przedpolu niezniszczalną fortyfikację. A ja zawsze zachodzę w głowę, skąd u tak wielu oglądaczy przeświadczenie, chyba niekłamane, że to właśnie oni wiedzą, co w piłce nożnej ładne i dobre, a co brzydkie i złe.

Obrońcy wyczynów takich, jak mediolański, przyjmują strategię, można już powiedzieć, klasyczną: Inter nie grał pięknie, ale grał wydajnie, a fundamentalnym celem wyczynowego sportu jest zwycięstwo.

Nie podoba mi się ta argumentacja. Uważam, że Inter grał pięknie.

Jak szczerze zachwycałem się od kilkunastu miesięcy Barceloną (nadal uważam ją za twór zjawiskowy), tak teraz obezwładnili mnie mediolańczycy. Boiskowe manewry uwielbiam w całym ich nieskończonym bogactwie, wyjąwszy tylko ślepą brutalność oraz szwindel. Porywają mnie indywidualne triki, ale porywa mnie też współpraca grupowa, synchronizująca ruchy piłkarzy, scalająca ich w wielonogą i wieloręką maszynerię. Porywa mnie współpraca z piłką pod stopami (Barcelona), porywa współpraca bez piłki (Inter). I nie istnieje sposób, by dowieść, że pierwsze jest lepsze od drugiego. Futbol to abstrakcyjna konstrukcja, w której wszelkie estetyczne werdykty są czysto umowne i często wynikają również z tego, jak głęboko rozumieją reguły gry ci, którzy werdykty wygłaszają.

Kiedy ktoś się gromadnie broni, mówimy, że ustawia zasieki, barykadę etc. Ta metafora fałszuje rzeczywistość. Boisko jest duże, piłkarzy jest mało, dlatego zasieków ani barykady ustawić się nie da. Jeśli zdołasz nie przepuścić do swojej bramki fenomenalnych - nawet jeśli słabszych niż przed rokiem - barcelończyków, choć oddasz im piłkę na 86 proc. czasu gry, to dokonałeś czynu heroicznego. Ocali cię tylko niemal niemożliwy do uzyskania zestaw idealnie dobranych składników - perfekcyjna taktyka, utrzymanie głów w stanie krańcowej koncentracji przez 90 minut, odwaga w szukaniu granic swoich fizycznych możliwości, a także pogarda dla bólu, którą w moim ulubionym popółfinałowym cytacie podsumował brazylijski obrońca Maicon, opowiadający, że on i koledzy pocili się na Camp Nou krwią.

Oczywiście teza, jakoby Inter zawdzięczał sukces wyłącznie sztuce defensywnej, jest nadużyciem. Mediolańczycy wygrali dwumecz 3:2, na San Siro podnieśli się po szybkim ciosie rywali, a w rewanżu, kiedy sędzia odesłał do szatni z czerwoną kartką Thiaga Mottę, zareagowali tak, jak na murawach barcelońskich zareagowałby każdy. Tyle że oni nie bronili się jak każdy. Mourinho często reaguje na stratę człowieka nietypowo - nie dokonuje zmiany, nie potrzebuje wprowadzać gracza defensywnego, bo u niego każdy wie, jakie w zależności od okoliczności ma zadania do wykonania. W przerwie sądziłem nawet, że Inter wygra. I zacząłem sprawdzać statystyki, by się upewnić, czy byłby to pierwszy w Lidze Mistrzów przypadek przebicia się do ostatecznej rozgrywki po komplecie zwycięstw w 1/8 finału, ćwierćfinale, półfinale. Byłby.

Piękno opowieści o Interze AD 2010 łatwiej dostrzec też tym, którzy poza oglądaniem teraźniejszości badają niekiedy, co działo się w przeszłości. Niespełna pół wieku temu klubem rządził przedsiębiorca Angelo Moratti, piłkarzy trenował charyzmatyczny, arogancki megaloman i obsesyjny taktyk Helenio Herrera, drużyna dusiła przeciwników defensywą i zdobywała Puchar Europy. Teraz klubem rządzi syn Angelo - marzący o doścignięciu ojca przedsiębiorca Massimo Moratti, piłkarzy trenuje spadkobierca Herrery - charyzmatyczny, arogancki megaloman i obsesyjny taktyk Mourinho, drużyna umie zadusić przeciwników defensywą i niewiele brakuje, by odzyskała Puchar Europy. Kompozycja idealnie zamknięta. Niech żyje epika w futbolu.

Mourinho i jego ludzie spłodzili w półfinałowym dwumeczu arcydzieło. Jedno z tych arcydzieł, które nie rzucają na kolana całej planety, bo są zbyt wyrafinowane, by planecie chciało się to wyrafinowanie dostrzec.

Koniec pięknego snu FC Barcelony ?