Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Milan kontra Man United. Dziś pierwsze mecze 1/8 finału Ligi Mistrzów

Dziś pierwszy wiosenny szlagier Ligi Mistrzów. Podupadły włoski kolos podejmuje najmocniejszy od trzech lat klub angielski, który nigdy go jeszcze z pucharów nie wyeliminował. Relacja z meczu Milan - Manchester na żywo już od 20.30 na Z Czuba.pl.
W maju 2007 roku piłkarze Milanu rozbili Manchester United 3:0 i w oszałamiającym stylu awansowali do finału. Zwycięzcy rozegrali wówczas ostatni fenomenalny mecz w Lidze Mistrzów. Pokonani ponieśli wówczas ostatnią druzgocącą klęskę.

Wieczór na San Siro mocno zapadł jego bohaterom w pamięć. Wayne Rooney, dziś charyzmatyczny boiskowy przywódca mistrzów Anglii, wyznał w zeszłym tygodniu, że nigdy nie mierzył się na boisku z graczem znakomitszym niż Clarence Seedorf. Holender wypadł wówczas perfekcyjnie - nie wykonał zbędnego ruchu, dryblingu, podania.

Tamten wieczór zapadł w pamięć, ale w przededniu kolejnego spotkania obu gigantów nie ma żadnej wartości poznawczej. Milan, który uchodził przed trzema laty za wybitnego specjalistę od międzynarodowych szlagierów, od tamtej pory opadł w europejskiej hierarchii, w minionym sezonie był skazany na Puchar UEFA, na domiar złego wcześnie z niego odpadając. Natomiast Manchester, który przed trzema laty podnosił się po passie zawstydzających porażek w Europie, wybił się na sam szczyt - jako jedyny w bieżącej dekadzie dwukrotnie z rzędu dobił do finału LM.

Ocalić wątłe gwiazdy

Alex Ferguson z braku alternatywy zmusił wtedy na San Siro do przedwczesnego powrotu na boisko Nemanję Vidicia, a partnera Serba z centrum obrony Rio Ferdinanda osadził - też z musu - na ławce rezerwowych. Pokruszona manchesterska defensywa wręcz się napraszała, by ją sforsować, a Kaki dwa razy prosić nie trzeba. Teraz Anglicy nie przejmują się nieobecnościami, bowiem niemal nie wpływają one na wyniki - jesienią grupa Fergusona dała popis niezwykły nie tylko w skali sezonu, wygrywając w Wolfsburgu pomimo epidemii urazów, którą przetrwał tylko jeden (!) obrońca. Liga Mistrzów widziała wiele, ale tego nigdy. Dlatego przed wtorkowym meczem nawet urazy osobistości tak znaczących jak wspomniany Vidić oraz Ryan Giggs nikogo przesadnie nie martwią.

Milan ma tak biednie w szatni, że każdego dnia dogląda każdego włókna mięśniowego swoich liderów. Kiedy przed derbami z Interem lekarze nie zdołali postawić na nogi Alessandro Nesty, pole karne musiał osłaniać 38-letni Giuseppe Favalli, dla którego europejska czołówka stanowi już wyzwanie ponad siły. Dlatego gospodarze drżą, by wydobrzał inny obrońca, lekko kontuzjowany Thiago Silva. Kiedy bowiem grają obaj stoperzy, mediolańczycy niemal nie przegrywają.

Oni wszystko podporządkowują datom kluczowym dla całego sezonu, tak rozplanowują leczenie i personalne wybory trenera w Serie A, by zachować energię najważniejszych postaci na najbardziej prestiżowe mecze. Ani Alexandre Pato (pauzował dwa miesiące), któremu prognozuje się przyszłość na miarę karier Ronaldo czy Messiego, ani Ronaldinho, który wierzy w powrót do wysadzanej wirtuozerskimi zagraniami przeszłości, również klasowych zmienników się nie doczekali. Ten ostatni nie odzyskał dawnej dynamiki, ale napędzany marzeniami o mundialu od wielu tygodni stoi za każdą ofensywną próbką drużyny - nastrzelał już w sezonie 11 goli, uzbierał 9 asyst, obijał słupki i poprzeczki, a gdyby w piątek jego koledzy nie marnowali na potęgę jego kunsztownych, wyprowadzających rywali w pole podań, Milan zmiótłby Udinese z murawy.

Nie zmiótł, wyspacerował wynik 3:2, ale też z zachowania piłkarzy wolno wysnuć tylko wniosek - chcieli ligową pańszczyznę odrobić czym prędzej i wysiłkiem minimalnym, by nie rzec - symulowanym, byle zachować moc na wtorkową bitwę.

Szaraki też bywają niezawodne

Gospodarze wciąż spoglądają w przeszłość. Pamiętają, że wszystkie cztery poprzednie dwumecze z MU kończyli zwycięsko, ufają trzydziestolatkom Neście, Pirlo, Ambrosiniemu, Beckhamowi czy Ronaldinho, modlą się, by interwencjami ze szczytu swojej kariery powstrzymywał przeciwników bramkarz Dida, którego klub od dawna uważa za zbędny balast na liście płac.

Piłkarze Manchesteru chcą od niechlubnej przeszłości pojedynków z Milanem uciec. Przed trzema laty przylecieli na San Siro porozbijani, tuż po epickim boju z Evertonem, który pokonali 4:2, mimo że rozpoczęli od straty dwóch goli. Teraz w weekend odpoczywali, tylko Ferguson zajrzał w piątek do Mediolanu, by z bliska obejrzeć przeciwnika. Zadumał się nad ciężkim losem drużyny pozbawionej Kaki ("pozostała po nim ogromna pustka"), zachwycił się Pato, bez którego szybkości rossoneri w ataku cierpią na spowolnienie ruchów bliskie niekiedy odrętwieniu. Zobaczył też dwa gole Klaasa-Jana Huntelaara - ten napastnik, wobec kontuzji Marco Borriello, stanie przed niepowtarzalną być może szansą, by dowieść, że jego snajperski instynkt działa również poza ligą holenderską.

Sławnym nazwiskom mediolańskim goście przeciwstawią niezawodnych szaraków, którzy laureatami futbolowych plebiscytów nigdy nie byli i nie będą - jak Fletcher, Carrick, Scholes czy Park - ale piłkę kopią znakomicie, rzetelnie wykonują misje zlecone przez Fergusona, a ten umie z nich wycisnąć maksimum.

Jego koncept od kilkunastu miesięcy sprawdza się tak wspaniale, że staje się wręcz naturalnym oczekiwać poważniejszego niepowodzenia. Milan liczy na to, na co liczył przed starciami z Interem - że choć za przeciwnikiem trudno byłoby nadążyć na dłuższym dystansie, to pojedynczego wieczoru można go powalić. W derbach mu się nie powiodło, tylko sto lat temu poniósł boleśniejszą klęskę niż jesienne 0:4, a w rewanżu przed kilkoma tygodniami lepiej wyglądał tylko wynik.

Fani MU pewnie już nawet nie pamiętają, kiedy ich piłkarze - choć w tym sezonie nie przekonują tak, jak w poprzednim - grali aż tak źle.

Kto naruszy oligopol w Lidze Mistrzów »