Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Liga Mistrzów. Zjazd Premier League trwa. Anglików dystansują Hiszpanie i Niemcy

Jeszcze do niedawna pucharowe starcia m.in. Chelsea z Liverpoolem były klasykami Ligi Mistrzów, na które czekali kibice na całym świecie. Dziś Europa śmieje się i wytyka palcami budowane za setki milionów funtów kluby, dla których szczytem możliwości w ostatnich latach był półfinał.
Sensacyjny awans Leicester City do ćwierćfinału nie przyćmiewa nieudolności, z jaką w ostatnich latach w Lidze Mistrzów radzą sobie angielskie kluby. Z czterech drużyn w obecnej edycji, w rozgrywkach ostał się tylko najsłabszy zespół w tym sezonie w Premier League. Chociaż nie trzeba przekopywać się przez opasłe tomy historii Ligi Mistrzów, by odnaleźć w niej sukcesy angielskich klubów, to okres ich ostatnich triumfów wydaje się odległy. Czasy, w których trzy-cztery zespoły z Premier League regularnie docierały do ćwierćfinałów (a nawet półfinałów!) rozgrywek, a Liverpool potrafił rozbić w dwumeczu 5:0 Real Madryt, są tylko wspomnieniem. Z roku na rok coraz mniej realnym do odtworzenia.

W tym sezonie honoru Anglii w LM bronić będzie zajmujące 15. miejsce w tabeli Leicester City. I jeśli obecność drużyny Craiga Shakespeare'a na tym etapie rozgrywek uznawana jest za cud, to trudno będzie znaleźć słowa, by opisać ich ewentualny, kolejny sukces.

Kolosalny zjazd w krótkim czasie

A jeszcze do niedawna za taki Anglicy uznawali zwycięstwa w LM Liverpoolu (2005 r.), Manchesteru United (2008 r.) czy Chelsea (2012 r.). Nawet jeśli puchar wznosił ktoś inny, to kluby Premier League nie miały się czego wstydzić. Obecność trzech angielskich drużyn w półfinałach nie szokowała nikogo. W latach 2005-2009 do finału dochodził przynajmniej jeden ich przedstawiciel. W 2008 r. decydujące spotkanie w Moskwie było wewnętrzną sprawą brytyjską.

Od tamtej pory minęło tylko kilka lat, ale zjazd angielskich klubów w LM jest kolosalny. Dzisiaj nikt nie pamięta o szacunku, jaki wzbudzały mecze Chelsea z Liverpoolem czy Manchesteru United z Arsenalem w fazie pucharowej. Dziś Europa śmieje się i wytyka palcami budowane za setki milionów funtów kluby, dla których szczytem możliwości w ostatnich latach był półfinał. Angielskie drużyny odpadały już w grupie, w kolejnych rundach regularnie obijają ich Hiszpanie, Niemcy, a nawet Francuzi.

Nikt, nawet na chwilę, nie uniósł więc brwi ze zdziwienia, gdy Bayern Monachium zlał w dwumeczu Arsenal 10:2. Nikt nie był w szoku po tym, jak AS Monaco wyeliminowało Manchester City. Sensacją nie było też to, że Tottenham nie wyszedł z grupy, w której oprócz zespołu Kamila Glika rywalizował jeszcze z Bayerem Leverkusen i CSKA Moskwa. Kibiców w osłupienie wprawiło za to zwycięstwo Leicester z Sevillą. W końcu to pierwszy od pięciu lat przypadek, w którym klub z Premier League wyeliminował rywala z Hiszpanii.

W czterech poprzednich sezonach LM Anglicy w ćwierćfinałach mieli raptem trzech przedstawicieli. Trzy lata temu doczołgały się tam Manchester United i Chelsea, przed rokiem Manchester City. Dwóm ostatnim udało się nawet awansować do półfinału, ale tam lepsze były już Atletico i Real. Były też rozgrywki (2012/13 i 2014/15), kiedy do czołowej ósemki kluby z Wysp nawet nie dotarły.

- Najpopularniejsza na Wyspach teoria mówi, że teraz pieniądze im przeszkadzają. Mają ich tak dużo, że nie potrafią zbudować bardziej zrównoważonych składów, czasem nie budują rozsądnie, a po prostu kupują gwiazdę i liczą, że ona pociągnie ich w Europie. Dlatego można też odnieść wrażenie, że angielskie kluby niezmiennie są na początku danego etapu budowania drużyny, a nie w środku, szczycie, czy nawet na końcu - mówi Michał Zachodny z portalu "Łączy nas piłka".

I dodaje: - Tak można było powiedzieć o Chelsea, czyli ostatniej angielskiej drużynie, która wygrała LM. Pewien etap się po ośmiu latach kończył, od przyjścia Jose Mourinho i nawet przy kolejnych zmianach, ale ten zespół miał nadany pewnego rodzaju charakter, który pozwalał im na rywalizację w Europie. To była przewaga Chelsea oraz Manchesteru United - jasno określony kręgosłup zespołu, konkretny sposób gry. Nie dziwi mnie więc, że Leicester utrzymało się najdłużej, może to właśnie efekt tego, że w porównaniu do poprzedniego sezonu zmian było najmniej, trafili też na łatwiejszego rywala niż np. Arsenal.

Hiszpanie i Niemcy odjeżdżają, Włosi i Francuzi gonią

Ostatnie lata to okres bezdyskusyjnej, hiszpańskiej dominacji w LM. Obecny sezon jest piątym z rzędu, w którym w ćwierćfinałach zobaczymy trzy kluby z La Liga. Udział na tym etapie rozgrywek FC Barcelony i Realu Madryt jest oczywisty, do obecności w ścisłej czołówce Atletico też już przywykliśmy. Wcześniej dotarła tu nawet Malaga.

Półfinały? W ostatnich sześciu latach dochodziły tu po dwie hiszpańskie drużyny. Finały? W trzech poprzednich triumfował klub z La Liga, dwa z nich były ich wewnętrzną (madrycką) sprawą. Barcelona i Real podzieliły między sobą aż pięć z ostatnich ośmiu edycji LM.

Ale Anglików dystansują też Niemcy. Obecny sezon jest 11. z rzędu, w którym w ćwierćfinale zagra przynajmniej jeden klub z Bundesligi. W półfinałach naszych zachodnich sąsiadów nie brakuje od siedmiu lat. Chociaż na tym etapie udział w LM najczęściej kończą, to i tak trzy razy niemiecki klub dochodził do finału. W sezonie 2012/13 Bayern Monachium sięgnął po trofeum bijąc na Wembley Borussię Dortmund 2:1. To dla przedstawicieli Premier League był wyjątkowo bolesny cios.

Zachodny: - Dwa tygodnie przerwy w zimie robią różnicę, to na pewno, ale często mówi się, że ta presja na rozgrywki ligowe narzucana jest odgórnie, że zawsze jednym okiem patrzy się przede wszystkim na tabelę Premier League. Na pewno przewaga drużyn hiszpańskich - Realu i Barcelony - wynika z jakości piłkarskiej, na pewno atutem Atletico Madryt jest spójność filozofii Diego Simeone oraz polityki transferowej, budowy składu. Bayern również ma lepszy zespół niż którykolwiek z angielskich klubów, natomiast Borussię Dortmund charakteryzuje determinacja, umiejętność wyciągania się z trudnych sytuacji, parcie na wynik i kolejne gole. Nie ma kalkulowania, często kosztem defensywy, a przecież Pep Guardiola po porażce w Monako tłumaczył, że nie był w stanie przekonać zespołu do bardziej ofensywnej gry. Czy nie jest to najlepszy sygnał, że przewaga kontynentalnych drużyn dotyczy głównie psychiki?

Ale Anglicy muszą też patrzeć za siebie. W rankingu UEFA zaraz za ich plecami są Włosi, regularnie punkty ciułają też Francuzi (od sześciu lat przynajmniej jedna drużyna w ćwierćfinale LM). Chociaż po reformie, która w życie wejdzie od sezonu 2018/19, po cztery zespoły do LM wystawić będą mogły nie trzy, a cztery najlepsze kraje, to i tak pozycja Anglików nie musi być pewna. Wszystko przez szybkie porażki klubów Premier League w europejskich pucharach.

Trenerzy na ratunek

Problem zapaści angielskich zespołów w Europie nie dotyczy tylko LM, ale też Ligi Europy. Chociaż w 2013 r. wygrała ją Chelsea, a w zeszłym sezonie do finału dotarł Liverpool, to i tak punkty do rankingu UEFA regularniej zdobywają Hiszpanie, Włosi, a nawet Francuzi. Nie bez wpływu na pozycję Premier League są np. blamaże West Hamu United, który dwa ostatnie udziały w LE kończył w eliminacjach, przegrywając dwukrotnie starcia z rumuńską Astrą Giurgiu.

Nadzieją dla Anglików są szkoleniowcy z najwyższej półki, po których na Wyspach w ostatnich miesiącach, kluby sięgają chętniej niż zwykle. Chelsea do sukcesów i stabilizacji poprowadzić ma Antonio Conte, Manchester United wciąż wierzy w Jose Mourinho, potęgę Manchesteru City zbudować ma Pep Guardiola, a czasy świetności Liverpoolu próbuje przywrócić Juergen Klopp.

- Tacy trenerzy na pewno dźwigną swoje drużyny w Europie. Włoch i Portugalczyk walczą o szansę, by móc zrobić to w LM, Guardiola potrzebuje dwóch, trzech okienek transferowych, by zbudować zespół pod swoją myśl. Jednak powiedziałbym, że najbliżej kontynentalnego stylu gry i myślenia jest Tottenham, któremu jednak brakuje szerszego składu. Z kolei w przypadku Arsenalu trzeba chyba czekać na "nowy impuls", a obecnej drużynie pod wieloma względami - i było tak również w poprzednich latach - mentalnymi oraz taktycznymi brakuje do nawiązania wyrównanej rywalizacji na ostatnich etapach LM - mówi Zachodny.

I kończy: - Ciekawy jest przypadek Liverpoolu Kloppa. Wydaje mi się, że to nie kwestia intensywności, sposobu gry, ale ogólnie rywalizacji w lidze, by przebili się do LM. To wciąż chimeryczny zespół, który w problemach traci panowanie nad sytuacją i brakuje mu planu B, choć spodziewam się, że gdy już pokona te przeciwności, to będzie w stanie nawiązać do tego, jak w LM grała Borussia Kloppa.