Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Jan Krzysztof Bielecki: Futbol bez bandytów? Właśnie, że się uda

- Stadiony były zamknięte w ramach terapii szokowej, teraz należy wprowadzić w życie wszystkie zasady obowiązujące w futbolowym świecie, stosować się do nich z dokładnością przecinka - mówi Jan Krzysztof Bielecki, były premier, doradcą rządu Donalda Tuska.
Przemysław Iwańczyk: Czuł się pan bezpiecznie w sobotę na stadionie w Dortmundzie, gdy 80 tys. kibiców fetowało mistrzostwo Niemiec miejscowej Borussii?

Jan Krzysztof Bielecki: Tak. Mecz z Eintrachtem Frankfurt, który do ostatniej minuty bronił się przed spadkiem z ligi, a kibice obu zespołów - mówiąc delikatnie - nie przepadają za sobą, był dla organizatorów wydarzeniem podwyższonego ryzyka. Na trybunach, owszem, obie grupy przekrzykiwały się wzajemnie w różnych słowach, ale zupełnie nie czuło się napięcia walki. Piłkarze z Frankfurtu spali w tym samym hotelu co ja, swobodnie spacerowali po mieście. Pod stadionem kibice obydwu drużyn stali obok siebie, mogli spokojnie rozmawiać.

Ale po ostatnim gwizdku sędziego kibice gospodarzy wbiegli na boisko...

- Fakt, kilka tysięcy najzagorzalszych fanów wbiegło na boisko. Stewardzi byli jednak na to przygotowani. Choć kibice sforsowali pierwszą grupę ochrony, druga rozwinęła linę, ustawiła zaporę, przez którą już nikt się nie przedostał. Tłum napierał i zrobiło się dość ciasno, ale utrzymano porządek. Najważniejsze, że nie widziałem u żadnego fana cienia agresji. Wielu było w amoku wynikającym z wielkiego triumfu w lidze po dziewięciu latach, wielu piło piwo od rana, co widziałem w mieście, ale nikt nie miał złych intencji. Policja w pełnym rynsztunku w liczbie 25 jedynie przyglądała się temu, czuwając, by fani gospodarzy nie przedostali się w kierunku gości z Frankfurtu. Na finale Pucharu Polski w Bydgoszczy, gdzie doszło do zadym, policjantów było kilkuset, ale nie interweniowali, obawiając się, że rozjuszą chuliganów jeszcze bardziej.

Polscy kibice powołują się na mecz w Dortmundzie i pytają ironicznie, dlaczego rząd niemiecki nie zamyka stadionów, mimo złamania przepisów i wtargnięcia na boisko tysięcy osób.

- Nie ma najmniejszych podstaw do porównania obu sytuacji. Sprawa jest prosta. Po pierwsze, kibice weszli na murawę po zakończeniu meczu, a nie w jego trakcie, jak miało to miejsce w Bydgoszczy. W Dortmundzie bramkarz nie czuł na sobie oddechu kilkuset fanów rywala. Po drugie, na zdjęciach z Bydgoszczy widzieliśmy zamaskowanych wojowników, których celem była przemoc. Ci, którzy przepychali się na boisko w Dortmundzie, byli w amoku piwno-euforycznym, ale nikt nie podniósł ręki, nikt nie zasłaniał twarzy. Naprawdę trzeba odróżnić obie te sytuacje. Ktoś, kto nie rozumie tak prostej rzeczy, nie pojmie istoty problemu.

W Dortmundzie złamano jeszcze jeden przepis - odpalono racę, zrobili to kibice Eintrachtu, powtórzę, niełatwi kibice. Ale zrobili to w swoim sektorze. Nie przyszło nikomu do głowy, by rzucić ją później na boisko bądź do sektorów gospodarzy. Każde porównanie jest miażdżące dla polskich kibiców. Niestety.

Co trzeba zrobić, by na polskich stadionach nie było notorycznie łamane prawo?

- Zacznijmy od kwestii zasadniczej. Bezwzględnie trzeba wyeliminować z nich wojowników, niech zapiszą się na boks. Ci, którzy przychodzą na mecz, muszą mieć przekonanie o nieuchronności kary. Że każdy ich niecny czyn spotka się z retorsją.

Kibole nie są tylko problemem rządu. To także, a może przede wszystkim sprawa PZPN. Wystarczy, by związek zaczął stosować się do przepisów FIFA i UEFA, na które tak chętnie powołuje się i zasłania się nimi w obronie swojej niezależności. Mówią one jasno, m.in. to, że transparenty wywieszane na trybunach niezwiązane z meczem są zabronione, że nie wolno używać pirotechniki na stadionie, że niedopuszczalna jest obecność kibiców na boisku w trakcie meczu.

Spychotechnikę w tej sprawie mamy opanowaną do perfekcji - komu zwraca się uwagę, ten od razu obraża się, wskazując innych winnych. Pan Andrzej Rusko, szef Ekstraklasy, który stwierdził, że jego organizacja nie jest od wyłapywania bandytów, tylko wpisuje się w ten obraz. Pokazuje tym samym, że jest słabym szefem ligowej spółki.

Co dalej? Zamykać stadiony, zakazać przyjazdu na mecze kibicom gości?

- Futbol już dawno wyznaczył zasady, których i my powinniśmy się trzymać. Nie twórzmy własnych tylko po to, by było nam łatwo i przyjemnie. Wyobraża pan sobie szlagierowy mecz Ligi Mistrzów z kibicami tylko jednej drużyny? Stadiony były zamknięte w ramach terapii szokowej, teraz należy wprowadzić w życie wszystkie zasady obowiązujące w futbolowym świecie, stosować się do nich z dokładnością przecinka. Niewykluczone jednak, że terapię trzeba będzie powtórzyć, bo priorytetem jest bezpieczeństwo. Gdziekolwiek nie zostanie zapewnione, trzeba działać.

Wystarczy rządowi konsekwencji?

- W ostatnich 20 latach dokonaliśmy w Polsce znacznie poważniejszych zmian niż stosowanie się do przepisów UEFA. To, że mamy nieudolny PZPN, władze Ekstraklasy i władze klubów - choć niektóre mogły poczuć się osamotnione w walce o bezpieczeństwo na stadionach - nie znaczy, że się nie uda. Właśnie, że się uda.

Wciąż pan uważa, że Polacy nie są słabsi od innych nacji, a "jedyna dziedzina, gdzie jesteśmy absolutnymi debilami, to piłka nożna"?

- Coś w tym przecież jest, bo transformacja objęła wszystkie dziedziny życia, tylko nie futbol. Przeszliśmy przez wszystkie choroby wieku dojrzewania państwa, ta jedna została. Przykro byłoby mieć coraz piękniejsze stadiony, nawet lepsze niż na Zachodzie, z nierozwiązanym problemem kibolstwa.

Bez adminów. Najmocniejsze poglądy na Facebook.com/Sportpl »


Więcej o: