Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Felieton Rafała Steca: Liga już bezpieczna, odcięta od świata

Fetować lądowanie w Warszawie Smolarka, widzieć w Ebim wciąż żywego bohatera, pierwszego zagranicznego piłkarza, który przyjeżdża do nas z okazałą kolekcją goli w ligach holenderskiej, niemieckiej i hiszpańskiej w dorobku, czy raczej skazańca zesłanego na obrzeża prawdziwego futbolu? Cieszyć się, że dochowaliśmy się chłopca o talencie wycenionym na milion euro czy raczej uznać ów milion za ostateczny dowód szaleństwa właściciela Polonii Józefa Wojciechowskiego i martwić się, jak Artur Sobiech, który w sporcie nie osiągnął jeszcze nic, poradzi sobie z tym, że z dnia na dzień stał się milionerem, być może najlepiej zarabiającym - biorąc pod uwagę całą populację - 20-latkiem w Polsce?
Uznać Artura Wichniarka (rocznik '77) za naturalnego kandydata na snajpera wyborowego czy wypominać, że przyjechał do Poznania jako jeden z najgorszych graczy Bundesligi, któremu wiodło się tylko w prowincjonalnym Bielefeld, pod światłami wielkiego miasta zawsze drętwiał i strzelać goli nie umiał? Macieja Żurawskiego (rocznik '76) witać z entuzjazmem czy narzekać, że to kolejny wracający weteran - jak Marcin Żewłakow (też rocznik '76) lub Arkadiusz Radomski (rocznik '77), który wypycha z boiska młodych, a przecież nasza tak zwana Ekstraklasa już w ubiegłym sezonie była szóstą najstarszą ligą w Europie? Spoglądać z nadzieją na coraz bardziej luksusowe zakupy klubów za granicą czy niepokoić się, że w ligowych atakach poza nielicznymi wyjątkami truchtają wyłącznie obcokrajowcy bądź wspomniani piękni trzydziestoparoletni, wykonujący ostatnie skłony przedemerytalne? Nawet przyjemnego popołudnia z Arsenalem padało retoryczne pytanie, jak zapyziałym musimy być wygwizdowem, skoro przekładamy inaugurację ligową, byle tylko Legię zaszczycił odbębnieniem sparingu Arsenal. Wiecie - ten słynny, z Londynu.

Każda odpowiedź na rzucone pytania jest uzasadniona, wszystko zależy od interpretacji, znajdą się i entuzjaści, którzy każdy gest Smolarka chłoną z gęsią skórką, i zasmuceni jego definitywnym upadkiem. Nieliczne dostępne konkrety przygnębiają - nasi znów zostali skopani w europejskich pucharach, znęcają się nad nimi rywale coraz bardziej egzotyczni, a mogło skończyć się jeszcze koszmarniej, bowiem Lech i Ruch wyeliminowały drużyny z Azerbejdżanu i Malty po remisach 1:1 w dwumeczach. Tutaj mamy twarde fakty, niczego optymistycznego z nich nie wyinterpretujemy, nawet patologiczni utopiści, którzy wszędzie widzą szklanki do połowy pełne, tym razem mogą dostrzec co najwyżej rozbite szkło. Lepiej nie dotykać, bo pokaleczy.

Pucharowych upiorów ze świadomości nie wygnamy, nie wypada też o nich zapominać, by po kilku kolejkach szamotaniny na lokalnych murawach zacząć wmawiać, że zdemaskowane przez zagraniczną konkurencję łamagi to wspaniali wyczynowcy zasługujący na rozgłos prawdziwych gwiazd. Wypada raczej porzucić slogan o szczytnym ponoć - w istocie demoralizującym - promowaniu polskiej piłki, by promować wreszcie zdrowy rozsądek. Skoro wdeptywałeś kopaczy w murawę za klęski z Azerami, nie sław w nich herosów, gdy co kwadrans zdołają wydłubać atak pozycyjny na naszym ligowym zadupiu.

Konsekwentnie rozwijanego sportowego projektu w polskich klubach nadal nie ma ani jednego (letnimi manewrami rozczarowali nawet wyróżniający się ostatnio szefowie Lecha), choć okoliczności zarządzającym sprzyjają - rosną efektowne stadiony, pieniędzy już jest dużo i jeszcze przybywa, ekstraklasa ostała się niemal wyłącznie w metropoliach. A jednak czołowe drużyny co rok lub dwa kleci się od zera. Wisła właśnie straciła trenera w przededniu (!) rozgrywek, wcześniej trenera, jego asystenta, specjalistę od przygotowania fizycznego, dyrektorów i prezesa wymieniła Legia, oba najpotężniejsze kluby minionej dekady najęły również tabun zagranicznych piłkarzy. Wierzycie, że świetnych? Na razie wierzyć można co najwyżej na słowo - w propagandowych okrzykach kupujących z Warszawy i Krakowa kupowani zawsze oszałamiają talentem, dopiero na boisku przeciętnieją, o ile w ogóle są na boisko wpuszczani. Tego lata istne bóstwa zwerbowała ponoć Legia, która przystąpi do sezonu z najlepszym samopoczuciem, bowiem wiosną uczciwie zapracowała na fundamentalny atut - latem uniknęła krwawej jatki w europejskich pucharach.

Cykliczne wysadzanie w powietrze całych szatni, by potęgę wznosić ponownie od fundamentów, jest miarą marności ligi, która od lat nie umie stworzyć niczego wartościowego, co by trwało dłużej niż przez chwilę. Teraz nikłe szanse na utrzymanie medalowych pozycji ma chorzowski Ruch, Lech zdobył mistrzostwo, więc też zlazł na poziom beznadziei i niewykluczone, że także jemu zagrożą wkrótce poważne tąpnięcia z górnej połówki skali Richtera - byle jak zawiaduje podwładnymi zmartwiały przy linii bocznej trener Jacek Zieliński; ostentacyjnie bojkotuje grę Semir Stilić; Wichniarek już spochmurniał, a zaraz śmiertelnie się obrazi; tandetnie brzmią skargi poznaniaków, że spiskują przeciw nim sędziowie, oraz westchnienia, że opuścił ich Robert Lewandowski. Mistrzowski pałacyk się rozlatuje, choć czasu na wakacyjną reorganizację było mnóstwo, nikt z Lecha na mundial nie uciekł.

Zaraz o stabilność może być jeszcze trudniej, bo ligę najechało kilkudziesięciu obcokrajowców, a przyzwyczailiśmy się już do ich naczelnej przywary - słomianego zapału. Najliczniejszą grupę tworzą ci, którzy albo przy pierwszej okazji chcą wyrwać do lepszego świata, albo chcą korzystać z życia, przede wszystkim nocnego. Im spektakularniej cudzoziemiec zacznie, tym poważniejsze obawy, że rychło się na Polskę wypnie. Zdolni i zarazem ambitni emigrują zazwyczaj w inne strony.

Taka to liga - złożona z samych wątpliwości, atutów wyłącznie domniemanych i ulotnych, wiecznych złudzeń, że jutro będzie lepiej. Wyspa odcięta od świata profesjonalnego futbolu, zaludniona przez osobników sytych i zadowolonych, którzy żyją w poczuciu błogiego bezpieczeństwa. Jakiekolwiek buble by widzowi wciskali, ciemny kibicowski lud je kupi, dlatego piłkarz, trener czy działacz nie zamartwiają się, czy w przyszłym miesiącu też wystarczy im na kolejnego kabrioleta godnego ekstraklasy. W minionym sezonie niemal każdy hucznie reklamowany szlagier z udziałem Lecha, Wisły oraz Legii okazywał się szmirą nie do zniesienia, a o tytule mistrzowskim rozstrzygnął kuriozalny samobój, lecz szefowie Ekstraklasy SA za prawa do transmisji telewizyjnych życzą sobie o 10 proc. więcej pieniędzy niż dotychczas.

W tym gabinecie osobliwości o wielkości roją nawet słabsi od słabych. Prezes warszawskiej Polonii, która wczoraj broniła się przed spadkiem z ligi, dziś żąda mistrzostwa kraju i jeszcze pucharu. Prezes łódzkiego Widzewa, który do ligi dopiero awansował, oczekuje medalu. Rechotać czy złościć się, że naszym futbolem rządzą figury bez pojęcia o sporcie? Osobiście zalecam opcję pierwszą, zdrowszą. Kto lubi sport ze znakiem jakości, a podczas przyglądania się ligowym wykopkom nie chce wyhodować w sobie wrzodów, musi nabrać zbawiennego dystansu i przewracanie się na piłce przyjmować jak gagi z czarnej komedii. To może być niewykonalne, ale próbować trzeba, alternatywą byłaby tylko ostateczna kapitulacja, czyli całkowita rezygnacja z konsumpcji polskiego futbolu. A przecież teraz nasi zaczną wreszcie wygrywać - przez cały rok żaden bitny Azer w balona ich nie zrobi.

Podyskutuj o felietonie na blogu Rafała Steca