Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Mauro Cantoro: Nie gram w Odrze za autograf

- Niektórzy mówili mi wprost: "Człowieku, coś ty zrobił?". A ja im na to, że w Wodzisławiu fajnie będzie poczuć adrenalinę. 13 meczów i każdy jak finał - mówi były as Wisły Kraków, który chce pomóc uratować ekstraklasę dla Wodzisławia
Marcin Fejkiel: Zdążył się Pan przyzwyczaić do zimy w Polsce?

Mauro Cantoro, piłkarz Odry: Przez tyle lat pobytu w Krakowie oswoiłem się z mrozami. Kiedy przyjechałem do Wisły w 2001 roku, też było dwa metry śniegu. Wtedy przeżyłem szok, teraz to już żadna niespodzianka. W Polsce zresztą niewiele rzeczy jest jeszcze w stanie mnie zaskoczyć.

Dużym zaskoczeniem jest natomiast to, że tak świetny piłkarz jak Pan trafił do ostatniej drużyny ekstraklasy, na dodatek z małego miasteczka.

- Nie przyjeżdżałem tutaj, by podziwiać widoki. Nie jestem na wakacjach. A to, czy miasto jest duże, czy małe, ładne bądź brzydkie, ma drugorzędne znaczenie. Mam zadanie do wykonania, i tylko to się liczy. Mój klub ma pozostać w ekstraklasie, a ja mam w tym pomóc. Przed nami 13 meczów, z których każdy będzie grą o finał. W Odrze będzie okazja poczuć adrenalinę. Gram z klubem o coś, a nie tylko za autograf.

A co powie Pan tym, którzy uważają, że Odra to dla Pana sportowa emerytura?

- Im mogę zamknąć usta jedynie swoją dobrą postawą na boisku. Zresztą niespecjalnie interesuje mnie to, co mówią ludzie. Po Krakowie też krążą plotki, jakobym nie zaakceptował jakiejś oferty Wisły. A prawda jest taka, że w Wiśle mnie już nie chciano i nie zaproponowano mi żadnego nowego kontraktu. Ani lepszego, ani średniego, ani gorszego. Żadnego.

Jak odbierał Pan Wodzisław, przyjeżdżając tutaj jako piłkarz Wisły?

- Wyjazd do Wodzisławia zawsze oznaczał dla nas kłopoty. Nieprzypadkowo mówiło się, że to "przeklęte miejsce" dla czołowych drużyn. Przecież nie tylko my tu musieliśmy uważać. Legia również nieraz się mocno napociła. Trudno powiedzieć, z czego to wynika. Zawsze jest jakiś rywal, który wybitnie ci nie leży.

A teraz dobrze Pana przyjęto?

- Grupa jest super. Trener zna się na swoim fachu i ma właściwe podejście do nas. Nie brakuje doświadczonych zawodników, z którymi przez osiem lat walczyłem na boisku, ale są i ciekawi młodzi gracze, którzy muszą pokazać ambicję na boisku. Czy ja mam być ich przywódcą? Odra potrzebuje osiemnastu, dziewiętnastu liderów. Dwóch, trzech nie wystarczy.

Ale ma Pan świadomość, że w Wodzisławiu dotąd nie było tak znanego piłkarza jak Pan.

- Moi znajomi zachodzą w głowę, jak to możliwe, że odszedłem z pierwszej drużyny ekstraklasy do ostatniej. Nie brakuje nawet takich, którzy mówili mi wprost: "Człowieku, coś ty zrobił?". A ja na to odpowiadam, że właśnie z tego klubu otrzymałem najbardziej konkretną propozycję i równie interesujące wyzwanie. Doceniam to.

Jaka rola przypadnie Panu na boisku: rozgrywającego czy defensywnego pomocnika?

- W obu przypadkach dawałem sobie radę, i nie robi mi to większej różnicy. Pamiętam, jak przed meczem z Lazio w Pucharze UEFA trener Henryk Kasperczak na treningu we Francji nakazał mi: "Masz rozgrywać. Jesteś kreatywny, masz duże możliwości". Miałem wsparcie Mirka Szymkowiaka i nieźle nam to wychodziło. Ostatnio jednak lepiej czułem się jako defensywny pomocnik. Z piłką przy nodze nadal jednak czuję się pewnie i swobodnie.

Jak to jest z Pana polskim rodowodem? Rzeczywiście Pański pradziadek Bazyli Wolczak urodził się w Galicji, skąd wyemigrował do Argentyny?

- Sam nie wiem. Dowiedziałem się o tym przy okazji starań o polski paszport. Ktoś dotarł do dokumentów, które to potwierdzają. Ciekawa historia, ale przyznaję, że za wiele na ten temat powiedzieć nie mogę (śmiech).

Które z dotychczasowych trofeów w karierze ceni Pan najbardziej?

- Każdy z pięciu tytułów mistrzowskich z Wisłą był fantastyczny, ale też każdy smakował inaczej. Pierwszy dostarczył mi niezapomnianych wrażeń, jak wszystko co świeże i nowe. Ostatni również miał swój urok. Może przez to, że już wtedy przeczuwałem, że to faktycznie może być ten ostatni.

A jak Pan wspomina zdobycie Copa Libertadores z Velez Sarsfield?

- To także niebywała sprawa. Nawet ostatnio będąc w Buenos Aires, znalazłem czas, by odwiedzić stare śmieci. Z mojego domu do klubu mam ze trzy minuty. Spotkałem się z wieloma wspaniałymi kolegami, jak: "Turu" Flores, Christian Bassedas czy Omar Asad. Chłopaki do dziś w różnych rolach pracują w klubie.

Czy Diego Maradona doprowadzi Argentynę do MŚ w RPA?

- Jestem o tym przekonany i mocno wierzę w Diego. Argentyna wraz z Brazylią zawsze jest faworytem na mundialu i wszyscy mają do nich szacunek. Może nie graliśmy ostatnio jakoś super, ale ja pamiętam już takie eliminacje do mundialu w Meksyku, kiedy również szczęśliwie awansowaliśmy, a potem zgarnęliśmy mistrzostwo. Wystarczy spojrzeć, kto u nas gra. Uwielbiam patrzeć na Leo Messiego na boisku. Jeśli np. nie ma go w składzie Barcelony, to ja taki mecz zupełnie sobie odpuszczam i go nie oglądam. A przecież jestem fanatykiem piłki.