Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Ekstraklasa. Borysiuk dla Sport.pl: W Legii byłem zbyt krnąbrny, aby dać się naprawić. Poddał się nawet Jacek Magiera

W Warszawie Ariel Borysiuk objawił się ekstraklasie, z Warszawy dwukrotnie wyruszał w piłkarski świat. Z różnym skutkiem. Dziś były legionista stanowi o sile Lechii Gdańsk, która w niedzielę na Łazienkowskiej powalczy o mistrzostwo Polski. - Całe szczęście, że z Maćkiem Rybusem zostaliśmy rozdzieleni. Byliśmy tacy krnąbrni. Dziś takich duetów już nie ma - wspomina w rozmowie ze Sport.pl były reprezentant Polski
Sebastian Staszewski: Od kiedy w szatni Lechii żyje temat mistrzostwa Polski?

Ariel Borysiuk: Od dwóch miesięcy nie ukrywam, że gramy o wszystko. Po co to kryć? Trwa przecież historyczny sezon. Ale nie ma przegięcia, nie sprawdzamy codziennie ligowej tabeli. Jest świadomość tego, że walczymy o wielki cel, ale wiemy też, że nie wszystko zależy od nas. W niedzielę zdecydują niuanse, forma dnia.

Zagra pan na stadionie przy Łazienkowskiej na którym nie tak dawno świętował pan mistrzostwo zdobyte z Legią. To doświadczenie może się przydać?

- Mamy drużynę czempionów! Sebastian Mila był mistrzem Polski i Austrii, Miloš Krasić wygrał ligę rosyjską i włoską, Grzesiek Wojtkowiak i Sławek Peszko triumfowali w Ekstraklasie z Lechem Poznań, a ja, Kuba Wawrzyniak i Dušan Kuciak - z Legią. Trener Piotr Nowak także zdobywał mistrzostwa, w Ameryce. Liderzy są w takich sytuacjach nieocenieni.

Jak duży wpływ na pana formę ma fakt, że dba o nią Nowak, były reprezentant Polski, niegdyś jeden z najlepszych pomocników Bundesligi? Często doradza z własnego doświadczenia?

- Cały czas dostaję od trenera kolejne uwagi. Bardzo praktyczne. Niedawno grał z nami w dziadka, byłem ja, Mila, Wawrzyniak. I piłeczka chodziła kilka minut. Można było się zmęczyć. Szybko da się zauważyć, że trener wie o co chodzi. Dlatego jego porady mocno biorę do serca. I daje to efekt, bo ostatni na dyspozycję nie mogę narzekać.

O Semirze Stiliciu, po jego nieudanych przygodach na Ukrainie, Cyprze i w Turcji, mówi się, że to piłkarz dobry, ale tylko na Ekstraklasę. Z panem jest podobnie?

- Chyba nie można wsadzić mnie do jednej szuflady ze Semirem. W Kaiserslautern grałem przecież i w Bundeslidze, i na jej zapleczu. Łącznie zebrałem z 50 meczów.

Gdy wyjeżdżał pan do Niemiec, Kaiserslautern zapłaciło za pana 2 mln euro. Wiosną 2012 roku był pan tam podstawowym piłkarzem, ale drużyna spadła do 2. Bundesligi. To był moment, gdy pana kariera wyhamowała?

- Z tamtym zespołem nie mieliśmy prawa utrzymać się w lidze. Byliśmy zdecydowanie najsłabsi. Od mojego przyjścia wygraliśmy chyba tylko jeden mecz. Wyglądało to bardzo słabo. Dużo lepiej graliśmy po spadku. W 2. Bundeslidze zajęliśmy trzecie miejsce, mogliśmy wrócić, ale w barażach trafiliśmy na Hoffenheim z Roberto Firmino, który dziś gra w Liverpoolu. Byli za mocni. Przegraliśmy, a Kaiserslautern popadło w przeciętność.

A mógł pan grać w Brugii z której wyjechał pan do Niemiec pod osłoną nocy. To był błąd? - Równie dobrze mogę powiedzieć, że nie powinienem odchodzić z Legii. Awansowaliśmy do fazy pucharowej Ligi Europy, przed nami był dwumecz ze Sportingiem Lizbona. To była najsilniejsza drużyna w jakiej kiedykolwiek grałem. Z Danijelem Ljuboją, Michałem Żewłakowem, Maćkiem Rybusem. Paka straszna! Myślę, że gdybyśmy z "Rybą" i Marcinem Komorowskim zostali, pokonalibyśmy Portugalczyków 4:2 i awansowalibyśmy dalej. Ale nie zostaliśmy. Podobnie myślę o ofercie Brugii. Co było i nie jest nie pisze się w rejestr.

Po co był panu wyjazd do Rosji?

- Sam tego nie wiem. To była klapa, straciłem tylko czas. Razem z moim menadżerem Mariuszem Piekarskim mieliśmy pomysł, aby tam pograć, odbudować się. Nie było innych ofert, więc zaryzykowaliśmy. Pojawiłem się na boisku tylko cztery razy i spadłem z Premjer Ligi. To był moment krytyczny. Dwa lata wcześniej walczyłem w Bundeslidze, a w 2014 roku brakowało dla mnie miejsca w rosyjskim spadkowiczu.

Mówią, że Rosja to stan umysłu.

- To prawda. Po pobycie w Niemczech trafiłem do innego świata. Mieszkałem w Niżnym Nowogrodzie, mieście dość cywilizowanym, a właściwie to miasteczku, bo żyło tam "tylko" półtora miliona ludzi. Tylko co z tego, skoro na naszych meczach bywało po dwa tysiące kibiców? Tam królował hokej. Nie pomagał też fakt, że byłem tam sam, bez rodziny. Całe szczęście, że w Wołdze w tym samym czasie grali Piotrek Polczak i Marcin Kowalczyk.

Były nocne Polaków rozmowy?

- Siedziało się, gadało. Na szczęście byłem tam tylko przez trzy miesiące. Zresztą - najgorsze w moim życiu. Później wylądowałem w Lechii.

Do, jak niektórzy żartowali, klubu kolejowego. Bo w poniedziałek przyjeżdżał wagon pełen nowych piłkarzy, a w piątek wieczorem odjeżdżał. I tak co tydzień. Jak bardzo zmieniła się Lechia przez dwa lata?

- To był całkowicie inny zespół. Tabuny testowanych piłkarzy, niektórzy byli bardzo słabi. Lechia dopiero się tworzyła, szukała drogi. Na szczęście tamte czasy już minęły. Dziś Lechia to klub o jakieś 70 proc. mocniejszy od tamtego z 2014 roku. Mamy super paczkę. Z perspektywy czasu mogę też powiedzieć, że transfer do Gdańska był wybitnym posunięciem. Odmienił moje życie. Trafiłem do reprezentacji, wróciłem do Legii, przyszła oferta z Queens Park Rangers.

Ale tam znów panu nie poszło. Dlaczego? W teorii idealnie pasował pan do Championship.

- Ten transfer to wielkie rozczarowanie. Tym bardziej, że byłem pewny, że sobie poradzę. Profil ligi mi odpowiadał, mocno chciał mnie trener Jimmy Floyd Hasselbaink.

Skoro było tak dobrze, to dlaczego było tak źle?

- Przeszkodziła mi kontuzja i zmiana trenera. Trzy tygodnie przed ligą zerwałem więzadła w kostce i wypadłem z treningu na prawie dwa miesiące. A Hasselbainka zastąpił Ian Holloway, który nie widział mnie w składzie. W trakcie okna transferowego powiedział wprost, że powinienem szukać sobie innego klubu. Biorę to jednak na klatę. Nie ma dla mnie usprawiedliwienia. Gdybym był dobry, to po prostu zostałbym na Wyspach.

Zapaliła się lampka?

- Na pewno tak. Coś musi być nie tak, skoro dawałem sobie radę w Legii czy Lechii, a później miałem problem w innych klubach.

Co dalej? Z QPR wiąże pana jeszcze dwuletnia umowa.

- Czekam, aż sytuacja się rozwinie. Nie chodzi mi o pieniądze. Mogłem tam przecież zostać, mieszkać w Londynie, zarabiać godnie. Dlatego muszę się poważnie zastanowić.

Gdyby mógł pan cofnąć czas.

- To nie wiem, czy odszedłbym z Legii do QPR. W końcu zdobyłem upragnione mistrzostwo Polski, miałem zaufanie trenera. Marzyłem o Anglii, wszyscy o tym wiedzieli, ale chyba trochę się podpaliłem. Mogłem poczekać dłużej. Z drugiej strony uczucie, gdy dowiadujesz się, że tak duży klub, jak QPR, chce za ciebie zapłacić, jest bezcenne.

Co by pan powiedział młodemu Arielowi Borysiukowi, który w 2007 roku debiutował w pierwszym zespole Legii?

- Ludzie, ale ten czas leci.

Dziesięć lat minęło jak jeden dzień.

- Powiedziałbym, żeby się uspokoił. Człowiek różne głupoty robił. Nie ma młodego zawodnika, który przetrwa nocną Warszawę. A jeżeli taki będzie, należy mu postawić pomnik. Mieszkałem na Ursynowie z Maćkiem Rybusem i dawaliśmy czadu. Nie wiem nawet, czy nasze mieszkanie jeszcze stoi, nie raz trzeba było je remontować. Byliśmy młodzi, graliśmy, zarabialiśmy dobrą kasę i czasami po meczach robiło się psikusy. Trenerzy mieli z nami ciężko.

Szczególnie obecny szkoleniowiec Legii Jacek Magiera.

- Dużo nerwów na nas stracił. Próbował nas naprawiać, ale byliśmy bardzo krnąbrni. Wiem, że chciał jak najlepiej, cała Legia tego chciała. W końcu jednak nawet Magiera się poddał. Z perspektywy czasu wyszliśmy jednak na ludzi: i Maciek, i ja trafiliśmy nawet do reprezentacji. Mogło być gorzej. Szczególnie po zdjęciach, które opublikował "Super Express" [młodzi piłkarze Legii po meczu ze Spartakiem Moskwa odwiedzili agencję towarzyską - przyp. aut]. Później odszedłem, więc z Rybusem zostaliśmy rozdzieleni. I całe szczęście, haha. Dziś takich duetów już nie ma.

W archiwum znalazłem nasz wywiad sprzed ośmiu lat. Na zgrupowaniu Legii w hiszpańskim Mijas obiecał w nim pan, że skończy pan w końcu szkołę.

- Cały czas mam czas!

A tak na poważnie?

- Bez sensu coś deklarować, szczególnie, gdy od kilku lat żyje się na walizkach. Ale nie zapomniałem o tym. Jeszcze was zaskoczę.