Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Ekstraklasa w Sport.pl. Mariusz Rumak: "Czuć, że to klub przez duże K"

- Dla mnie to bardzo duże wyzwanie i zagrożenie w kontekście dalszej pracy trenera - mówi Mariusz Rumak w wywiadzie dla Sport.pl. Dwa tygodnie temu został czwartym w tym sezonie trenerem Śląska Wrocław.
Po zaledwie 48 godzinach od podpisania kontraktu ze Śląskiem Wrocław Mariusz Rumak poprowadził nowy zespół w Kielcach z Koroną (2:2). W ostatniej kolejce Śląsk tylko zremisował z Ruchem Chorzów (0:0) i nadal utrzymuje się w strefie spadkowej. W rozmowie ze Sport.pl 39-letni szkoleniowiec opowiada o swoim planie ratunkowym i powrocie do pracy w ekstraklasie.

Michał Zachodny: Czy wie pan co ostatnio słychać u Rafy Beniteza?

Mariusz Rumak: - Oczywiście nie mam z nim bezpośredniego kontaktu, ale II trener, Dariusz Dudek był u niego na stażu, bo u Beniteza w Liverpoolu grał oczywiście jego brat, Jerzy. Dlatego uśmiecham się mówiąc to, bo mam jedynie pewne informacje o jego warsztacie trenerskim. Jednak wiem, że ostatnio Benitez przejął Newcastle United.

Pytałem, ponieważ widzę sporo podobieństw w pana i jego sytuacji. Newcastle i Śląsk Wrocław to w swoich ligach kluby o sporym potencjale, który nie jest wykorzystywany. Są zagrożone spadkiem, panuje wokół nich fatalna atmosfera, jest wiele zarzutów do tego, jak są zarządzane. Benitez, podobnie jak pan, przejął drużynę jedynie na dwa, trzy dni przed meczem.

- Jaki był wynik tego spotkania?

Newcastle przegrało z Leicester City (0:1).

- A my zremisowaliśmy z Koroną Kielce (2:2), dlatego nie jestem jak Benitez. Poza tym nie posiadam doświadczenia i sukcesów takich jak ten wielki trener. Pewnych analogii między Śląskiem i Newcastle można się doszukać, choć w Anglii znajdzie się więcej klubów o których mówi się, że są wielkie, czy mają potencjał.

Jak z perspektywy ponad tygodnia patrzy pan na te czterdzieści osiem godzin od podpisania kontraktu ze Śląskiem do pierwszego meczu?

- Powiem tak: mało rzeczy było takich, które można było zrobić inaczej. Sam nie zdecydowałbym się zrobić czegokolwiek w inny sposób. Staraliśmy się wykorzystać ten czas optymalnie w pracy w zespole. Pewne rzeczy udało się zmienić i było to widać na boisku. Natomiast nie wszystkie: po stracie bramki znów w głowach piłkarzy pojawiło się zwątpienie. Ale z tej dalszej perspektywy nie mogę być zadowolony, bo nie udało się zdobyć trzech punktów.

A co konkretnie można było zrobić inaczej?

- Czas był bardzo ograniczony, musieliśmy też dostosować intensywność zajęć. Nasza praca polegała głównie na rozmowach, przekazaniu pewnego sposobu myślenia, metody na pokonanie rywala, którą można wdrożyć bez treningu. Pokazywaliśmy plansze i przekonywaliśmy do naszego planu. Na treningu mogliśmy popracować trochę nad stałymi fragmentami gry, zrobić kilkanaście powtórzeń. Ale to, że w Kielcach udało nam się wykorzystać rzut rożny wcale nie oznacza, że wystarczy kwadrans ćwiczenia tego elementu, by strzelić gola.

Przyjechał pan do Wrocławia świetnie przygotowany. Już na pierwszej rozmowie z właścicielami przedstawił swój plan naprawczy i wizję pracy w Śląsku.

- W tej rundzie pojawiałem się na wielu stadionach i meczach ekstraklasy. Nie widziałem tylko kilku drużyn. Wszystko po to, by przygotować się na wypadek, gdyby ktoś chciał skorzystać z moich umiejętności. Przejmując zespół w trakcie rundy niemal zawsze dostaje się taki z problemami. Trzeba było szybko reagować.

Ten plan, sposób pracy i pomysł na grę był uniwersalny, czy skrojony pod Śląsk Wrocław?

- Moja praca we Wrocławiu jest podzielona na etapy i tak rozmawiałem z prezesem oraz dyrektorem sportowym klubu jeszcze przed podpisaniem kontraktu. Czyli mamy cel i wizję kierunku w jakim Śląsk sportowo powinien pójść w przyszłości. Jednak tej przyszłości nie ma bez utrzymania. Dlatego w tych jedenastu, a teraz już dziesięciu po prostu musimy przetrwać. Sposób grania będzie więc pragmatyczny, bo zmiany od podstaw, wprowadzanie niektórych piłkarzy mogą być na tym etapie zbyt niebezpieczne w realizacji. Budowę zaczniemy latem, po bardzo trudnej walce o utrzymanie.

Śląsk w tym sezonie bardzo mieszał style gry. Z jednej strony Tadeusz Pawłowski chciał, by zespół grał ładnie dla oka, utrzymywał się przy piłce. Później, u Romualda Szukiełowicza piłkarze ataki prowadzili długimi podaniami, grali właśnie pragmatycznie. Pierwszy wprowadził drużynę w strefę spadkową, drugi dobił zespół niemal do dna tabeli. Czego można oczekiwać po Śląsku Mariusza Rumaka?

- Nie, ja absolutnie nie rozumiem pragmatyzmu jako uderzania piłki do przodu z nadzieją, że coś się stanie. Nasz styl będzie teraz dopasowany do poszczególnych przeciwników, tak by dać sukces tu i teraz. Czasami przejmiemy inicjatywę, zbliżymy się do Śląska trenera Pawłowskiego, ale zdarzy się, że będziemy musieli poczekać. Na pewno naszym stylem nie zostanie "kopnij i biegnij", ani pełne skupienie na posiadaniu. Musimy się dostosowywać. Natomiast w kolejnym sezonie, jeśli uda się zrealizować cel, to chcielibyśmy grać swoją piłkę, niezależnie od tego z kim i gdzie zagramy.

W którym momencie po pierwszym wejściu do budynku klubowego naprawdę dostrzegł pan, że Śląsk ma spore problemy?

- Największym problemem jest nasze miejsce w tabeli. Ono generuje pewne napięcie, które jest normalne w takiej sytuacji. Na treningu nie ma śmiechów, jest niepewność. Moim głównym celem jest przywrócenie jej u piłkarzy w wykonywaniu pewnych zadań na boisku. Mówiąc prościej: gdy uderzam na bramkę to muszę być pewny, że piłka wpadnie do siatki.

Te najbliższe podanie to gaszenie pożarów w każdej formacji: w bramce, obronie, pomocy i w ataku. Jest ich całkiem sporo.

- Nie chcę tych problemów tak nazywać. Są pozycje na których rywalizacja jest naprawdę mocna i wiem, że tam wszystko pójdzie do przodu. Natomiast pożar jest wtedy, gdy jakaś pozycja nie jest obsadzona. Na razie jedyną kwestią jest wybranie odpowiedniego piłkarza do gry. U mnie nie ma podziału na pierwszy skład i rezerwowych. Nie jest tak, że jeśli ktoś nie zagrał z Koroną, to w tym tygodniu również usiądzie na ławce.

We Wrocławiu wielkie nadzieje wiązano z Ryotą Morioką, japońskim rozgrywającym, który zimą trafił do Wrocławia. Jego forma pozostawiała wiele do życzenia. Pan w pierwszych dniach mówił o konieczności nawiązania komunikacji z Japończykiem, znalazienia tłumacza, który pomógłby mu zrozumieć wymagania trenera. Czy to już się udało zrobić?

- Była już taka osoba w klubie. Jednak w przypadku Morioki komunikacja z nim była pierwszą sprawą, drugą to, by on też rozmawiał z innymi piłkarzami, swoimi kolegami z zespołu. Jeśli chodzi o przekazywanie informacji taktycznych to nie ma większego problemu. On jest wyedukowany w japońskich akademiach, gdzie poziom jest wysoki, grał też w reprezentacji. Kwestia taka, by dokładnie wiedział, czego od niego wymagamy. Kiedy stosować wysoki, a kiedy niski pressing. Ma nawyki, więc siadając z nim do wideo i tablicy on rozumie swoje zadania. Problem jest inny - trzeba być obecnym w szatni, wiedzieć z czego inni się śmieją, o czym rozmawiają. Tu jest największe pole do tego, by stał się częścią grupy. Zaczyna rozumieć poszczególne słowa, ale też potrzebuje czasu. Pan trafiając jutro do Japonii i nie znając innego języka niż polski też miałby niemałe problemy w swojej pracy, prawda?

Obserwując Moriokę na treningach faktycznie łatwo dostrzec jego wyjątkowość o której mówiono po transferze do Wrocławia?

- Poczekałbym z oceną. To dobry piłkarz, natomiast słowo "wyjątkowy" zostawiam dla zawodników naprawdę nieprzeciętnych. Wciąż może się takim okazać.

W poprzednim sezonie rozmawiałem z Bartłomiejem Pawłowskim, wtedy zawodnikiem Zawiszy Bydgoszcz i pana podopiecznym. Chwalił sobie to indywidualne podejście, analizy wideo i dyskusje w których tłumaczył pan swoje wymagania.

- To jest mój warsztat. Rozmawiamy na poziomie indywidualnym i zespołowym. Jeden z najtrudniejszych momentów w życiu zawodowym jest wtedy, gdy robisz coś i nie wiesz, czy robisz to dobrze. Piłkarze to często bardzo ambitni ludzie, którzy mają swoje indywiudalne cele, chcą być coraz lepsi. Dlaczego jako trenerzy mamy im w tym nie pomagać? Nie mówić, co mają poprawić w technice, jak lepiej zachowywać się na boisku? Tak pracowałem i pracuję w Śląsku.

Czy to, że piłkarzom brakuje pewności siebie panu w tym pomaga? Przez tyle porażek oni nie kwestionują, mogą nie wzbraniać się przed uwagami dotyczącymi ich gry.

- Zawsze jest łatwo. Niezależnie od momentu czy sytuacji w tabeli, piłkarze zawsze chcą się rozwijać. To nie jest coaching, który polega wyłącznie na pokazywaniu błędów. Częściej chodzi o to, by wskazać sytuacje w których zachowują się dobrze, zachęcić zawodników, by to powtarzali. Głównie skupiamy się na tym, by udowodnić im, że wciąż są dobrymi piłkarzami. To jest rozmowa na zasadzie: "patrz, dużo potrafisz, powtarzaj te i te zagrania". Tak budujemy ich pewność siebie.

W Śląsku trafił pan na piłkarzy, których paru chciał mieć w Lechu Poznań, są zawodnicy z doświadczeniem gry w reprezentacji, zdobywcy mistrzostwa Polski. To do tych liderów zwrócił się pan w pierwszej kolejności?

- Oczywiście. Zawsze jest tak, że szatnia żyje swoim życiem, na własne zasady i ja jestem od tego, by je chronić. Muszę też dużo wymagać, ale też oddając liderom w pewnych sprawach palmę pierwszeństwa. Koniec końców, to oni decydują na boisku o wynikach, a trener jest z boku. Mogę krzyczeć, ale nie wszystko trafi do piłkarzy. Muszę mieć na boisku zawodników, którzy w odpowiednim momencie przekażą innym, co trzeba zrobić. Piłkarzy potrafiących przejąć inicjatywę, zarządzających tym, o czym trener mówił w trakcie tygodnia na odprawach.

W Lechu i w Zawiszy doświadczył pan czegoś zupełnie innego - w Poznaniu walki o mistrzostwo kraju, w Bydgoszczy ratowania ekstraklasy. Czy to oczywiste, że z tego drugiego doświadczenia bardziej skorzysta pan w pracy we Wrocławiu?

- Pod względem sytuacji w tabeli tak, ale myślę, że przydadzą się doświadczenia z obu tych miejsc. Choćby patrząc przez wzgląd na kariery piłkarzy, którzy są w Śląsku. Część grała w reprezentacjach, niektórzy wygrywali tytuły - pod tym względem bliżej im do tych z którymi współpracowałem w Lechu. Każdy z tych klubów ma swoją specyfikę. We Wrocławiu jest piękny stadion, więcej kibiców niż w Bydgoszczy. Czuć, że to klub przez duże K, wszechobecna jest historia Śląska. Na treningach jest z nami zawsze Janusz Sybis, legenda. Zawsze coś podpowie, porozmawia i ja bardzo to sobie cenię.

Był moment zawahania przed przyjęciem oferty Śląska ze względu na sytuację klubu?

- Zawsze coś takiego jest. Dla mnie to bardzo duże wyzwanie i zagrożenie w kontekście dalszej pracy trenera. Natomiast jeśli miałbym się tak ciągle wahać, to byłbym bez pracy przez dziesięć lat. Jednak Śląsk to klub, który ma w perspektywie niemałe szanse na powrót na top ekstraklasy. Latem, przed okresem przygotowawczym sytuacja byłaby inna, nie miałbym wątpliwości. Teraz to zawahanie było normalne, ale wiem, że podjąłem słuszną decyzję.

Mówi się, że trener po półrocznej przerwie od pracy ma tyle entuzjazmu, że sam prowadzi nawet rozgrzewkę przed treningiem.

- Tak, ale muszę się powstrzymywać. Jestem trenerem, który chce delegować zadania swoim współpracownikom, by nie byli tylko od noszenia znaczników na boisko. Gdybym mógł, to sam poprowadziłbym całość ćwiczeń.

Z czego wynika ten entuzjazm?

- Ja to nazywam takim dobrym uzależnieniem. Sam odkąd zacząłem być trenerem pracowałem piętnaście lat ciągiem. Nie miałem żadnych przerw, wolnego dłuższego niż dwa tygodnie. I nagle, mój organizm, który przez tyle czasu był ciągle na warsztacie, dostaje półroczny urlop. Proszę wierzyć, że człowiek źle czuje się w takiej sytuacji. Nigdy nie paliłem, ale wyobrażam sobie, że to taka sama sytuacja, gdy człowiek chce zapalić, ale nie ma papierosów. Dla mnie praca w piłce jest takim uzależnieniem - nie same mecze, ale treningi, tłumaczenie piłkarzom, co i jak mają robić. A potem najfajniejsze jest uczucie, gdy dostrzegam u nich poprawę, gdy zespół gra coraz lepiej.

Jest jakiś substytut na ten okres bez pracy?

- Nie ma żadnego. Owszem, na początku chce się odpocząć, nabrać dystansu, spisać przemyślenia, pooglądać mecze, doedukować się, ale dla mnie to miesiąc czasu i już chcę wrócić do pracy. Można jeździć, rozmawiać, komentować, ale nic tej pracy nie zastąpi.



Ibrahimoviciowi włączył się Prijović! Fantastyczna ekstraklasa [MEMY]