Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Ekstraklasa. Jak Piotr Mandrysz wychodzi z szuflady. Trener z wizją pomocnika

- Największą sztuką jest sprawić, by zespół potrafił zagrać na różne sposoby. Taka drużyna sprawia więcej trudności przeciwnikowi - mówi Piotr Mandrysz, trener Termaliki Bruk-Bet Nieciecza, który od Barcelony woli Real, któremu imponuje Carlo Ancelotti, który chce, by w końcu doceniono jego drużynę.
Nowy Sport.pl wkrótce! [SPRAWDŹ]


Po wejściu do klubowego budynku czuć znajomy zapach boiska - tej specyficznej mieszaniny trawy i błota. Zaparowane szyby oraz gwar w szatni wskazują na dopiero co zakończony trening. Pomieszczenia są niewielkie i chociaż jest w nich schludnie, to widać upływ czasu. W gabinecie trenera rzuca się w oczy wściekle zielony kolor ścian, komputer stacjonarny z monitorem wyglądającym na model z przełomu wieków oraz cerata na stole zapewne pamiętająca czasy PRL-u.

Warunki przystają do rzeczywistości gospodarza, czwartoligowego MLKS Polan Żabno. Ale taka jest też przejściowa rzeczywistość Termaliki Bruk-Bet, beniaminka ekstraklasy. Jej stadion wraz z całym klubowym zapleczem jest w tej chwili przebudowywany. Praca wre na trzy zmiany, wszystko ma być gotowe na 20 listopada. Na razie Termalica działa w trybie tymczasowym, co zapewne odbija się na drużynie.

Codzienne przygotowania ekipy trenera Piotra Mandrysza wyglądają tak, że drużyna przebiera się w szatni klubu z Żabna, wsiada do samochodów, jedzie cztery kilometry do Niecieczy, na boiska treningowe, którym remont nie przeszkadza. Trenuje, a po zajęciach znów wraca w gościnę Polanu. A jeśli gra mecz u siebie, to jedzie na stadion do Mielca.

Tam ostatnio Termalica przegrała z Lechią Gdańsk 0:1, ale znów zaprezentowała się lepiej od bogatszego i mocniejszego rywala. Podobnie było z Legią w Warszawie, gdzie po remisie 1:1 kibice gospodarzy pytali, dlaczego ich zespół nie może grać jak Termalica. A "Słoniki" rozprawiły się także z Lechem Poznań (3:1), pokonały Górnika Zabrze (3:0), zremisowały z Wisłą Kraków (0:0) i wygrały na wyjeździe z Cracovią (3:2).

Zły początek, ale bez kryzysu

To zasługa Piotra Mandrysza, wychowanka ROW Rybnik, który w latach 90. błyszczał jako zawodnik ekstraklasowej Pogoni Szczecin. Drużynę 53-letniego szkoleniowca eksperci umieszczali przed sezonem najwyżej tuż nad strefą spadkową i po pierwszych trzech kolejkach - porażkach bez strzelonego gola - wszyscy zgodnie przytakiwali, że oto jest najsłabszy od lat beniaminek. Ale Mandrysz tym się nie przejmował, wiedział, że musi nastąpić przełom. - Na początku moich piłkarzy przytłoczyła cała otoczka ekstraklasy. Wielkie, nowoczesne stadiony, ich funkcjonalność, zainteresowanie mediów, tłumy kibiców... - tłumaczy.

A jednak Nieciecza nie pogrążyła się w takim kryzysie jak choćby Lech. W 10 ostatnich kolejkach przegrała tylko dwa razy i chociaż jest na dopiero 11. miejscu w tabeli, to od szóstej Wisły dzielą ją tylko dwa punkty. - Jakim byłbym człowiekiem, gdybym na początku sezonu nie dał szansy piłkarzom, którzy wywalczyli awans? To byłoby trenerskie harakiri. Szansa była, porażki też, ale dzięki temu też zrozumieliśmy, że potrzebujemy zawodników, którzy nie pękną w ekstraklasie - mówi Mandrysz. Jego zespół już w trakcie sezonu wzmocniono m.in. Pavolem Stano, Martinem Juharem i Mariem Licką.

Mandrysz jest już znużony powtarzanymi tekstami o klubie z małej wsi, o tym, że dla takich klubów jak Legia czy Lech niekorzystne rezultaty z Termalicą to wstyd. - A może warto docenić poziom chłopaków i trenera, którzy te wyniki osiągnęli? Między Bogiem a prawdą - co to za sztuka zdobyć mistrzostwo z budżetem 120 milionów złotych? To konieczność! Ale zrobić awans i potem utrzymać zespół w ekstraklasie z klubem o takim potencjale jak nasz, to sukces większy - uważa.

Ofiara Szczakowianki

Delikatna irytacja Mandrysza brakiem uznania dla pracy jego i drużyny wynika chyba z jego osobistych doświadczeń. Szybko przeszedł z boiska na ławkę trenerską, prowadząc RKS Radomsko w barażach o ekstraklasę wrócił jeszcze na murawę jako zawodnik. Potem były epizody w Chorzowie oraz Gdyni - oba zakończone rozczarowaniem. Po pracy z rezerwami Odry Wodzisław Śląski jeszcze osiem lat temu Mandrysz prowadził Beskid Skoczów. Dopiero w kolejnych sezonach zaliczał awanse z Pogonią i GKS-em Tychy (na zaplecze ekstraklasy), a potem Piastem i Termalicą (do najwyższej ligi). Jednak w roli trenera klubu z ekstraklasy nigdy nie pracował za długo.

- Niestety, taki jest piłkarski biznes. Często o zatrudnieniu trenera nie decydują względy merytoryczne. Są w Polsce trenerzy pasujący do ekstraklasy, są ci, którzy do niej nie pasują, ci, których pchają inni, a także osoby, które nigdy do niej nie zostaną dopuszczone. Ja zawsze musiałem sobie to prawo wywalczyć - tak było z Radomskiem jeszcze w 2001 roku, a potem z Piastem i Termalicą.

- To, że pracowałem w niższych ligach, nie powodowało jednak, że czułem się gorszy. Ale tam mnie zaszufladkowano. Kiedy? Po dwóch spadkach z Radomskiem i Ruchem Chorzów, za każdym razem przeciwko Szczakowiance Jaworzno. A przecież każdy wie, jak wtedy działał tamten klub... Ciekawe, że od momentu, w którym oczyszczono polski futbol z korupcji, Mandrysz nagle ma bardzo dobre wyniki. I to w każdym klubie, w którym pracuje. Tylko nikt nie chce tego dostrzec, nikt nie chce o tym powiedzieć. Co, wcześniej byłem złym trenerem? - pyta retorycznie.

To, że często zmieniał kluby, pokazuje, jak trudno było mu cokolwiek zbudować. A przecież zawsze pracował w skromnych warunkach, jego drużyny składane były za drobne pieniądze, bez wiary czy nawet marzeń o sukcesie. I w końcu padał ofiarą tzw. "punktomanii", czyli skupienia się zarządzających klubami wyłącznie na sytuacji bieżącej, a nie długofalowej wizji trenera.

Woli Real, imponuje mu Ancelotti

W tym sezonie, obok Jacka Zielińskiego, Czesława Michniewicza oraz Radoslava Latala, Mandrysz należy do szkoleniowców, którzy imponują najbardziej. Potrafią zmieniać ustawienia i nastawienie swoich drużyn, są elastyczni, ale też stawiają na grę piłką, a nie jej kopanie. - Największą sztuką jest sprawić, by zespół potrafił zagrać na różne sposoby. Taka drużyna sprawia więcej trudności przeciwnikowi. Są trenerzy z bardzo określoną filozofią futbolu. Nie gorszą, ale bardziej przewidywalną i przez to można z nimi wygrać - mówi.

Jednym z takich szkoleniowców był Wojciech Stawowy, który pracując w Cracovii, otwarcie mówił o chęci wprowadzenia stylu na miarę barcelońskiej tiki-taki i poległ. - Ja zdecydowanie się od niego różnię. Wiem, że wszystkich ekscytuje gra Barcelony, ale ja wolę tę Realu. To jest mi bliższe. Oczywiście, o czym my mówimy, pracując w ekstraklasie! Ale dla mnie istotą futbolu jest zdobywanie goli, a nie utrzymanie się przy piłce. Chcę budować akcje od tyłu, co nie znaczy, że mój zespół ma grać na własnej połowie. Chcę, by w kilka sekund przenosił piłkę na drugą stronę boiska. Krótkimi podaniami, bo jest mniejsze ryzyko straty - tłumaczy. Udaje się, bo tak Termalika strzelała gole m.in. Legii, Lechowi i Cracovii.

Skąd inspiracja do takiej gry? - Ktoś powiedział, że najlepszymi trenerami są pomocnicy. Ich kreatywność przekłada się na inną wizję grania - mówi były rozgrywający, który w ekstraklasie strzelił 41 goli w 184 meczach. - Już po maturze wiedziałem, że chcę zostać trenerem. Od tych, którzy prowadzili drużyny, w których grałem, starałem się czerpać to, co dobre, i odrzucać złe rzeczy. Poza tym bardzo imponuje mi Carlo Ancelotti. To człowiek, który nie gada, ale robi - dodaje Mandrysz.

Zdyszany jak piłkarze

- Dostałem SMS-a od mojego syna, który - w przeciwieństwie do większości sędziów - gra w piłkę i umie ocenić obiektywnie pewne zdarzenia. Stwierdził, że faulu i jedenastki nie było - mówił po przegranym w ostatniej minucie meczu z Lechią. To był jego pierwszy tak mocny, zdecydowany komentarz w tym sezonie. Na początku rozgrywek Mandrysz nie narzekał, tylko ciężko pracował. - Zbędne gadanie niczemu nie służy. Ale może przez to niektórzy mówią o mnie mniej, a o innych więcej? - zastanawia się teraz.

Podczas pracy Mandrysz jednak mówi, i to dużo. Podczas treningu Termaliki asystenci stoją z boku, a on biega między swoimi piłkarzami, każdemu przekazuje uwagi, kieruje całymi zajęciami. Jest najgłośniejszy, schodzi z treningu niemal tak samo zdyszany jak jego piłkarze.

Po zajęciach, gdy siedzimy w tymczasowym gabinecie, jest już inaczej. Mandrysz rozmówcą jest spokojnym, nie szuka - jak zdarza się to innym trenerom - ciętej riposty, nie stara się na siłę sprowadzić swojej myśli do efektownego porównania, mocnej opinii. Trener Termaliki wypowiada się z szacunkiem dla rozmówcy, nie kreuje się na wyrocznię. Gdy mówi o niesprawiedliwości biznesu piłkarskiego, to przemawia przez niego raczej osobista ambicja i poczucie własnej wartości, a nie zawiść.

Do kwestii swojego awansu w hierarchii ekstraklasowych trenerów podchodzi z dystansem, choć nie bez charakterystycznego dla siebie entuzjazmu. - Każdy ma ambicje, aspiracje. Ja poprzeczkę zawsze wieszałem sobie bardzo wysoko, niezależnie od poziomu, na jakim pracowałem. Myślę, że przede mną jeszcze wiele lat w tym wymagającym zawodzie. To robota, w której trzeba mieć wiele pasji, by radzić sobie z trudnymi warunkami, ograniczonymi czasem i środkami, pod rosnącą presją. Ale dla mnie to całe życie.

Czy zadomowi się na poziomie ekstraklasy? Z Termalicą wiąże go umowa tylko do końca obecnego sezonu.

Czy to koszulki piłkarskie z przyszłości? [ZOBACZ]