Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Jak Legia i Lech torpedują rozwój ekstraklasy. Polscy mistrzowie przeciętniactwa

Legia to kliniczny przykład, że osławiony proces budowania drużyny, doskonalenia jej, cierpliwego pokonywania z nią kolejnych szczebli rozwoju jest fikcją. Lech stworzył przypadek, jakiego w historii ligi nie było. Zamiast ciągnąć ligowych rywali w górę, toną w przeciętniactwie. I to nie na skalę europejską, ale polską.
26-letni Bartłomiej Babiarz mówił po niedzielnym meczu w Warszawie o niedosycie. Mający swą siedzibę we wsi liczącej 750 mieszkańców beniaminek zremisował 1:1 z najbogatszym klubem w Polsce dość nieszczęśliwie. Termalica Bruk-Bet prowadziła grę, częściej była przy piłce, pierwsza zdobyła gola. Babiarz żartował, że przed meczem widział ankietę wśród mieszkańców stolicy, którym zadano pytanie: "Co to jest Nieciecza?". Jedni odpowiadali, że jaszczurka, inni - że brak cieczy. - No to w poniedziałek większość już będzie wiedziała - dodał.

Przygoda beniaminka wnosi do ekstraklasy element baśniowy. Pomnik słonia przy drodze dojazdowej do miejscowości położonej w dolinie Dunajca to najnowszy symbol polskiej piłki. Siły klubu, jego właścicieli, którzy daleko od serca gospodarczego kraju zbudowali coś z niczego. Fundamentem drużyny podbijającej serca kibiców jest firma brukarska. Zespół gra odważnie, jak mówi Babiarz, stara się rozgrywać piłkę, a nie tylko ją kopać.

Ale sukces Termaliki ma też ciemną stronę. Pierwsze pytanie zadane Babiarzowi po meczu brzmiało: "Czy to wy jesteście tak mocni, czy Legia tak słaba?". Wicemistrz Polski szczycący się 120-milionowym budżetem (dziesięć razy wyższym od zespołu z Niecieczy) nie potrafi otrząsnąć się po stracie tytułu. Zaczął od porażki z Lechem w Superpucharze Polski, kiedy obwieszczono, że oto liga polska ma dwa kluby eksportowe zdolne podnieść z okolic dna jej rangę w europejskiej hierarchii.

W lidze Legia wystartowała, jakby lokalnych rywali chciała zagryźć, aż w piątej kolejce odbiła się od Piasta Gliwice, który zbiera jeszcze huczniejsze peany niż Termalica. Jego budżet to 18 mln zł, za które czeski trener Radoslav Látal zbudował drużynę rozbijającą w proch i pył faworytów. A przecież klub zaledwie szósty sezon gra w najwyższej klasie rozgrywkowej. I po dziesięciu kolejkach, ograniu Legii, Lecha ma aż sześć punktów przewagi nad drugą w tabeli Pogonią Szczecin.

Sukces Piasta też ma ciemne strony. Dowodzi, że hierarchia w ekstraklasie jest tak słaba, iż można ją rozbijać bez pieniędzy, tradycji, właściwie z marszu. Dobry pomysł, trafione transfery i praca wystarczają, by podbijać 40-milionowy kraj, gdzie futbol jest sportem numer 1.

Od porażki z Piastem w kolejnych pięciu meczach ligowych Legia wygrała zaledwie raz. Stan głębokiego marazmu rozprzestrzenił się na Ligę Europy (porażka z FC Midtjylland). I dziś zamiast szykować wszystkie siły na czwartkowy hit z Napoli, najbogatszy polski klub debatuje o zmianie trenera. Nie próbuje zebrać nadwątlonej energii na przybyszy straszących Gonzalo Higua~nem, ale trwoni ją na rozgrywki wewnętrzne, gasi pożar w szatni. I bierze niemal za pewnik, że tylko cud może uratować drużynę od klęski. A gdyby się jednak udało, to co zrobić z Henningiem Bergiem, którego los jest ponoć przesądzony?

Jeśli Legia wystartuje od dwóch porażek w Lidze Europejskiej, marzenia o awansie staną się prawie nierealne. Czy tak miało wyglądać ambitne zadanie przemienienia stołecznej drużyny w europejskiego średniaka?

Legia to kliniczny przykład, że osławiony proces budowania drużyny, doskonalenia jej, cierpliwego pokonywania z nią kolejnych szczebli rozwoju jest fikcją. Dobrze brzmi w ustach prezesów, ale nie ma pokrycia w faktach. Albo się drużynę ma, albo nie. Przed rokiem klub ją miał, mógł mierzyć w Ligę Mistrzów, ale przegapił szansę, swój moment. Popełnił błąd proceduralny w meczach z Celtikiem i dziś przypomina pociąg na bocznicy. A z nim nadzieje na postęp ekstraklasy tkwią w martwym punkcie. Termalica i Piast ich nie wskrzeszą, a na pewno nie szybko.

Lech stworzył przypadek, jakiego w historii ligi nie było. Żaden mistrz tak długo nie dochodził do siebie po wielkim sukcesie. Duma Poznania spadła na dno tabeli, w sobotę w meczu z przedostatnim Górnikiem Zabrze przerwała passę pięciu ligowych porażek. Remisem u siebie.

Doszło do takiego absurdu, że Maciej Skorża w meczu LE z Belenenses oszczędzał piłkarzy na starcie z Jagiellonią, by je potem i tak przegrać. Lech też nie jest wizytówką ekstraklasy w Europie. Nikt w Poznaniu nie ma do tego głowy. Oglądając wywiady ze Skorżą, można się obawiać, czy trener, w którego tak wierzono, nie rozpłacze się publicznie.

A więc w ekstraklasie znów odbywa się równanie w dół - wbrew logice ekonomicznej i zdrowemu rozsądkowi. Lech i Legia zamiast ciągnąć ligowych rywali w górę, toną w przeciętniactwie. I to nie na skalę europejską, ale polską.