Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Ekstraklasa. Sensowna babka pociąga za sznurki w Jagiellonii

- W piłce nożnej jest miejsce dla kobiet i w wielu aspektach możemy być nawet lepsze niż mężczyźni. Ale chwalę sobie pracę w męskim środowisku, faceci są konkretni i łatwiej się z nimi dogadać - mówi Agnieszka Syczewska, dyrektorka zarządzająca Jagiellonii Białystok. To m.in. dzięki niej klubu nie trafił kryzys finansowy, a piłkarze dostają pieniądze na czas.
- Jeśli chce ktoś chce coś wiedzieć o Jagiellonii, to musi z nią porozmawiać. To radca prawny, dyrektor zarządzający, członek zarządu i rzecznik prasowy w jednym - chwali ją jeden z właścicieli klubu.

Kobiety na ważnych stanowiskach w polskiej piłce nie mają się dobrze, odkąd winą za wyrzucenie Legii z Ligi Mistrzów obarczono Martę Ostrowską, kierowniczkę drużyny. - Ona była w szatni, blisko zespołu. Nigdy tak u mnie nie będzie - mówi z kolei Agnieszka Syczewska, dyrektorka zarządzająca Jagiellonii. - Żartowałam, że gdyby coś takiego u nas się zdarzyło, to właściciele pewnie pokroiliby mnie tępym nożem. W Białymstoku wszystko to wina moja albo trenera - śmieje się. Nic dziwnego. Niedawno porównała swoje obowiązki do kadr w Legii Warszawa i okazało się, że jej pracę wykonuje tam pewnie kilka osób.

Modelina na szczęście

Białystok, choć jest miastem wojewódzkim, to jednak nie oferuje perspektyw dla młodych ludzi, zwłaszcza dla prawników. Syczewska w 2008 roku kończy studia. Planuje, tak jak większość jej znajomych z roku, przenieść się do Warszawy. Tam jest więcej spraw, tam jest więcej okazji do wykazania się, tam też jest więcej pieniędzy.

Już w trakcie studiów pracuje w kancelarii. Gdy kończy się jej edukacja, odzywa się agencja rekrutacyjna z ogłoszeniem: asystent prawny do zarządu w organizacji społecznej. Syczewska z grzeczności odsyła CV i list motywacyjny. Wpisuje w zainteresowaniach: piłka nożna. - Siostra mówiła mi, że to strzał w stopę. Lepiej wpisać rowery, film, książki. Cokolwiek - wspomina. Futbol jednak zostaje.

Syczewska od dziecka kibicuje Jagiellonii. Na pierwsze mecze zabiera ją brat, razem oglądają zmagania drużyny w walce o powrót do ekstraklasy. W końcu udaje się w 2007 roku - awansuje do najwyższej klasy rozgrywkowej. Beniaminek w pierwszym sezonie ledwo utrzymuje się w lidze. Rok później zajmuje miejsce w środku tabeli, a Syczewska jest już wtedy w klubie.

W sierpniu 2008 roku Jagiellonia jedzie na wyjazd do Gdyni. Jest niedziela, godz. 19, pogoda może nieidealna do grania w piłkę, ale na pewno do organizowania grilla. Brat Agnieszki zaprasza ją na imprezę. Wszyscy słuchają relacji z meczu. 25-latka opowiada o rozmowie o pracę, którą ma następnego dnia. Nie ma pojęcia, o czym będzie musiała rozmawiać.

Nazajutrz ubiera szczęśliwą marynarkę z obrony pracy magisterskiej. Sięga do kieszeni i wyjmuje z niej malutką kulkę z modeliny w żółto-czerwonych barwach. - Mamy z bratem chrześniaczkę, która takie robi dla zabawy - mówi. Agnieszka wkłada kulkę do marynarki i idzie na rozmowę.

- Skąd takie hobby? - pyta się rekruterka, przyzwyczajona raczej do filmu, literatury i rowerów.

Syczewska opowiada historię kibicowania Jagiellonii i w końcu słyszy, że organizacją społeczną, która szuka asystenta prawnego, jest właśnie białostocki klub. - To dziwne, bo przecież Jagiellonia taką organizacją nie jest, nie była i pewnie nie będzie - mówi.

Zatrudnienie jest już tylko formalnością. Prezesem klubu jest Ireneusz Trębiński. Po egzaminie na aplikację Syczewska jest już asystentką zarządu u boku Artura Kapelki, który po dwóch tygodniach składa wypowiedzenie. To rozpoczyna lawinę zmian. Odchodzi kolejny wiceprezes, zmienia się siedziba klubu, który przenosi się ze starej hali do biurowca. Powstają struktury sportowe i pozasportowe. Wszystko od zera. Pracę zaczyna jako asystentka zarządu, do tego odpowiada podczas meczów za punkt informacyjny i obsługę mediów. Poznaje klub od podszewki, wszystkie działy. - Wtedy w klubie pracowało niespełna dziesięć osób. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak wtedy funkcjonowaliśmy - wspomina. Szybko też wchodzi do struktur PZPN-u. W grudniu 2008 roku dostaje się do Najwyższej Komisji Odwoławczej. Pracuje tam do dziś.

Bomby i afery

Futbolu uczy się szybko, bo już w lutym 2009 roku jest wrzucona na głęboką wodę. PZPN degraduje Jagiellonię za korupcję. Klubowi udaje się jednak zmniejszyć karę. Zamiast gry w I lidze, na starcie następnego sezonu ma minus dziesięć punktów. Drużyna Michała Probierza w sezonie 2009/2010 gra świetnie i bez problemu utrzymuje się w lidze. Do tego zdobywa Puchar Polski i wystąpi w Lidze Europy. Tam spotka się z Arisem Saloniki. Najpierw, przed meczem u siebie, Syczewska drży o przyjęcie przez delegatów UEFA stadionu. - Nazywaliśmy ten obiekt "kurnikiem", naprawdę mogło być różnie - wspomina.

Dziś mówi, że puchary to jest to, o co toczy się gra, ukoronowanie pracy całego zespołu. Jednak nikt nie mógł przewidzieć tego, co stanie się podczas rewanżu w Grecji. Już w drodze na stadion greccy kibole obrzucają klubowy autokar kamieniami. Policja nie reaguje. Grecy prowokują nieustannie. Dochodzi do walk na trybunach i przepychanek pomiędzy sztabami szkoleniowymi. Tymczasem policja aresztuje pięciu Polaków, a sąd błyskawicznie skazuje ich na kilka lat więzienia. - Nieszczęśliwie wspominamy ten wyjazd. Zarówno sportowo, jak i pozasportowo - mówi Syczewska. Jagiellonia po dwumeczu odpada z LE.

Futbol oduczył ją planowania, bo polska rzeczywistość piłkarska to wciąż częściej chaos i ciągłe gaszenie pożarów. - Kiedyś w drodze do biura układałam sobie plan dnia, ale gdy wchodziłam do klubu, to już wszystko się zmieniało. Tutaj co i rusz wybuchają "bomby, afery, awarie i awantury" - mówi.

W niwelowaniu kłopotów radzi sobie jak mało kto. Klub się rozwija, więc Syczewska dostaje coraz więcej obowiązków. Teraz śmieje się, że w tym klubie jeszcze tylko nie pierze, nie masuje i nie gra.

To ona w Jagiellonii jest najbliżej finansów. Do niej dzwonią ci, którzy pytają o pieniądze. - Wiele rzeczy można załatwić na ładny uśmiech, ale często muszę być twarda. Kłócę się o byle tysiąc złotych. Jestem tym złym policjantem. Nie dlatego, żeby piłkarz dostawał mniejsze pieniądze, ale żeby wypłata trafiała na czas - przekonuje i powołuje się na "Przegląd Sportowy", który wyliczył, że klub z Białegostoku w pięciu ostatnich latach zarobił na transferach prawie sześć milionów euro. Wydał ledwo ponad milion. - Dzięki tym transakcjom mieliśmy pieniądze na funkcjonowanie - twierdzi.

Żaden klub nie może żyć ponad stan. Rozwoju Jagiellonia nie szuka w większych wydatkach, ale w pracy z młodzieżą, lepszej organizacji i rozwijaniu struktur. - Gdy dzwoni do mnie Paweł Żelem [prezes Śląska Wrocław - przyp. red.] albo ja do niego, to przekomarzamy się, komu i na czym udało się więcej zaoszczędzić - śmieje się Syczewska.

Jedna z trzynastu

Dziś na wizytówce ma napisane "członek zarządu, dyrektor zarządzający", ale gdyby wypisała wszystkie swoje funkcje w klubie, to miejsca nie starczyłoby na dużo większej kartce. - To ona pociąga za sznurki w Jagiellonii - usłyszeliśmy. Dba o finanse, organizację, struktury klubu, zarządza najważniejszymi projektami. - Klub to nieustanna praca z wieloma osobami, podmiotami. Każdy ma inne oczekiwania. Cały czas też jesteśmy w mediach. Różne oczekiwania mają kibice, policja, miasto. Trzeba szukać dobrych rozwiązań.- twierdzi. Do tego jest pierwszym kontaktem dla mediów, bo pracuje też jako rzeczniczka prasowa. - Tego wymaga licencja na grę w ekstraklasie i kiedyś musiałam nią zostać. Teraz jest to trochę jak kwiatek do kożucha, bo chłopaki w biurze prasowym robią świetną robotę. Pewnie kiedyś przyjdzie czas, żeby zatrudnić rzecznika z prawdziwego zdarzenia - twierdzi.

Przede wszystkim jednak może w klubie podejmować decyzje. To w polskiej piłce ewenement. W zarządzie PZPN nie ma żadnej kobiety. W komisjach jest ich tylko 13 na 272 miejsc. W tym Syczewska. Również w ekstraklasowych klubach próżno szukać kobiet na najważniejszych dyrektorskich stołkach.

Kobiet o podobnych obowiązkach można odnaleźć dopiero za granicą. - Ostatnio czytałam o Marinie Granowskajej z Chelsea - opowiada. Rosjanka to prawa ręka Romana Abramowicza w londyńskim klubie. Jedna z najpotężniejszych kobiet w piłce. To ona odpowiada za świetną politykę transferową klubu, który powoli zrywa z łatką futbolowego Bizancjum. Chelsea zaczyna na transferach zarabiać i to mimo ściągania do klubu gwiazd z całej Europy. Do tego do Londynu wrócił Jose Mourinho. Jeśli coś na Stamford Bridge dzieje się dobrze, to jest to zasługa Granowskajej. - Czy moja rola w klubie jest podobna? To niewygodne pytanie, ale chyba tak. Nie wzorowałam się na nikim, poświęciłam pracy całe życie i staram się ją wykonywać jak najlepiej. To wszystko - mówi.

Jest miejsce dla kobiet

Gdy pojechała na mecz Jagiellonii z Legią, przyjrzała się pracy stołecznego klubu. Zobaczyła, że tam w księgowości pracuje 15 osób. Tyle co w całym białostockim klubie. Gdy pytamy, ile osób w Legii wykonuje jej pracę, to ze śmiechem odpowiada, że pewnie kilka. - Oczywiście to różne kluby, warszawiacy mają wiele sekcji, grają w pucharach. To różny potencjał, ale dążymy do tego pułapu, mamy sporo do nadrobienia - twierdzi.

Największe problemy związane z nieufnością działaczy do kobiet odczuła na początku pracy w PZPN, gdzie bardziej doświadczeni patrzyli na nią z nieufnością. Udowodniła jednak, że ciężką pracą da się wyrobić nazwisko. - Musiałam poznawać środowisko i ludzi. W tej chwili wielu już znam, więc pracuje mi się zdecydowanie łatwiej. W piłce nożnej jest miejsce dla kobiet i w wielu aspektach możemy być nawet lepsze niż mężczyźni. Ale chwalę sobie pracę w męskim środowisku, faceci są konkretni i łatwiej się z nimi dogadać - mówi.

Środowisko przyjęło Syczewską, a ekstraklasowe kluby zainteresowały się jej pracą. Pojawiły się oferty. Skąd? Tego nie może zdradzić. - To nie od nas - mówi Bogusław Leśnodorski, prezes Legii, ale doskonale wie, o kogo chodzi. - Bardzo sensowna babka. Spotkałem ją kiedyś na Komisji Ligi w PZPN-ie i zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, ale rozmawialiśmy dość krótko - dodaje.

Na razie dyrektorka zostaje u siebie, w Białymstoku. Skupia się na przygotowaniu klubu pod największą inwestycję w jego historii - budowy bazy treningowej. To największe wyzwanie i marzenie. Na razie jedno już spełniła - pracuje w Jagiellonii. - Każdy kibic chciałby tak pracować, ale to nie jest łatwa praca, choć daje możliwości rozwoju i olbrzymią satysfakcję - kończy.

Jak się skończą eliminacje Euro 2016 w polskiej grupie? [WYTYPUJ SAM!]