Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Transfery w ekstraklasie. Liga wraca po zakupach

W piątek start rundy wiosennej ekstraklasy. Zimą kluby wydały więcej na transfery, ale czy kupiły lepszych piłkarzy? Niewiele skorzystało z przykładów Lecha i Legii
Kluby ekstraklasy wydały blisko 3 mln euro, to najwięcej w zimowym oknie transferowym od 2011 r. Większa sprzedaż dotyczy jednak tylko trzech z nich - Legii, Lecha, Lechii.

Co ważniejsze, wyższe kwoty nie są dowodem na lepszą jakość wyboru piłkarzy przez kupujących. Powszechne przekonanie, że zanim kluby przedstawią zawodnika na konferencji, obejrzały go już z każdej strony, nie jest całkowicie prawdziwe. Na szczycie Legia z Lechem potrafią ścierać się nawet o specjalistów w dziedzinie obserwacji - mistrz Polski właśnie wyciągnął z Poznania skauta Siergieja Chitrikowa, który dla Lecha tanio wynajdywał zawodników na średnim poziomie europejskim.

Z drugiej strony w lidze wciąż jest zbyt wiele klubów, gdzie o powodzeniu transferu decyduje to, kto z kim pije wódkę. W jednym z klubów ekstraklasy na potwierdzenie czeka młody i zdolny piłkarz, którego chce trener, puszcza poprzedni klub, ale sprawę blokuje prezes. Dlaczego? Bo transfer musi przejść przez zaprzyjaźnionego menedżera.

Profesjonalizację w najlepszych klubach dostrzegają jednak zewnętrzni analitycy. Dowodem jest decyzja Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych "Skarbiec", które tej zimy stworzyło dla Legii fundusz Football. W przyszłości Skarbiec zrobi to także dla innych polskich klubów. Na fundusz składają się inwestycje w transfery Legii kilkudziesięciu osób prywatnych. Wkład minimalny to 40 tys euro. Łącznie zebrano 6 mln zł. Legia już zimą część pieniędzy wykorzystała (m.in. za 800 tys. euro kupiła z Zawiszy Michała Masłowskiego). Inwestorzy podzielą się przyszłymi zyskami z transferów. Jeśli zysku nie będzie, mają zapewniony zwrot i niewielkie oprocentowanie. Świadczy to z jednej strony o zaufaniu biznesu do zarządzających Legią, a z drugiej o przekonaniu klubu do pracy własnych skautów i dyrektora sportowego. W ciągu ostatnich dwóch lat w Warszawie mylono się już znacznie rzadziej niż w przeszłości. - Dostrzegamy, że pojawiły się polskie kluby, które gwarantują długofalową i profesjonalną politykę transferową. Przewidujemy, że rynek transferowy w Polsce w kolejnych latach będzie rósł - mówi Maciej Podgórski ze Skarbca.

- Inwestorzy zwracają uwagę na Lecha czy Legię, bo transfery w tych klubach są przeprowadzane według biznesowych standardów. W Lechu zatrudnia się np. trenera, o którym wiadomo, że będzie pracował zgodnie z wizją właścicieli klubu. A piłkarzy selekcjonuje się przez ten sam, niezmienny filtr od lat - mówi menedżer Marcin Lewicki z agencji ProSport Manager. Konsekwencja i czytelne reguły sprawiają, że co rok te dwa kluby potrafią sprzedać piłkarza za 2-3 mln euro.

Tej zimy Lech jednak też zainwestował, wydał ponad 5 mln złotych na drużynę, z którą chce odebrać Legii mistrzostwo. Wykupił m.in. Darko Jevticia z FC Basel i ściągnął dwóch młodych Węgrów.

W innych klubach wciąż najpopularniejszą metodą selekcjonowania piłkarzy są kilkudniowe testy, a nie praca skautów. Nie organizują ich wyłącznie Lech i Legia. Zimą warszawski klub co prawda pierwszy raz od dawna wyłamał się od zasady - sprawdził w sparingu Taye Taiwo, podstarzałego weterana z przeszłością w Lidze Mistrzów, ale się rozczarował i na kolejną próbę nieprędko się zdecyduje. - Testy przeważnie psują atmosferę w drużynie. Można je organizować tylko wtedy, gdy chodzi o młodego piłkarza lub takiego, którego znam, ale nie jestem pewien, czy się zaadaptuje - mówi Stan Valckx, były dyrektor sportowy Wisły i PSV Eindhoven. W Polsce testują nawet kluby, które utrzymują paru skautów jak Wisła, bo brakuje im gotówki. Krakowski klub zimą nikogo w ten sposób nie zatrudnił, w ogóle sprowadził tylko jednego piłkarza - transferów było najmniej w erze Bogusława Cupiała, czyli od 1997 r.

Na pierwszy rzut oka obok Lecha i Legii zimą rozsądne transfery przeprowadziła Lechia, która pół roku temu sprowadzała piłkarzy hurtowo. Do Gdańska przyjechało 20 zawodników, wielu z agencji menedżerskich powiązanych z właścicielami klubu. Zawiedzionym kibicom zimą ściągnięto za 300 tys. euro Sebastiana Milę. 33-letni rozgrywający promuje na plakatach mecze Lechii. Gdańszczanie chcą awansować do pierwszej ósemki i zagrać w rundzie mistrzowskiej.

Do największych zmian doszło w Zawiszy kierowanej przez byłego agenta Radosława Osucha. Odeszło 12 piłkarzy, przyszło ośmiu. Fundusze inwestycyjne klubem z Bydgoszczy na razie się nie interesują.