Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

T-Mobile Ekstraklasa. PZPN kończy eksperyment

Meczów T-Mobile Ekstraklasy nie będzie już prowadziło sześciu sędziów - tak zdecydował związek po błędach arbitrów w meczu Wisła - Legia. Prowadzący spotkanie Hubert Siejewicz i jego asystenci nie zostaną ukarani
- Uważa pan, że powinienem ich ukarać? Przecież to nie ludzie zawiedli, zawiódł system - przekonywał wczoraj Zbigniew Przesmycki, szef polskich arbitrów.

W sobotnim szlagierze 22. kolejki tzw. sędzia zabramkowy Sebastian Jarzębak nie zauważył, jak obrońca Legii Artur Jędrzejczyk wygarnia piłkę daleko zza linii końcowej. Po tej akcji padł pierwszy gol dla drużyny z Warszawy, która wygrała 2:1. Jeszcze przed przerwą sędzia główny nie dostrzegł faulu u brutalnie interweniującego bramkarza Wisły Siergieja Pareiki, który kopem w stylu karate potraktował Jakuba Koseckiego. Przesmycki uważa, że arbitrzy nie popełnili błędu, nie dyktując rzutu karnego po zagraniu ręką Tomasza Jodłowca. Trafił go kolega z drużyny Michał Żewłakow.

- Nie jestem w stanie udzielić wywiadu, proszę mnie zrozumieć, nie spałem całą noc - mówił wczoraj Siejewicz. Na niego oraz jego współpracowników spadła lawina brutalnych ocen, niektórzy twierdzili, że wszyscy mylili się celowo, ułatwiając Legii drogę do mistrzostwa.

Na pewno uważają tak w Wiśle, bo w oficjalnych pismach działacze tego klubu wyrażają nie tylko oburzenie, ale i zamierzają w szatni na stadionie urządzić "galerię sędziowskich sław", czyli powiesić fotografie wszystkich tych, którzy skrzywdzili krakowską drużynę niekorzystnymi decyzjami.

- Na pewno nie mylili się celowo. Prewencyjnie, by takie rzeczy się więcej nie zdarzały, wycofujemy się z pomysłu prowadzenia spotkań przez sześciu sędziów. Przekonał mnie do tego prezes PZPN Zbigniew Boniek, z którym spotkałem się w poniedziałek - mówi "Gazecie" Przesmycki i tłumaczy, że dodatkowi asystenci nie są jeszcze przygotowani do swojej roli. Związek, chcąc zminimalizować ryzyko, zaprzestaje eksperymentów. Nie zamierza też ponosić dodatkowych kosztów i wysyłać sędziów na szkolenia.

Sześciu arbitrów miało prowadzić wszystkie mecze ekstraklasy od nowego sezonu. Funkcji tzw. zabramkowych nie pełnili jednak przeszkoleni do tego sędziowie, ale główni. W sobotę w Krakowie byli nimi Jarzębak i Robert Małek. Na boisku panował duży bałagan, w niektórych sytuacjach sędziowie patrzyli na siebie, konsultowali się długo przez mikrofony i niepewnie podejmowali decyzję. W kluczowej akcji Jarzębak nie zareagował, kiedy piłka wyszła poza boisko. Najprawdopodobniej liczył na to, że zrobi to asystent liniowy Radosław Siejka. Ten jednak nie pobiegł do końca za akcją, bo widział stojącego blisko akcji Jarzębaka. Koło się zamknęło, nikt nie podjął decyzji, padła nieprawidłowa bramka, która wpłynęła na losy spotkania.

Nie pierwszy raz w tym sezonie. Właściwie zawsze, kiedy mecz prowadziło sześciu sędziów, dochodziło do nieporozumień. Największą pomyłkę popełnił sędzia Marcin Borski, który w spotkaniu Wisła - Podbeskidzie nie podyktował ewidentnego karnego dla krakowian. W pierwszej chwili chciał, bo obrońca z Bielska-Białej ewidentnie faulował Rafała Boguskiego, ale zmienił zdanie, wysłuchawszy podpowiedzi sędziego zabramkowego. Borski wówczas - tak jak teraz Siejewicz - uniknął kary.

W rozgrywkach UEFA też dochodziło do takich błędów, właśnie dlatego, że kompetencje rozmywały się na wielu arbitrów. Pomysł z tzw. zabramkowymi europejska federacja wprowadziła kilka lat temu w Lidze Europejskiej. Mieli oni być odpowiedzią dla zwolenników wprowadzania do futbolu technologii. Przymusu, by sześciu sędziów prowadziło mecze ligowe, w Europie nie ma.

- Nie zamierzamy skakać do basenu na głowę, kiedy nie wiemy, czy jest w nim woda. Wyłożyliśmy się kilka razy, należy odstąpić od prób. To definitywny koniec eksperymentu - kończy Przesmycki.

Relacje z najważniejszych zawodów w aplikacji Sport.pl Live na iOS i na Androida