Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Piłka nożna. Ekspert: W futbolu jak w gospodarce, fundamenty to podstawa

- Można chcieć zrobić wielki klub jak Manchester United, albo mieć mały biznesik dla grupki ludzi - tanio kupić, drogo sprzedać, niskie koszty, mało widzów, ważne, żeby jak najwięcej zostało dla nas - mówi Sport.pl ekonomista, prof. Witold Orłowski.
Jakub Ciastoń, Michał Szadkowski: Trybuny na nowych, lśniących stadionach straszą tysiącami pustych miejsc. Może Polaków nie stać na taką rozrywkę jak piłka nożna?

Prof. Witold Orłowski: Na pewno stać. Hiszpania 15 lat temu była krajem biedniejszym niż Polska dziś, a stadiony miała pełne. Anglia 25 lat temu też była biedniejsza, a stadiony zapełniała.

Z mikroekonomii pamiętamy, że konsument zaspokaja najpierw potrzeby bytowe, a dopiero na końcu jest czas wolny. Może Polak jeszcze nie do końca zaspokoił te pierwsze?

- To miałoby znaczenie w naprawdę bardzo biednym kraju, a my już takim nie jesteśmy. Wystarczy przejść się ulicami dużych polskich miast. Ludzie wydają pieniądze na rozrywkę - chodzą do kina, spędzają czas w centrach handlowych, kupują markowe ubrania, lubią dobrze zjeść. Więc nie o to chodzi.

Może bilety są za drogie? Podaż duża, popyt mały, trzeba obniżyć cenę.

- To nie takie proste. Gdy na stadion chcemy przyciągnąć nieźle sytuowanego konsumenta, który dziś chodzi do centrum handlowego i kina, to jeśli obniżymy za bardzo cenę biletu, możemy go nawet zniechęcić.

Dlaczego?

- Bo konsument może uznać, że mecz stracił przez obniżkę ceny na prestiżu, a on wysoko ceni swoje potrzeby w czasie wolnym i jest gotów zapłacić za to jak za świetną rozrywkę, czyli niemało. To tzw. paradoks Veblena - konsument jest gotów płacić dla prestiżu więcej za dobra, które traktuje jako luksusowe, np. za rozrywkę.

Jeśli stadion jest elegancki, cena nie gra roli, to czemu ten Kowalski ciągle siedzi w centrum handlowym, a nie na meczu?

- Może dlatego, że centrum handlowe lepiej spełnia jego potrzeby? Żeby zapełnić polskie stadiony, musimy na nie przyciągnąć klasę średnią, która chce przyjemnie spędzić czas. Nie tylko ojca, ale też dzieci i nawet ewentualnie mamę. Jeśli dziś taka rodzina dyskutuje, jak spędzi weekend, to tata może i chce iść na mecz, ale mama mówi: "O nie, chcesz to idź sam, my z dziećmi idziemy do kina". Dlaczego? Co z tego, że on jest ładny i elegancki, jeśli wokół fanatyczna grupka bluzga, krzyczy, zachowuje się agresywnie. Konsument szuka na stadionie wysokiej klasy rozrywki i relaksu, a do tego musi być przyjazna atmosfera. Wyobraźmy sobie, jak zachowałby się konsument w kinie, gdyby w ostatnim rzędzie usiadła podpita grupka chuliganów, zaczęła kląć, śpiewać i wyzywać aktorów. Kino straciłoby klientów, bo następnym razem poszliby gdzie indziej. Brak poczucia bezpieczeństwa przy wyborze, gdzie się chce miło spędzić wolny czas, jest kluczowy. Celowo mówię "poczucia bezpieczeństwa", a nie "bezpieczeństwa". Widok kordonu policjantów i ochroniarzy też skutecznie zniechęci, bo człowiek uzna, że potencjalnie może być niebezpiecznie. To wystarczy, żeby nie przyszedł na mecz, na pewno nie z dziećmi. Zamiast atmosfery zabawy jest atmosfera strachu.

W świadomości masowej stadion wciąż funkcjonuje jako miejsce ryzykowne, nie kojarzy się z przyjemnym spędzeniem weekendu. W interesie rozwoju polskiej piłki nożnej państwo powinno zrobić na stadionach porządek, tak jak 30 lat temu postąpiła w Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher.

Kluby się ociągają, płacą śmiesznie niskie kary za wykroczenia, przymykają oko na niedociągnięcia wynajętej przez siebie ochrony i kibolskie naginanie prawa.

- No to nic z tego nie będzie. Kiedy Legia Warszawa w pewnym momencie sama chciała zrobić porządek na swoim stadionie, inne kluby za nią nie poszły. A w gospodarce nie da się być samotną wyspą, klubem działającym jak Manchester United, świetnie zarządzanym, z pełnym stadionem, z klasą średnią na trybunach, gdy wszyscy dookoła robią dokładnie na odwrót. To jak jeżdżenie samochodem po lewej stronie jezdni. Dopóki wszyscy się nie zmienią, nic się nie zmieni.

Dlaczego niektórym klubom nie zależy na ściąganiu nowych widzów na stadiony? Czemu zależy im głównie na kibolach?

- Może i zależy na innych. Ale nawet najlepsza promocja nie pomoże, jeśli konsument uzna, że tam nie jest bezpiecznie. Biznes można prowadzić na dwa sposoby - zrobić wielki klub jak Manchester United, albo mieć mały biznesik dla grupki ludzi, z niskimi kosztami, ale jak się podzieli pieniądze, to wcale tak mało nie zostanie. Można być właścicielem ekskluzywnej restauracji i jeździć mercedesem, ale można też mieć brudną spelunę, niskie koszty, małe ambicje i też jeździć mercedesem. Takie myślenie w polskiej piłce, wywodzące się z komunizmu, pewnie wciąż funkcjonuje - tanio kupić, drogo sprzedać, niskie koszty, mało widzów, ważne, żeby jak najwięcej zostało dla nas. Po prostu różne modele biznesu.

Mówi pan, że władze powinny brać przykład z Margaret Thatcher. Co to znaczy?

- Demokratyczne państwo nie może się bać odważnych decyzji, jeśli są podejmowane w interesie zdecydowanej większości obywateli. Kary za brak bezpieczeństwa na stadionach, jeśli klub ewidentnie uchyla się od współdziałania, powinny być bardzo dotkliwe. Nie ma prawa zaistnieć sytuacja, że klub faktycznie broni stadionowych chuliganów, bo tak jest mu wygodniej. Kary dla bandytów też muszą być bezwzględne, a metody ich wychwytywania skuteczne. I nie chodzi o śledzenie tysięcy ludzi - zazwyczaj problem stwarza jedynie nieduża grupka agresywnych prowodyrów. Trzeba ją wyłapać, także w interesie tych najbardziej zagorzałych kibiców, bo to przecież oni psują ich wspólny wizerunek. Nikt nie odbiera im prawa miłości do futbolu.

Gdy konsument przyjedzie już na bezpieczny stadion i zobaczy nudne 0:0, to wróci?

- Oczywiście dochodzimy i do tego, że produkt musi mieć wysoką jakość, bo konkurencja jest naprawdę duża. Żeby zapełnić trybuny klasą średnią, trzeba ludzi wyciągnąć z centrów handlowych, kin, kręgielni, pubów. To jest prawdziwa konkurencja dla stadionów. Polacy mają mnóstwo innych propozycji spędzenia wolnego czasu, więc kluby i piłkarze muszą im zaoferować coś naprawdę atrakcyjnego. Jeśli ktoś przyjdzie na czysty i bezpieczny stadion - ale zobaczy, że piłkarze to nieudolne lenie, albo co gorsza, zacznie podejrzewać, że oszukują, będzie rozczarowany i następnym razem wybierze inną rozrywkę. Ale jeśli sportowcy zapewnią mu bardzo dobre widowisko w przyjemnej atmosferze, to wróci. A nawet zacznie wspierać klub, identyfikować się z nim, kupować gadżety i pamiątki. Ale dobry zespół nie bierze się znikąd, jego stworzenie wymaga zupełnie innego funkcjonowania klubów...

Ile gospodarka zyskuje na pełnym stadionie?

- Sport to tzw. przemysł czasu wolnego, najszybciej rozwijająca się, wysoko dochodowa gałąź gospodarki. Dobrze działająca piłka nożna to w rzeczywistości przemysł piłkarski. Manchester United tworzy wartość dodaną w całej gospodarce, sprzedaje, eksportuje, daje pracę setkom, a pośrednio tysiącom ludzi. A kibice, jeśli klub wygrywa, są bardziej zadowoleni z życia i pracują wydajniej.

Średniej klasy polski piłkarz ligowy potrafi zarabiać 65 tys. zł miesięcznie. Jak to wytłumaczyć z ekonomicznego punkty widzenia? Sukcesów nie ma, stadion się nie zapełnia, w telewizji kodowanej mecze ogląda góra 100 tys. widzów, gazeta sportowa sprzedaje 40 tys. egzemplarzy. W kolorowych mediach tych piłkarzy w ogóle nie ma. Za co tyle pieniędzy?

- Ktoś im je najwidoczniej płaci.

Telewizja. Canal+ do spółki z Polsatem dają 16 klubom ekstraklasy ponad 150 mln zł na sezon. To od lat większość ich budżetów.

- Może płacą za dużo? A może za mało wymagają? Można zadać pytanie: czy ten piłkarz, który zarabia 65 tys. miesięcznie, produkuje coś, co jest aż tyle warte? Może więc również media, które płacą i nie wymagają, ponoszą część winy za stan polskiej piłki? Które miejsce zajmujemy w rankingu FIFA?

64. miejsce, od 16 lat nasz klub nie dostał się do Ligi Mistrzów. Przegrywamy z klubami cypryjskimi i estońskimi...

- A przecież Polska jest szóstą największą gospodarką Unii Europejskiej. Tymczasem jeśli chodzi o piłkę, jesteśmy - nie boję się tego powiedzieć - pośmiewiskiem Europy. Nasze firmy odnoszą sukcesy, eksportują, a piłka stoi w miejscu, a raczej się cofa. Nie ma w Europie drugiego kraju o takich piłkarskich tradycjach, wielkości i poziomie zamożności, który miałby tak rozpaczliwie słaby przemysł piłkarski.

Z czego to wynika?

- Nasza piłka rozprzęgła się pod koniec lat 80., ale potem nie przeszła reform i transformacji. Kiedy wokół gospodarka działała już na zasadach rynkowych, przemysł piłkarski mentalnie był zagrzebany w starym systemie. Korzystał jednocześnie z tego, że zaczął więcej zarabiać dzięki telewizji i reklamom. Dla ludzi piłki to wystarczało, żeby dalej funkcjonować. Nie wszyscy mieli interes w zmianie tego stanu rzeczy. Z prostej przyczyny - oni musieliby odejść, bo dla działaczy starego typu nie byłoby już miejsca. Nie było więc parcia na rozwój, poprawę zarządzania, zasadnicze zmiany funkcjonowania klubów. Działacze i piłkarze zarabiają dobrze, menedżerowie i trenerzy też, pseudokibicom to wystarcza, trybuny pozostają puste. Po co to zmieniać? W tym swoim zamkniętym kręgu wszyscy są szczęśliwi, ale z zewnątrz to nie wygląda już tak dobrze. Wygląda żałośnie.

Można mieć mocą drużynę narodową bez mocnej ligi, bez zdolnych juniorów itd.?

- Nie można. W gospodarce fundamenty to podstawa. Piłka nie jest wyjątkiem.

Czy cudowna wiara, że Euro coś odmieni, ma sens?

- Dobrze, że podczas Euro 2008 Austria i Szwajcaria nie przeszły fazy grupowej, bo dzięki temu nie musimy się bać, że będziemy pierwszymi gospodarzami, którym taka sztuka się uda. To, że polska piłka jest słaba, to efekt źle działającego systemu, a nie tego czy innego trenera albo piłkarzy. Euro, czyli trwająca trzy tygodnie impreza, tego wszystkiego na pewno nie zmieni.

Co więcej, jeśli gruntownie nie zreformujemy przemysłu piłkarskiego, to te piękne stadiony staną się dla nas ciężarem, bo trzeba będzie do nich tylko stale dopłacać. Staną się smutnymi pomnikami tego, że nie wykorzystaliśmy szansy, żeby zreformować polską piłkę.

Więcej o: